— A kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać! — Zofia Pietrowna rzuciła ścierką prosto w twarz synowej. — Mieszkasz w moim domu, żywisz się moim jedzeniem! Tamara otarła twarz, zacisnęła pięści. Trzeci miesiąc po ślubie, a każdy dzień to jak pole bitwy. — Myję podłogę, gotuję, piorę! Czego jeszcze pani trzeba? — Chciałabym, żebyś zamknęła buzię! Przybłędo! Z cudzym dzieckiem tu się pojawiłaś! Mała Ola wyjrzała przestraszona zza drzwi. Cztery latka i już rozumie — babcia jest zła. — Mamo, już wystarczy! — wszedł z podwórka Stefan, brudny po pracy. — Znowu się kłócicie? — A co! Twoja żonka mi pyskuje! Mówię jej — zupa przesolona, a ona odszczekuje! — Zupa jest dobra — powiedziała zmęczona Tamara. — Pani się specjalnie mnie czepia. — Widzisz?! — Zofia Pietrowna wytknęła palec w synową. — To ja się czepiam! We własnym domu! Stefan podszedł do żony i objął ją za ramiona. — Mamo, daj już spokój. Tamara cały dzień się stara w domu. A ty tylko narzekasz. — Ach tak! Teraz przeciwko matce! Wychowałam cię, wykarmiłam, a ty! Staruszka wyszła trzaskając drzwiami. W kuchni zaległa cisza. — Przepraszam — Stefan pogłaskał żonę po głowie. — Jest coraz trudniejsza z wiekiem. — Stefanku, może wynajmiemy coś? Przynajmniej pokój? — Za co? Jestem traktorzystą, nie dyrektorem. Ledwo starcza na jedzenie. Tamara przytuliła się do męża. Dobry z niego człowiek, pracowity. Tylko ta matka — prawdziwy koszmar. Poznali się na wiejskim jarmarku. Tamara sprzedawała swoje robótki, Stefan kupował wełniane skarpety. Od słowa do słowa — i od razu powiedział, iż nie przeszkadza mu, iż ma dziecko, bo sam lubi dzieci. Ślub odbył się skromnie. Zofia Pietrowna nie polubiła synowej od pierwszego dnia. Młoda, ładna, z wyższym wykształceniem — księgowa. A jej syn — zwykły traktorzysta. — Mamo, chodź na kolację — Ola pociągnęła ją za spódnicę. — Zaraz, kochanie. Przy kolacji Zofia Pietrowna demonstracyjnie odsunęła talerz. — Tego się nie da jeść. Jak dla świń gotujesz. — Mamo! — Stefan uderzył pięścią w stół. — Wystarczy! — Co wystarczy? Mówię prawdę! A tamta Świetlanka jaka gospodyni! A ta! Świetlanka — córka Zofii Pietrownej. Mieszka w mieście, przyjeżdża raz do roku. Dom przepisany na nią, choć tu nie mieszka. — jeżeli pani nie pasuje, jak gotuję, proszę gotować sama — spokojnie powiedziała Tamara. — Ty! — teściowa zerwała się z miejsca. — Jeszcze zobaczysz! — Dość! — Stefan stanął między kobietami. — Mamo, albo się uspokoisz, albo jedziemy. Zaraz. — To dokąd pojedziecie? Na ulicę? Dom nie wasz! To była prawda. Dom należał do Świetlanki. Mieszkali tutaj z łaski. *** Ciężar szczęścia Tamara w nocy nie mogła zasnąć. Stefan ją obejmował i szeptał: — Wytrzymaj jeszcze chwilę, kochanie. Kupię traktor, założę firmę, zarobimy na swój dom. — Stefanku, to drogie… — Znajdę stary, naprawię. Potrafię. Po prostu we mnie wierz. Rano Tamara obudziła się z mdłościami. Pobiegła do łazienki. Czy to możliwe? Test pokazał dwie kreski. — Stefanku! — wbiegła do pokoju. — Popatrz! Mąż przetarł oczy, spojrzał na test i nagle zerwał się, zaczynając ją obracać w powietrzu. — Tamarko! Kochanie! Będziemy mieli dziecko! — Ciszej! Mama usłyszy! Ale było już za późno. Zofia Pietrowna stała w drzwiach. — Co to za hałasy? — Mamo, będziemy mieli dziecko! — Stefan aż świecił z radości. Teściowa skrzywiła usta. — A gdzie się zamierzacie zmieścić? Tu już teraz ciasno. Świetlanka przyjedzie i was przegoni. — Nie przegoni! — Stefan się skrzywił. — To mój dom! — Dom jest Świetlanki. Zapomniałeś? Ja na nią przepisałam. Ty jesteś tylko lokatorem. euforia prysła jak bańka. Tamara usiadła na łóżku. Miesiąc później stało się najgorsze. Tamara dźwigała wiadro wody — w domu nie było wodociągu. Ostry ból w dole brzucha. Czerwone plamy na spodniach… — Stefanie! — krzyknęła. Poronienie. W szpitalu powiedzieli — przemęczenie, stres. Potrzebny spokój. Jaki spokój w domu z taką teściową? Tamara leżała w szpitalu i patrzyła w sufit. Koniec. Nie da już rady. Nie chce. — Odejdę od niego — powiedziała przez telefon przyjaciółce. — Nie mam siły. — Tamar, ale Stefan? On jest dobry. — Jest dobry. Ale jego matka… Tam zginę. Stefan przyjechał prosto po pracy. Zmęczony, brudny, z bukietem polnych kwiatów. — Tamarko, kochanie, przepraszam cię. To moja wina. Nie uchroniłem was. — Stefanie, ja już nie dam rady tam mieszkać. — Wiem. Wezmę kredyt, wynajmiemy mieszkanie. — Nie dostaniesz kredytu. Masz za małą wypłatę. — Dostanę. Znalazłem drugą pracę. Nocami na fermie. W dzień na traktorze, w nocy doję krowy. — Stefanie, wykończysz się tak! — Nie padnę. Dla ciebie góry przeniosę. Tamarę wypisali po tygodniu. W domu Zofia Pietrowna powitała ją słowami: — No widzisz, nie utrzymałaś. Wiedziałam! Za słaba jesteś. Tamara przeszła obok niej bez słowa. Teściowa nie była warta jej łez. Stefan pracował jak wół. Rano wyjeżdżał na traktorze, nocą na fermę. Spał po trzy godziny. — Pójdę do pracy — powiedziała Tamara. — W gminie jest etat dla księgowej. — Tam płacą grosze. — Grosz do grosza. Zatrudniła się. Rano odprowadzała Olę do przedszkola, szła do biura. Wieczorem zabierała córkę, gotowała, sprzątała. Zofia Pietrowna dręczyła ją jak dawniej, ale Tamara już nie słyszała jej słów. *** Własny kąt, nowe życie Stefan dalej oszczędzał na traktor. Znalazł stary, rozbity. Właściciel oddał za bezcen. — Weź kredyt — powiedziała Tamara. — Naprawisz, będziemy zarabiać. — A jak nie wyjdzie? — Wyjdzie. Masz złote ręce. Dali kredyt. Kupili traktor. Stał na podwórku jak kupa złomu. — Ale się obśmieję! — śmiała się Zofia Pietrowna. — Złom kupili! Tylko na złom się nada! Stefan w milczeniu zabrał się za silnik. Po nocach, przy latarce. Tamara pomagała — podawała narzędzia, trzymała części. — Idź spać. Jesteś zmęczona. — Zaczęliśmy razem, skończymy razem. Minął miesiąc. Potem drugi. Sąsiedzi śmiali się — głupi ten traktorzysta, grata kupił. Aż któregoś poranka traktor zaryczał. Stefan siedział za kierownicą, nie wierząc w swoje szczęście. — Tamarko! Odpalił! Działa! Tamara wybiegła na podwórko i objęła męża. — Wiedziałam, wierzyłam! Pierwsze zlecenie — zaorać sąsiadowi pole. Drugie — przywieźć drewno. Trzecie, czwarte… Zaczęły się pojawiać pieniądze. A potem Tamara znów poczuła poranne mdłości. — Stefanku, znowu będziemy rodzicami. — Tym razem żadnych ciężkich robót! Słyszysz? Wszystko sam zrobię! Chronił ją jak kryształ. Nie dał podnieść choćby wiadra. Zofia Pietrowna się złościła: — Delikatna taka! Ja trójkę urodziłam i nic! A ta! Ale Stefan był nieugięty. Zero ciężkiej pracy. W siódmym miesiącu przyjechała Świetlanka z mężem i planami. — Mamo, sprzedajemy dom. Dostałam świetną propozycję. Przeprowadzicie się do nas. — A oni? — Zofia Pietrowna wskazała na Stefana i Tamarę. — Co z nimi? Niech szukają sobie mieszkania. — Świetlanko, tu się urodziłem, to też mój dom! — oburzył się Stefan. — I co z tego? Dom jest mój. Zapomniałeś? — Kiedy musimy wyjechać? — spokojnie zapytała Tamara. — Za miesiąc. Stefan aż się zagotował ze złości. Tamara położyła mu rękę na ramieniu — cicho, nie warto. Wieczorem siedzieli przytuleni. — Co teraz? Niedługo będzie dziecko. — Znajdziemy coś. Najważniejsze, iż razem. Stefan pracował jak szalony. Traktor chodził od rana do nocy. W tydzień zarobił tyle, co zwykle w miesiąc. I wtedy zadzwonił pan Michał — sąsiad z dalszej wsi. — Stefanie, sprzedaję dom. Stary, ale solidny. Niedrogo. Może chcesz obejrzeć? Pojechali obejrzeć. Dom rzeczywiście stary, ale porządny. Piec, trzy pokoje, stodoła. — Ile chcesz? Michał podał kwotę. Połowę już mieli, połowy brakowało. — Może rozłożysz na raty? — zaproponował Stefan. — Połowę teraz, resztę za pół roku. — Dobrze, Stefan, ufasz mi, ja tobie ufam. Wrócili do domu szczęśliwi. Zofia Pietrowna przywitała ich słowami: — Gdzie się szlajaliście? Świetlanka przywiozła dokumenty! — I świetnie — spokojnie powiedziała Tamara. — Wyprowadzamy się. — Gdzie? Na ulicę? — Do własnego domu. Kupiliśmy. Teściowa zamilkła. Nie spodziewała się tego. — Kłamiecie! Skąd wzięliście pieniądze? — Zarobiliśmy — Stefan objął żonę. — Podczas gdy ty tylko narzekałaś, my ciężko pracowaliśmy. Wyprowadzili się w dwa tygodnie. Rzeczy mało — co swojego w czyimś domu? Ola biegała po pokojach, piesek szczekał. — Mamo, to naprawdę nasz dom? — Nasz, kochanie. Prawdziwy nasz. Zofia Pietrowna przyjechała dzień później. Stanęła w progu. — Stefanie, może mnie przyjmiecie do siebie? W mieście nie wytrzymam. — Nie, mamo. Sama dokonałaś wyboru. Mieszkaj z Świetlanką. — Ale ja jestem twoją matką! — Matka nie nazywa wnuczki obcym dzieckiem. Żegnaj. Zamknął drzwi. Bolesne, ale słuszne. Maciek urodził się w marcu. Silny, zdrowy, płakał głośno i donośnie. — Cały tatuś! — śmiała się położna. Stefan trzymał synka, bojąc się oddychać. — Tamaro, dziękuję. Za wszystko. — To ja dziękuję. Że się nie złamałeś. Że uwierzyłeś. Dom powoli nabierał życia. Zrobili ogródek, sprowadzili kury. Traktor zarabiał na siebie. Wieczorami siadali na ganku. Ola bawiła się z pieskiem, Maciek spał w kołysce. — Wiesz — powiedziała Tamara — jestem szczęśliwa. — I ja też. — Pamiętasz, jak było ciężko? Myślałam, iż nie dam rady. — Udało się. Jesteś silna. — Razem jesteśmy silni. Słońce zachodziło za lasem. W domu pachniało chlebem i mlekiem. Prawdziwy dom. Ich dom. Tam nikt nie poniży. Nie wyrzuci. Nie nazwie obcym. Tu można żyć, kochać i wychowywać dzieci. Tu można być szczęśliwym. *** Drodzy Czytelnicy, pewnie w każdej rodzinie są własne wyzwania i nie zawsze łatwo je pokonać. Historia Tamary i Stefana jest jak lustro — można zobaczyć w niej własne zmagania, siłę i nadzieję, iż razem damy radę. Tak właśnie żyjemy: od trudności do euforii i znów po omacku, aż los się uśmiechnie. A Wy jak sądzicie? Czy Stefan powinien był od razu szukać własnego kąta, zamiast tak długo znosić matkę? I czym dla Was jest prawdziwy dom — ścianami czy ciepłem rodzinnym? Podzielcie się swoimi przemyśleniami, bo życie to lekcja i każdy jej rozdział jest ważny!

naszkraj.online 22 godzin temu
A kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać! Zofia Piotrowa cisnęła szmatę prosto w twarz synowej. Mieszkasz pod moim dachem, moje jedzenie zjadasz! Tamara wytarła twarz, zacisnęła pięści. Trzeci miesiąc po ślubie, a każdy dzień to jak walka na froncie. Myję podłogi, gotuję, piorę! Czego jeszcze pani ode mnie chce? Żebyś się w końcu zamknęła! Przybłęda! […]
Idź do oryginalnego materiału