Kuchnia

Upiecz biszkopt i... rzuć nim o ziemię. Sama nie wierzyłam, ale to naprawdę działa
Zdrowy kurczak – tradycja w nowoczesnym wydaniu
Pyszne dania z kurczaka Sielskiego
Dzień tylko dla mnie – czas na relaks i spełnianie marzeń
Alert GIS. Jogurt z kawałkami szkła trafił do sklepów. Podano nazwę i partię
Waloryzacja emerytur 2026 to pewny zastrzyk gotówki. Mamy wyliczenia „na rękę” od 1 marca. Sprawdź, o ile wzrośnie Twój przelew
Mała awaria może kosztować Cię 800 zł rocznie. Sprawdź swoje zużycie
Przyjaciele przyszli z pustymi rękami na zastawiony stół – więc zamknęłam lodówkę – Serio, Sławek, jesteś pewien, iż trzy kilo karkówki wystarczy? Ostatnio wszystko zjedli do czysta, choćby chleb wycierali sosem. A Luśka poprosiła jeszcze o pojemnik na wynos, niby dla psa, a później wrzuciła zdjęcie mojego pieczenia do internetu jako swój popis kulinarny. Iwona nerwowo gniotła brzeg kuchennego ręcznika, patrząc na pole bitwy, w jakie zamieniła się jej kuchnia. Było dopiero południe, a ona padała z nóg. Od szóstej na nogach: najpierw rynek po świeże mięso, potem supermarket po porządny alkohol i rarytasy, a potem niekończące się krojenie, gotowanie, smażenie. Sławek, mąż Iwony, stał przy zlewie, melancholijnie obierając ziemniaki. Góra obierek rosła, podobnie jak jego ciche poirytowanie, choć starał się go nie okazywać. – Iwo, no ileż im jeszcze? – westchnął, płucząc kolejnego ziemniaka. – Trzy kilo mięsa na czterech gości i nas dwoje? To po pół kilo na głowę. Pękną przecież. Już się napracowałaś: czerwony kawior, łosoś, miski sałatek. Przecież to nie wesele, tylko parapetówka – i to z opóźnieniem. – Ty nic nie rozumiesz – machnęła ręką Iwona, mieszając gęsty sos na patelni. – Przecież to Sylwia z Wojtkiem i Kasia z Tomkiem. Nasi starzy znajomi. Sto lat się nie widzieliśmy, specjalnie z drugiego końca miasta jadą. Wstyd, żeby stół był biedny. Jeszcze powiedzą, iż się wywyższamy po zakupie mieszkania i skąpić zaczęliśmy. Iwona zawsze taka była. Gościnność miała we krwi – po babci, co z niczego potrafiła zrobić ucztę. Dla niej pusty stół to osobista obraza. Goście – to uczta! Święto – stół ma się uginać. Cały tydzień ułożyła menu, szukała przepisów, odkładała pieniądze z pensji na ten drogi koniak, który lubił Wojtek i to francuskie wino dla Sylwii. – Lepiej by coś sami przynieśli – mruknął Sławek. – U Tomka na urodzinach i prezent, i własny alkohol przynieśliśmy, a ty jeszcze tort piekłaś. A oni? Jak do nich wpadliśmy, herbata z torebki i sucharki z zeszłej dekady. – Nie bądź drobiazgowy, Sławek – Iwona spojrzała na niego z wyrzutem. – Wtedy mieli ciężki okres, kredyt, remont. Teraz ponoć im się poprawiło. Wojtek dostał awans, Kasia się chwaliła nowym futrem. Może coś ze sobą przyniosą. Tort albo owoce. Specjalnie nie robiłam deseru, napomknęłam Sylwii, iż to ich rola. O piątej mieszkanie lśniło, a stół wyglądał jak witryna delikatesów. W centrum półmisek z galaretą, obok sałatki z ośmiornicą, śledź pod pierzynką z ikry, półmiski domowych wędlin i pieczeni. Karkówka z ziemniakami i grzybami się dopiekała. W lodówce chłodziła się „Żubrówka”, porządny koniak i trzy butelki wina. Iwona, zmęczona, ale dumna, ubrała się w najładniejszą sukienkę, poprawiła fryzurę i czekała na dzwonek. – Denerwuję się – wyznała mężowi, gdy zapinał koszulę. – Pierwsza impreza w nowym mieszkaniu. Chce się, żeby było idealnie. Dzwonek zadzwonił dokładnie o siedemnastej. Znajomi byli punktualni. Iwona pobiegła do drzwi. Na progu stała wesoła ekipa. Sylwia w tej nowej norkowej kurtce, co kosztowała fortunę, Wojtek w skórze, Kasia z mocnym makijażem i Tomek już lekko podchmielony. – Hurra! Nowy adres! – krzyknęła Sylwia, wpadając do przedpokoju i roztaczając woń słodkich perfum. – No, pokazujcie apartament! Goście zdejmowali w pośpiechu okrycia, rzucając je Sławkowi na ręce, a Iwona z uśmiechem patrzyła… na ich dłonie. Ręce mieli kompletnie puste. Ani torby, ani pudełka z tortem, ani butelki, ani choćby czekolady. – A gdzie… – zaczęła Iwona, ale zamilkła. Może coś zostawili w aucie? Może mają prezent w kieszeni? – Iwonka, ale schudłaś! – Kasia cmoknęła ją w policzek, weszła do środka, rzucając okiem na ściany. – Remont? Hm, biednie, ale czysto. Tapety pod malowanie? Ojej, jak biuro trochę. Trzeba było wziąć welurowe. – Lubimy minimalizm – rzucił Sławek. – Zapraszam, stół już czeka. Wszyscy wskoczyli do salonu. Widząc stół, Wojtkowi aż zaświeciły się oczy. – Aleś narobiła, Iwona! Wiedziałem, gdzie jechać. Nic od rana nie jadłem, oszczędzałem miejsce na twoje pieczenie. Wszyscy zasiedli. Iwona pognała do kuchni po żaroodporne kokilki z przekąskami – a w głowie miała jeden obrazek: Może jednak dadzą kopertę z pieniędzmi? Dlatego przyszli z niczym? Gdy wróciła, goście buszowali już po sałatkach, bez żadnego toastu. – O, jaka sałatka! – mlaskał Tomek. – Sławek, nalewaj! Nie ma na co czekać. Sławek rozlał wódkę panom, wino paniom. – No, za nowe cztery kąty! – wzniósł kieliszek Wojtek. – Żeby się tu dobrze mieszkało, żeby was nie zalali sąsiedzi. No, to pijemy! Wojtek wypił i już sięgał po łososia. – A czemu wódka ciepła? Trzeba było zmrozić! – marudził. – Prosto z lodówki, pięć stopni, jak trzeba – odparła cicho Iwona. – Akurat… Wódka ma być lodowata! Ale niech już będzie. No to może koniaczek? – Jest, ale może najpierw coś zjeść? – Jedno drugiemu nie przeszkadza! – zaniósł się śmiechem Tomek. Impreza się rozkręcała, a jedzenie znikało w zastraszającym tempie. Goście jedli jakby tydzień głodowali. I nie zapominali krytykować. – Śledź trochę suchy – stwierdziła Sylwia, nakładając trzecią porcję. – Majonezu poskąpiłaś? – Domowy robiłam, nie taki tłusty – tłumaczyła Iwona. – Oj, nie kombinuj, – machnęła ręką Kasia. – W sklepie kup, lejesz ile chcesz. I kawior taki drobny. Keta byłaby lepsza. Iwona spojrzała na Sławka. Był czerwony, zaciskał widelec aż do bólu. – A co tam u was? – próbował zmienić temat Sławek. – Sylwia, słyszałem, iż byłaś w Dubaju? – O, była, to życie! Pięciogwiazdkowy hotel, szampan, homary… I torebka Louis Vuitton za dwieście tysięcy. Warta każdej złotówki. Wojtek narzekał, ale cóż, raz się żyje! – Kobiety i pieniądze – przytknął Wojtek, nalewając sobie koniak bez pytania. – Ja z kolei przymierzam się na nowy samochód. Pieniądze są, nie wydajemy na bzdury typu remont. – W sensie, na bzdury? – nie zrozumiała Iwona. – Ściany, to ściany – wyjaśniła Kasia. – Od dziesięciu lat u nas babcine tapety, za to co roku nad morze, ciuchy firmowe, restauracje. Wy ciągle w remonty… nudno tak żyć. – A właśnie, byliśmy wczoraj w „Przystani”. Kuchnia niebo w gębie. Rachunek piętnaście stów, ale poziom! Nie to, co pod domem kroić. Iwona, a pieczeń już gotowa? Bo sałatki to nie jedzenie, mięsa się chce. Iwona wstała do sprzątania. W środku aż dygotała. Ludzie zachwycali się wakacjami, torebkami za grube tysiące, ale do niej przyjechali z pustymi rękami. choćby kwiatka nie przynieśli. choćby czekolady do kawy. Wyszła do kuchni. Za nią pognała Sylwia niby pomóc, a de facto pogadać. – Ty to potrafisz, Iwonka – wyszeptała, opierając się o framugę. – Stół zastawiony, ale widać, iż was wykończyło. Wino jak na działkę pod kiełbasę, nie na imprezę. Mogłaś się postarać. – To francuskie pinot noir, dwie stówy za butelkę – wysyczała Iwona, ustawiając naczynia w zmywarce. – Żartujesz! Oszukali cię, kwaśne jak ocet. Ej, dasz nam coś na wynos? Jutro kac, komu się chce gotować. Mięso, sałatki… i tak wszystkiego nie zjecie, szkoda by się marnowało. Iwona zamarła z talerzem w dłoni. Odwróciła się powoli. – Chcesz, żebym ci zapakowała jedzenie na wynos? – Jasne! Tak zawsze robimy – zaśmiała się Sylwia. – Oszczędność! A będzie deser? Mam ochotę na coś słodkiego. Masz tort? – Przecież miałaś przynieść tort – przypomniała spokojnie Iwona. – Ja? Kiedy ja? Jestem na diecie, słodkiego nie kupuję. Myślałam, iż ty coś upieczesz. Przecież was stać, po nowym mieszkaniu. Iwona odstawiła talerz. Głośny dźwięk porcelany zabrzmiał jak strzał. – Więc uznaliście, iż u nas wszystko jest, bo nam się powodzi. – No jasne! Macie nowe mieszkanie, znaczy się, kasa leci. A my, biedni krewni, odkładamy na Malediwy… Dawaj mięso, faceci już widelcami stukają. Iwona patrzyła na Sylwię. W głowie przelatywały wspomnienia: jak pożyczała Sylwii pieniądze na last minute – i ta oddawała po groszu miesięcznie. Jak Wojtek prosił Sławka o pomoc przy przeprowadzce – i choćby na paliwo nie dorzucił. Jak na ich imprezach jedli za trzech, ale sami zapraszali raz na pięć lat i serwowali najtańsze pierogi. Podeszła do piekarnika. Otworzyła drzwiczki. Zapach pieczonego mięsa z ziołami rozchodził się po kuchni. Soczysta karkówka, złocista skórka, przysmażone grzyby… Spojrzała na lodówkę. Stał tam ogromny tort bezowy z owocami, zamówiony za pięć stów, chciała zrobić niespodziankę… Zamknęła piekarnik. Wyłączyła gaz. Mocno zatrzasnęła drzwi lodówki. – Mięsa nie będzie – powiedziała głośno. – Jak to nie będzie? Przypaliło się? – nie zrozumiała Sylwia. – Nie, nie przypaliło się. Po prostu nie będzie. Iwona weszła do salonu. Faceci właśnie wznosili toasty. Sławek siedział zrezygnowany. – Drodzy goście – oświadczyła głośno. Jej głos drżał jak napięta struna. – Uczta skończona. Cisza. Wojtek z kieliszkiem w ręku zamarł. – Iwona, co ty…? Jak skończona? My choćby gorącego nie dostaliśmy! Miało być mięso! – Miało być – przytaknęła. – Ale zmieniłam zdanie. – Jak to? Jesteśmy głodni! Sałatki to nie obiad, dawaj mięso! – Mięso zostaje w piekarniku. Wy możecie już się zbierać. Albo iść do „Przystani”, gdzie za piętnaście stów was nakarmią lepiej. – Ty jesteś pijana? – wybałuszył oczy Tomek. – Sławek, ogarnij żonę! Co to za cyrk? Przecież jesteśmy gośćmi! Sławek powoli wstał. Spojrzał na żonę, potem na gości. Zobaczył, iż Iwona drży z emocji, w oczach łzy. I wszystko zrozumiał. – Iwona nie jest pijana – powiedział stanowczo. – Iwona ma dosyć. Przyszliście z pustymi rękami, wypiliście mój koniak, skrytykowaliście moją żonę i nasze mieszkanie… Teraz jeszcze wymagacie. – To tylko żarty były! – wrzasnęła Sylwia. – Zapomnieliśmy tortu, trudno! Przynajmniej jest impreza! – Impreza na nasz koszt? – ironizowała Iwona. – Dziękuję, wystarczy. Cały ranek w kuchni, połowę pensji wydałam. Chciałam sprawić wam radość. A wy tylko żerujecie – zawsze z ręką wyciągniętą. Jeździcie na urlopy, kupujecie torby za tysiące, ale żałujecie dychy na czekoladę dla gospodyni. – O, zaczęło się wytykanie jedzenia! – Wojtek poderwał się, strącając krzesło. – Udławić się możecie tym mięsem! Spadamy stąd! Więcej się tu nie pokażę! Sknerusy! – Ubierajcie się – powiedział Sławek spokojnie, otwierając drzwi na oścież. – I zabierzcie swoje pojemniki. Puste. Goście wylecieli głośno i wściekle. Sylwia wrzeszczała, iż Iwona to już nie jej koleżanka i zrobi jej czarny PR. Kasia sarkała o zmarnowanym wieczorze. Faceci klęli. Gdy drzwi się zatrzasnęły, nastała cisza. Iwona patrzyła na pustoszejący stół. Brudne talerze, plamy wina, zwinięte serwetki… Sławek podszedł do niej i objął. – Jak się czujesz? – zapytał cicho. – Ręce mi się trzęsą – przyznała. – Sławek, może to ja sknera? Może powinnam była to przemilczeć? W końcu – goście… – Jesteś rozsądna, Iwo. W końcu postawiłaś granicę. Jestem z ciebie dumny. Sam bym ich wyprosił, gdybyś nie zaczęła. Iwona westchnęła i wtuliła się w męża. – A mięso? – po chwili Sławek spojrzał z łobuzerskim błyskiem. – Naprawdę jest? Pachnie nieziemsko. Iwona zaśmiała się – pierwszy raz tego wieczoru szczerze i lekko. – Jest, Sławek. I tort też jest, ogromny, z owocami. Usiedli do stołu pośród bałaganu. Odsunęli brudne naczynia, Iwona wyjęła gorące mięso, wielki tort. Nalała do kieliszka tego „niby kwaśnego” wina, które było aksamitnym bordeaux. – Za nas – powiedział Sławek, stukając się kieliszkiem. – I za to, by w naszym domu byli tylko ludzie z otwartym sercem, a nie z pustą łyżką. Jedli mięso, które rozpływało się w ustach, delektowali się ciszą i sobą. To była ich najsmaczniejsza kolacja. Godzinę później telefon Iwony zabrzęczał. Przyszła wiadomość od Sylwii: „Ale z ciebie jędza! Siedzimy w Macu, żremy burgery przez ciebie! choćby nie masz odwagi przeprosić!” Iwona uśmiechnęła się i nacisnęła „Zablokuj”. To samo zrobiła z numerami Kasi, Wojtka i Tomka. Lista kontaktów skróciła się o cztery osoby. Ale powietrza w życiu od razu zrobiło się jakby więcej. A lodówka była pełna dobrego jedzenia na cały tydzień – ani kawałek nie trafi do tych, którzy na to nie zasłużyli. Ta historia przypomina, iż przyjaźń to ulica dwukierunkowa. A czasem lepiej zamknąć lodówkę, by zachować własną godność.
LUIZA zaprasza do nas!…
Bał się, iż go odstawią z powrotem…
Ta polska kiełbasa jedną z najlepszych na świecie. Wyprzedziła niemal całą konkurencję!
Nawrocki podczas spotkania z Dodą mógł liczyć na wsparcie siostry. Mało kto wie, czym zajmuje się na co dzień
Dodaję pod koniec gotowania zupy. Podbija smak i poprawia wchłanianie wartości z pomidorów
Regionalny wtorek. Zima stulecia
Wielomilionowa inwestycja w Płocku. Co tam powstaje?
Dlaczego zimą mamy większą ochotę na słodycze? Dietetycy zdradzają, jak nad tym zapanować
Kultowy słoik, po który klienci ustawiają się jak po złoto. Kupują całymi partiami
Jedna zupa, która naprawdę rozgrzewa. Polacy sięgają po nią nie tylko od święta
Teściowa przed wyjściem spakowała przysmaki z mojego lodówki do swojej torby – Czy jesteś pewna, iż potrzebujemy tyle wędlin? Przecież to balyk, Polino, kosztuje jak skrzydło samolotu – mówił Witek, obracając w rękach próżniowe opakowanie z mięsem, patrząc na cenę jakby zobaczył tam swój wyrok śmierci. Polina, nie zwalniając tempa, wykładała zakupy na kuchenny stół: lśniące papryki, puszka kawioru z złocistą pokrywką, ciężki blok parmezanu, butelki wina. Kuchnię wypełniał aromat świeżego chleba i wędzonki. – Witek, masz jubileusz – odpowiedziała spokojnie, chowając mleko do lodówki. – Trzydzieści pięć lat. Przyjdą twoi znajomi, przyjedzie twoja mama. Chcesz, żeby na stole była tylko gotowana kartofla i śledź pod pierzyną? Dostałam premię, pozwól mi chociaż raz w roku zrobić prawdziwe przyjęcie, żebym się nie wstydziła. – Mnie nie wstyd i z ziemniakami – wymamrotał mąż, ale balyk odłożył delikatnie na półkę. – Mama znowu zacznie lamentować, iż wyrzucamy pieniądze w błoto. Znając ją: „Lepiej byłoby odłożyć, szybciej spłacić kredyt”. – Twoja mama będzie narzekać niezależnie od tego, co zrobimy – westchnęła Polina. – Kupisz drogie – rozrzutnicy. Kupisz tanie – biedaki, karmią syna byle czym. Już od dawna nie patrzę na zdanie pani Tamary. Najważniejsze, żeby tobie i gościom smakowało. Poza tym, ten jamón szukałam w całej Warszawie – to ten, który próbowałeś w Hiszpanii pięć lat temu. Pamiętasz? Witek uśmiechnął się na wspomnienie, twarz mu się rozjaśniła. – Pamiętam. Był pyszny. Dobra, masz rację. Jeszcze tylko zerwijmy cenówki, żeby mama zawału nie dostała. Przygotowania do święta trwały w najlepsze. Polina uwielbiała gotować, byle nikt jej nie przeszkadzał. A dzisiaj, jak na złość, pani Tamara zapowiedziała, iż przyjedzie wcześniej „żeby pomóc dziewczynce”. To zawsze wywoływało u Poliny tik nerwowy. Pomoc teściowej polegała na tym, iż siadała na najwygodniejszym krześle w środku kuchni, blokując przejście i rzucała złote rady, krytykując wszystko – od metody krojenia cebuli po kolor zasłon. Zadzwonił dzwonek dokładnie o drugiej. Witek pobiegł otwierać, a Polina, zaciskając na moment powieki, nałożyła na twarz uprzejmy uśmiech. – Jest i solenizant! – rozległ się donośny głos pani Tamary w korytarzu. – No chodź, synku, wycałuję cię! Wychudzony, kości i skóra. Oczywiście, na pierogach z Biedronki się nie utuczy. – Mamo, jakie pierogi, Polina świetnie gotuje – próbował bronić żonę Witek, zdejmując matce ciężki płaszcz. – Oj, nie dyskutuj z matką. Od razu widzę, zapadłe oczy. Dzień dobry, Polino. Teściowa wpłynęła do kuchni jak lodołamacz „Lenin” na Bałtyk, z ogromną torbą, z którą nigdy się nie rozstawała. – Dzień dobry, pani Tamaro. Miło panią widzieć. Proszę, czajnik właśnie się zagotował. – Herbata później – odparła teściowa, stawiając torbę na taborecie. – Przywiozłam wam skarby. Bo u was w lodówce zawsze pustki. Wyciągnęła swoje dary: słoik domowych ogórków w mętnym zalewie, reklamówkę zmęczonych życiem jabłek z działki i garść landrynek „Irysy”, pamiętających jeszcze komuny. – Te ogóreczki bez chemii – oświadczyła dumnie. – Jabłka – samo zdrowie. Odkroicie zepsute, będzie na kompot. Szkoda wyrzucać. – Dziękujemy – kiwnęła Polina, omijając wzrokiem zalewę. Tymczasem Tamara po gospodarsku otworzyła lodówkę – jej rytuał, nazywany „kontrolą miejsca”, Polina wiedziała: inspekcja. – No, proszę! Kawior czerwony? Dwie puszki? Witek, skarb znalazłeś? Albo Polina bank obrabowała? – Premię dostała, mamo – mruknął Witek, podkradając kawałek sera. – Premia, jasne… – Teściowa nastroszyła wargi. – Zamiast pomóc matce, która ma płot na działce przekrzywiony, wy się tu nabialem objadacie. No ale wasza sprawa. Ja skromna, dużo nie potrzebuję. Zatrzasnęła lodówkę i ulokowała się na swoim ulubionym miejscu, blokując dostęp do zlewu. – Dobrze, Polino, pokazuj co tam upichciłaś. Ja sobie odpocznę, nogi od rana bolą. Ciśnienie mi skacze, ale dojechałam. Jakżeby syna nie świętować? – bohatersko brzmi. Kolejne godziny przebiegały w typowym trybie: Polina latała między piecem a stołem, kroiła, mieszała, piekła, a Tamara komentowała każde jej ruch: – Za dużo majonezu, szkodliwe. – Po co taki drogi chleb? W Żabce tańszy. – Mięso trzeba było mocniej rozbić, bo wyjdzie twarde. Polina już nauczyła się puszczać te monologi mimo uszu. Byle do wieczora. Po szóstej zaczęli schodzić się goście: znajomi Witka, wesoła ferajna, atmosfera od razu się rozluźniła. Stół uginał się pod zapiekanym mięsem, bakłażanowymi roladkami z orzechami, tartaletkami z kawiorem, wędlinami, trzema rodzajami serów, sałatami i daniami na gorąco. Po pierwszym toastcie pani Tamara chwyciła mikrofon narracji: – Witeczku, synku, pamiętasz jak się urodziłeś… – i po raz piętnasty ruszyła historia porodowa. Goście uprzejmie słuchali, Polina korzystała z przerwy, nakładając sałatkę. – …Żonka się starała, nakupiła luksusowych smakołyków. Ja bym byle kartofli podać wystarczyło, byłoby serdeczniej. Ale teraz wszystko na pokaz. Po czym zjadła największy kawałek wędzonego węgorza, za który Polina zapłaciła fortunę, skomentowała, iż ryba słona i tłusta, „za moich czasów to śledź był królem”. Jednak jej apetyt nie ustawał – z talerza znikała najszlachetniejsza część smakołyków. Tartaletki z kawiorem jadła jak chrupki, z komentarzem: – A ten kawior jakiś drobny, pewnie sztuczny. Teraz wszystkiego podróbki. Polina, pokaż potem puszkę, przeczytam skład. Polina tylko uśmiechała się i dolewała wino. Witek czerwieniał, ale milczał. Impreza trwała, goście chwalili jedzenie, żartowali, wspominali stare czasy. Narzekania Tamary ginęły w szumie rozmów. Pod wieczór goście pożegnali się. Polina wykańczała naczynia, a Tamara ruszyła z pomocą sprzątania. – Dobra, pomogę posprzątać, bo będziecie do rana w kuchni siedzieć – zapowiedziała. – Witek, wynieś śmieci, a ty, Polino, przekładaj gorące do pojemników. Polina czuła potworne zmęczenie, głowa pękała, pragnęła na chwilę się schować. – Pani Tamaro, zostawcie, sama posprzątam. Odpocznijcie, zadzwonić po taxi? – Taxi?! – oburzyła się teściowa. – Rozrzutna młodzież! Autobusy jeszcze jeżdżą. Pomogę, nie dyskutuj. Ty blada, idź do łazienki, wypij tabletkę, ja tu ogarnę. Polina poddała się. Weszła do sypialni, połknęła lek przeciwbólowy, polała twarz wodą. Kiedy wróciła, podeszła do drzwi kuchni – cicho jak kot. Pani Tamara stała plecami do niej, przy otwartej lodówce, na taborecie torba gigant. Poruszała się sprawnie jak magik. Z talerza z mięsną deską zgarnęła to, co zostało: balyk, pieczeń, wędliny. gwałtownie do reklamówki, zawiązała, wpadło do torby. Z lodówki wyjęła pojemnik z porcją łososia „na jutro” – porządny kawałek. Pakiet – torba. Potem połowa tortu „Napoleon”, zapakowana w folię, brutalnie spłaszczona w miękką bryłę. – Co tam jeszcze… – mruknęła. – Parmezanik. Wyschnie, to i tak wyrzucą. Kawałek parmezanu – do torby; potem słoik oliwek; i prawie pełna butelka drogiego koniaku, który Witek dostał od kolegów i choćby nie otworzył. Polina zamarła przy futrynie. Krzyczeć? Rzucić oskarżeniem o kradzież? Język nie śmiał nazwać matki męża złodziejką – choć dokładnie to robiła. W tej chwili drzwi wejściowe trzasnęły. Wrócił Witek. – Zimno jak na Syberii – zawołał. – Mamo, gotowa? Kurtek nie zdejmuję, odprowadzę cię. Teściowa spłoszona, zatrzasnęła torbę, odwróciła się. Na sekundę zmieszana zobaczyła Polinę. Oczy zaczęły biegać, ale natychmiast odzyskała rezolutność. – O, jesteś? Pomagam tu dziewczynie! Witek wrócił? Super, już się zbieram. Chwyciła torbę, ledwo podniosła, jęknęła pod ciężarem. – Mamo, pomóc ci? Co tam masz, cegły? – zajrzał Witek. – Nie trzeba! – pisnęła, tuląc torbę do piersi. – Tam… tam puste słoiki. Ogórki przełożyłam do waszego garnka, a słoiki zabieram. I osobiste rzeczy. Nie dotykaj! Polina spojrzała na męża. On na mamę, zdziwiony. – Mamo, jakie słoiki? Przywiozłaś jedną, stoi pełna. – Inne słoiki! Czemu się czepiasz?! Idę do domu! Urobiona dziś za trzech! Polina zrobiła krok – w głowie zamiast bólu czuła lodowaty spokój. – Pani Tamaro, postawcie torbę na stole. – Co?! Chcesz mnie przeszukać?! Witek, słyszysz co ona mówi? Wyzywa mnie od złodziejek! – Polino, o co chodzi? – Witek rozdygotany. – Witek – weszła mu w słowo. – W tej torbie jest nasz jutrzejszy obiad. I kolacja na dwa dni. Ryba za trzy stówy, twój ukochany balyk, koniak od kolegów, cały tort. – Co za brednie! – wrzasnęła Tamara, cofając się ku drzwiom. – Jak możesz tak mówić! Ja, nauczycielka weteranka! W życiu okruszka nie wzięłam! Udławcie się tą wędliną! Próbowała przemycić się obok syna, ale torba zahaczyła o stół. Rączki nie wytrzymały ciężaru „pustych słoików”, pękły. Torba z hukiem padła na podłogę, zawartość się wysypała. Widok był epicki. Na podłodze rozlała się cała wędlina. Kawał węgorza pacnął o kapcie Witka. Folia z tortem się rozwinęła, tort „Napoleon” w niegdysiejszej świetności zamienił się w placek. Butelka koniaku zadźwięczała o nogę stołu, na szczęście nie rozsypała. Na szczycie leżał parmezan i garść landrynek z miseczki. Zapadła cisza. Słychać było tylko lodówkę i ciężkie oddechy Tamary. Witek patrzył na rozrzucone przysmaki, na swoją nogę z węgorzem; twarz przechodziła przez fazy: konsternacja, rozumienie, wstyd. Lepki, gęsty wstyd. – Mamo? – wydusił. – To co? Tamara wyprostowała się. Najlepsza obrona – atak. – A co wielkiego? – rzuciła w oczy synowi. – Tak, wzięłam! A wam dużo! I tak zmarnujecie! Jesteście rozpasani! Lodówka pełna, a matka za osiemset złotych żyje! Taki balyk to ja widziałam tylko w telewizji! Wolno mi raz w życiu spróbować? Wychowałam cię! Nocy nie przesypiałam! A ty… żałujesz mamie kawałka kiełbasy? Polina milczała. Czekała na reakcję męża – moment prawdy. Do tej pory zawsze udawał: „No mamo, bierz, nam nie szkoda”, byle uniknąć awantury. Witek powoli podniósł węgorza, odłożył na stół. Potem koniak. – Mamo, – powiedział cicho. – Tu nie chodzi o kiełbasę. Wiesz, iż gdybyś poprosiła, sami byśmy ci spakowali. Zawsze ci dajemy na wynos. Zawsze. – Co ja, żebrak?! Prosić?! – wrzeszczała Tamara, widząc, iż traci grunt. – Matka ma się upokarzać? Sami powinniście się domyślić! Egoiści! – Nie prosiłaś, – pokręcił głową Witek. – Ukradłaś. Wymyśliłaś moment, gdy Polina wyszła, zgarnęłaś wszystko do torby. Jak… jak szczur. – Nazwałeś mnie szczurem?! – Tamara złapała się za serce. – Ojej! Źle mi! Serce! Walidol! W grobie mnie przez was położą! – Bez teatralności, pani Tamaro, – chłodno powiedziała Polina. – Walidol w lewym kieszeniu, widziałam jak zdejmowała pani płaszcz. Teściowa zastygła – scena nie wyszła. – Witek, – Polina zwróciła się do męża. – Zbierz to, co spadło, do reklamówki. – Po co? – zdziwił się. – Oddaj mamie. Niech zabiera. – Polina? – zdziwił się. – Niech zabiera, – powtórzyła stanowczo. – Ryba była na podłodze, nie tknę jej. Tort w placku. Wędlina też. Niech wszystko zabierze. Prezent na twój jubileusz. Zapłata za to, żeby przez miesiąc nie widzieć jej w tym domu. Pani Tamara łapała dech jak ryba wyrzucona na brzeg. Witek włożył wszystko do reklamówki, oprócz koniaku, który zostawił. – Koniak zostawiam – oświadczył. – Potrzebuję teraz się napić. Mocno. Podał torbę matce. – Weź, mamo. I idź. Zamówiłem ci taxi, za dwie minuty będzie. – Wy mnie wyrzucacie? Własną matkę? Przez jedzenie?! – Przez kłamstwo, mamo. I przez brak szacunku. Do mojego domu i mojej żony. Tamara wyrwała reklamówkę, w oczach łzy złości. – Noga moja tu nie postanie! – wycedziła. – Róbcie co chcecie, burżuje przeklęte! Żeby ta wasza kiełbasa wam w gardle stanęła! Wybiegła, trzaskając drzwiami aż poleciała tynk. Polina osunęła się na krzesło, zasłoniła twarz. Trzęsła się. Witek sięgnął po dwa kieliszki, nalał koniaku. Jeden podał żonie, drugi wziął. – Wypij – powiedział. – Potrzebujesz. Polina podniosła głowę. Mąż wyglądał, jakby postarzał się o dekadę. Usiadł naprzeciw, chwycił jej dłoń. – Przepraszam, Polu. – Za co? Przecież nie wiedziałeś. – Za to, iż nie dostrzegałem wcześniej. Że pozwalałem jej tak się zachowywać. Zawsze myślałem: no, matka, dziwna, ale dobra. A teraz… Wstyd mi. Jakbym to ja kradł tę cholerną kiełbasę. Polina przełknęła koniak, pieczenie w gardle przyniosło ulgę. – Najśmieszniejsze, iż kupiłam specjalnie drugą paczkę kiełbasy i kawałek sera dla niej na wynos. Leżą w dolnej szufladzie lodówki. Po prostu ich nie znalazła. Witek wybuchł histerycznym śmiechem. – Serio? – Serio. Wiedziałam, iż będzie płakała nad biedą. Chciałam po ludzku. – Ale z nią się nie da po ludzku – Witek wypił swój kieliszek. – Wiesz co? Jutro zmieniam zamki. Klucze wyprosiła pół roku temu „na wszelki wypadek”. Nie chcę, żeby następnym razem wyniosła telewizor, bo „u sąsiadki z klatki większy”. Polina patrzyła na męża z szacunkiem. Po raz pierwszy w siedmioletnim małżeństwie mówił o matce bez wykrętów. Torba z przysmakami była tą ostatnią kroplą. – A co jutro zjemy? – spojrzała na pusty stół. – Wszystko zabrała. Witek otworzył lodówkę. – Została puszka kawioru. Druga, której nie zauważyła. I jajka. I mleko. Będzie jajecznica z kawiorem. Po królewsku. Polina roześmiała się. Stres zaczął odpuszczać. – Poza tym są te zgniłe jabłka – przypomniała. – Możemy zrobić kompot. – Nie, – Witek skrzywił się. – Jabłka jutro wyrzucę. Z ogórkami. Wystarczy tej „pomocy humanitarnej”. Jeszcze długo siedzieli przy kuchennym stole, rozmawiali. O granicach. O tym, iż miłość do rodziców nie usprawiedliwia wycierania o siebie nóg. O tym, iż rodzina to przede wszystkim oni sami. Rano Polina obudziła się od zapachu kawy. Witek już czarował na kuchni. – Dzień dobry – pocałował ją w głowę. – Zastanawiam się… Została ci jeszcze premia? – Trochę. A co? – Jedźmy na weekend gdzieś – do pensjonatu, albo chociaż do Krakowa. Wyłączymy komórki. Daleko od tego wszystkiego. – A mama? Będzie dzwonić, skarżyć się cioci i kuzynom, iż ją skrzywdziliśmy. – Niech dzwoni. To już jej wybór. My mamy swój: jajecznica z kawiorem gotowa, chodź na śniadanie. Polina patrzyła na talerz: puszysta jajecznica z czerwonym kawiorowym akcentem. Najlepsze śniadanie w życiu. Nie przez cenę. Przez brak poczucia winy i cudzych roszczeń. Pani Tamara zadzwoniła dwa dni później. Witek spojrzał na ekran, westchnął, odłożył telefon ekranem do blatu. – Nie odbierzesz? – spytała Polina. – Nie. Niech zje kiełbasę, nieco ochłonie. Może za miesiąc pogadamy. Teraz mam ważniejsze sprawy: zabieram żonę do kina. Polina uśmiechnęła się i poszła się szykować. Lodówka była pusta, ale w sercu panował spokój. A to było warte wszystkich przysmaków świata. jeżeli ta historia do Was przemówiła, zostawcie lajka i suba. A Wy jak myślicie – czy Witek postąpił słusznie, czy z mamą powinno być łagodniej?
Kamery w altanach to nie żart. Wystarczy chwila i musisz szykować się na podwyżkę czynszu
Tamtej nocy, gdy wyszedłem na ulicę, nie wiedziałem, dokąd zaprowadzi mnie droga. Mój bagaż wydawał się ciężki, jakby wypełniony kamieniami, ale trzymałem go tak, jakbym niósł w nim swoją wolność.
ON BĘDZIE ŻYŁ Z NAMI…
Remontujesz łazienkę? Za ten błąd spółdzielnia nakaże Ci rozkuć ściany na twój koszt
Wywalamy jako odpad. Nie mamy pojęcia, iż to skarbnica smaku i kolagenu na stawy
Łukasz z "Rolnika" zobaczył, co Andrzej z Plutycz robi z zamarzniętą wodą dla krów. Padły mocne słowa
Która wątróbka jest najlepsza i najzdrowsza? Wybór nie jest oczywisty
Jakość zamiast ilości – jak wybieramy dziś produkty do codziennej diety?
10% napiwku z automatu?
Mój mąż obiecał mi dom na wsi – ale gdy tam dotarłam, poczułam, iż grunt usuwa mi się spod nóg.
Kto spał na moim łóżku i zmiął pościel… Opowieść o kochance mojego męża młodszej od córki, której pozwoliłam przenocować, gdy została zdradzona, i która zapytała, czy w szafce pod blatem w kuchni można trzymać naczynia
Siostra Karola Nawrockiego była na spotkaniu z Dodą. Mało kto wie, czym się zajmuje
Przyjaciele przyszli z pustymi rękami na zastawiony stół – więc zamknęłam lodówkę – Serek, jesteś pewny, iż trzy kilo karkówki wystarczą? Ostatnim razem wymiotli wszystko do cna, choćby chleb w sosie maczali. A Basia jeszcze prosiła o pudełko „dla psa”, a potem na Instagram wrzuciła fotę mojego pieczeni jako swojego popisowego dania. Kasia nerwowo szarpała róg kuchennej ściereczki, patrząc na pobojowisko, w jakie zamieniła się jej kuchnia. Była dopiero dwunasta, a ona już ledwo stała na nogach. Od szóstej latanie: najpierw targ po świeże mięso, potem hipermarket po markowy alkohol i łakocie, potem siekanie, smażenie, gotowanie. Piotrek, mąż Kasi, stał przy zlewie i melancholijnie obierał ziemniaki. Góra obierek rosła, podobnie jak jego ciche niezadowolenie, choć starał się tego nie okazywać. – Kasiu, gdzie im więcej? – westchnął, płucząc kolejną bulwę. – Trzy kilo mięsa na czterech gości i nas dwoje? To pół kilo na głowę. Przesada. Ty się już i tak wystarałaś: łosoś, śledzie, miski sałatek. To nie wesele, tylko przeprowadzka – choćby spóźniona. – Nie rozumiesz – ucięła Kasia, mieszając gęsty sos w rondelku. – Przecież to Ola z Pawłem i Anka z Tomkiem. Nasi starzy znajomi. Sto lat się nie widzieliśmy, specjalnie jadą przez pół Warszawy. Głupio jakby stół był biedny. Jeszcze pomyślą, iż się wywyższamy, bo mieszkanie kupiliśmy. Kasia zawsze taka była. Gościnność miała we krwi po babci, która potrafiła kaszę na wodzie tak zrobić, iż nakarmiła pluton wojska. Dla Kasi pusty stół to osobista hańba. Jak goście – to uczta. Jak okazja – to stół ma się uginać. Przez tydzień układała menu, szukała przepisów, odkładała z pensji, by kupić ten legendarny koniak, który lubił Paweł, i to francuskie wino, co pijała Ola. – Lepiej by coś przynieśli – burknął Piotrek. – Na urodzinach Tomka sami mieliśmy i prezent i wódkę, i tort piekłaś. A oni? Jak wpadliśmy do nich znienacka, to herbatą z torebki i sucharami z Biedronki częstowali. – No przestań, na remont zbierali i wszystko szło w gips – spojrzała z wyrzutem Kasia. – Teraz podobno im się poprawiło. Paweł ma awans, Anka futro nowe sobie kupiła. Może i coś przyjdą, na przykład torcik czy owoce. Specjalnie im dałam do zrozumienia, iż po deserze. O piątej po południu mieszkanie lśniło, a stół w salonie wyglądał jak witryna delikatesów: w centrum galaretka z języka, wokół miski z sałatką jarzynową (z krewetkami, nie z mortadelą!), śledź pod pierzynką z buraka i ikry, domowa wędlina. W piekarniku oczekiwała karkówka po wiejsku z ziemniakami i grzybami. W lodówce czekała Finlandia, markowy koniak i trzy butelki wina. Kasia, zmęczona, ale zadowolona, wskoczyła w najlepszą sukienkę i poprawiła fryzurę. Usiadła i czekała. – Stresuję się – przyznała mężowi. Dzwonek punktualnie o 17:00. Goście byli na czas. Na progu rozbiegana ekipa. Ola w nowiutkim futrze za kilka tysięcy, Paweł w kurtce skórzanej, Anka z mocnym makijażem i Tomek, już podcięty. – Hurra, nowi lokatorzy! – krzyknęła Ola, rozkładając ramiona. Wszyscy zdejmowali okrycia, rzucając je Piotrkowi. Kasia przywitała ich z uśmiechem, skanując mimochodem… ich ręce. Puste. Kompletnie. Ani torby, ani pudełka z ciastem, ani wina, choćby czekoladki. – A gdzie… – zaczęła, ale się ugryzła. Może zostawili w aucie, może później wyjmą? – Kasiu, ale schudłaś! – Anka cmoknęła ją w policzek. – A wystrój… No biednie, ale schludnie. Malowane ściany? Tak biurowo, trzeba było tapetę położyć z wzorkiem. – Lubimy minimalizm – powiedział Piotrek. – Wpadajcie do salonu, stół zastawiony. Wchodzą, widzą stół i Pawłowi oczy się świecą. – O ho ho! Co za szama! Wiedziałem, gdzie przychodzić. Od rana nie jadłem, miejsce zostawiłem na twoją karkówkę! Wszyscy siadają. Kasia już w kuchni dogląda przystawek, myśląc, czy może prezent mają w kopercie… Wróciła z przystawkami, a goście już widelcami w sałatkach grzebią. – Mmmm, świetna sałatka – przeżuwa Tomek. – Piotrek, nalewaj! Sucho w ustach. Piotrek rozlewa wódkę panom i wino paniom. – No to za nowe gniazdo! Niech się szczęści, żeby sąsiedzi nie zalali, a mury nie pękały! – wzniósł toast Paweł. Opróżnia szklankę i już łapie się za łososia. – Kasiu, czemu wódka ciepła? Trzeba było do zamrażarki wrzucić. – Była w lodówce, pięć stopni – odpowiada Kasia, coraz bardziej poirytowana. – Eee tam. Wódka ma być zmrożona! No ale, da się wypić. A koniaczek będzie? – Jest, ale… może najpierw zjemy? – Jedno drugiemu nie przeszkadza! – zaśmiał się Tomek. Impreza się rozkręcała, jedzenie znikało ekspresowo. Goście jedli, jakby przez tydzień byli na diecie postnej. A przy tym – narzekali. – Śledź pod pierzynką suchy – skomentowała Ola, nakładając trzecią porcję. – Żałujesz majonezu? – Sama zrobiłam, domowy, zdrowszy – tłumaczyła się Kasia. – Ty weź, nie cuduj, w sklepie kupujesz i zalewasz. A ikra jakaś drobna – łosoś? Trzeba było jesiotra! Kasia spojrzała na Piotrka. Mąż czerwony, knykcie białe od ściskania widelca. – Może opowiecie, co nowego? – próbował uratować atmosferę Piotrek. – Ola, byłaś w Dubaju? – Byłam! Sześć gwiazdek, szampan leje się strumieniami. Torebkę kupiłam, Louis Vuitton, dwie stówki, ale warto. Paweł burczał, ale życie jest jedno! – Ach, kobiety to rozrzutne – przytaknął Paweł. – Ja zbieram na nowy SUV. Zbieramy, bo nie wydajemy na bzdety typu remont. – Jak to bzdety? – nie rozumiała Kasia. – No, ściana to ściana. My od wprowadzenia mamy tapetę po babci, ale za to co roku wakacje, ciuchy, knajpy. Wy się tylko w beton pakujecie. Nuda. – A propos knajp – wtrącił Tomek, ocierając tłuste usta serwetką, rzucając ją na obrus. – Wczoraj byliśmy w „Starym Browarze”. Kuchnia – petarda. Słono zapłaciliśmy, ale poziom. Nie to, co domowe żarcie. Kasiu, kiedy mięso? Sałatki to nie jedzenie. Kasia wyszła zebrać brudne talerze. W środku gotowała się ze złości. Ci sami znajomi, co na wczasy i na futro mają, nie przynieśli choćby malutkiego kwiatka na parapet ani czekolady do herbaty. Wyszła do kuchni. Zaraz za nią Ola „pomóc” – a tak naprawdę pogadać. – Kasiu, no dajesz czadu! Ale widać, iż wykończona jesteś. A to wino jakieś… takie sobie. My takie w plenerze tylko pijemy. Na gości mogłaś się postarać bardziej. – To francuskie, dwie stówki za butelkę – Kasia przez zęby, pakując naczynia do zmywarki. – Dali ci się naciągnąć! Kwaśne jak ocet. Słuchaj, dasz coś na wynos? Jutro się nie będzie chciało gotować, a narobiliście tyle, iż wam się nie przeje. Zawsze tak robimy – oszczędność! – A deser będzie? Chce się czegoś słodkiego. Masz tort? – Miałaś przynieść – przypomniała cicho Kasia. – Ja?! Nieee, przecież jestem na diecie, słodkiego nie kupuje. Liczyłam, iż upieczesz swój „Napoleon”. Tak mieliście wszystko. Przyszliśmy z pustymi rękami, bo myśleliśmy, iż u was wszystkiego w bród. Jesteście już „na swoim”, bogacze! Kasia odstawiła talerz. Brzdęk porcelany wybrzmiał jak strzał. – Czyli uznaliście, iż wszystkiego mamy po kokardy. I iż jesteśmy bogaci. – No tak! Skoro własne, po remoncie i na kredyt, to przecież wszystko macie. A my biedota, zbieramy na Malediwy. No, nieś mięso, chłopaki już głodni! Przed oczami przeszły jej wspomnienia – jak pożyczała Oli na wyjazd i pół roku czekała na zwrot, jak Piotrek pomagał Pawłowi przy przeprowadzce i choćby pieniędzy na benzynę nie dostał, jak to zawsze ona piecze torty, a u tamtych – pierogi z Biedronki i herbata. Podeszła do piekarnika. Otworzyła drzwiczki. Aromat pieczonego mięsa ziołowego rozchodził się po kuchni. Spojrzała na lodówkę, gdzie stał zamówiony bezy tort z owocami za pięćset złotych, przygotowany pod „niespodziankę”. Zamknęła piekarnik. Zakręciła gaz. Podeszła i mocno zamknęła drzwi lodówki. – Mięsa nie będzie – powiedziała głośno. – Jak to? Spaliło się? – Nie. Po prostu nie będzie. Weszła do salonu. Faceci dolewali sobie, dyskutując politykę. Piotrek miał zbolały wyraz twarzy. – Drodzy goście – powiedziała Kasia, głos miała napięty jak struna. – Koniec imprezy. Wszyscy zamilkli. Paweł zamarł z kieliszkiem w ręku. – Kasiu, coś ty? – zdziwił się Paweł. – To koniec? choćby gorącego nie było! – Miałam podać, ale zmieniłam zdanie. – Jak to? – oburzyła się Anka. – Jesteśmy głodni! Mięso chcemy! – Mięso zostało w piekarniku. I tam zostanie. A wy, drodzy, teraz się ubieracie i wracacie do siebie albo idźcie do tej super restauracji, co ją wychwalaliście. Tam was nakarmią. – Zwariowałaś? – wytrzeszczył się Tomek. – Piotrek, uspokój ją! Przecież jesteśmy gośćmi! Piotrek powoli wstał. Spojrzał na żonę, potem na „przyjaciół”. Zrozumiał wszystko. – Kasia nie zwariowała. Jest po prostu zmęczona. Przyszliście do nas, nie przynosząc choćby czekoladki, wypiliście mój koniak, wyśmialiście jedzenie mojej żony, określiliście wino jako ocet, a mieszkanie jako biuro. I jeszcze żądacie głównego dania? – Żartowaliśmy! – zawołała Ola. – No, zapomnieliśmy ciasta. Zdarza się! Za to jesteśmy waszą radością! Taką wesołą ekipą! – Na nasz koszt? – uśmiechnęła się chłodno Kasia. – Nie, dziękuję. Cały ranek w kuchni, pół wypłaty poszło na produkty. Chciałam sprawić wam przyjemność. A wy? Po prostu darmozjady. Tacy co na Dubaj mają, a na czekoladę żałują. – To tak? – Paweł wstał, wywracając krzesło. – Oj, nie poprosiłem o chleb! Sami sobie go jedzcie, niech wam w gardle stanie! Wynosimy się stąd! Nigdy tu nie wrócę! – Proszę bardzo, nie zapomnijcie pustych pojemników na „wynos” – dodał Piotrek, otwierając szeroko drzwi. Z hałasem, kłótnią i oskarżeniami ekipa opuściła mieszkanie. Ola wrzeszczała, iż Kasia teraz plotki rozpuszczać o niej będzie, Anka fuknęła o zepsutym wieczorze, faceci klęli. Gdy drzwi po ostatnim gościu się zatrzasnęły, zapadła cisza. Kasia stała w salonie, patrząc na rozwalony stół. Brudne talerze, plama wina na obrusie, pogięte serwetki. Piotrek podszedł i objął ją. – Jak się czujesz? – zapytał. – Ciężko mi i trzęsą mi się ręce – przyznała Kasia. – Może rzeczywiście przesadziłam? Może trzeba było przemilczeć? W końcu to goście… – Nie przesadziłaś. Po raz pierwszy obroniłaś siebie. Jestem z ciebie dumny. Ja bym ich wyrzucił po pięciu minutach, przegięli. Kasia westchnęła i się do niego przytuliła. – A mięso? – Piotrek uśmiechnął się szelmowsko. – Naprawdę jest czy to blef? Kasia się roześmiała. Pierwszy raz tego wieczora – szczerze. – Jest, i tort też jest! Wielki, z owocami. Usiedli razem do stołu, przepychając brudne naczynia. Kasia z piekarnika wyciągnęła aromatyczną karkówkę, z lodówki wyjęła bezy tort, nalała to „kwaśne” wino – wyborne, mocarne Bordeaux. – Za nas – wznieśli toast. – I za to, by w naszym domu byli tylko ci, którzy przychodzą z otwartym sercem, a nie z pustą łyżką. Jedli mięso, które rozpływało się w ustach, cieszyli się ciszą i swoim towarzystwem. I to była najlepsza kolacja w ich życiu. Po godzinie Kasia dostała SMS-a od Oli: „Ale z ciebie krowa! Siedzimy w McDonaldzie, musimy wcinać burgery przez ciebie! Mogłabyś chociaż przeprosić!”. Kasia przeczytała, uśmiechnęła się i kliknęła „Zablokuj kontakt”. Zrobiła to samo z Anką, Pawłem i Tomkiem. Lista kontaktów skróciła się o cztery pozycje. Za to oddechu w życiu zrobiło się więcej. I lodówka była pełna pyszności – takich, na które zasłużyli. Ta historia przypomina, iż przyjaźń to ulica dwukierunkowa, a czasem zamknięta lodówka to najlepszy sposób, by nie stracić szacunku do samego siebie.
Karol Okrasa dodaje do kapuśniaku. Podbija smak zupy o 200 procent
Nienasycona rodzina
Codziennie rano mieszkańcy Jabalii nasłuchują znajomego dźwięku….
Co daje olej omega-3 i kiedy warto uwzględnić go w diecie dziecka?
Podłożyła mnie – historia Sofii Andrzejewnej i Mileny, nowej koleżanki z działu logistyki, która zjadła ostatnie pierogi, zapisała każdy błąd i prawie wygrała z doświadczeniem dwudziestu lat, zanim prawda wyszła na jaw
Gdy zabrałam starszą mamę, by zamieszkała ze mną, myślałam, iż będzie trudno. Jak jej przeprowadzka odmieniła moje życie
Dlaczego mięso w Dino jest tanie? Wyszło na jaw, skąd pochodzi
Prawie wszyscy Polacy jedzą pączki w tłusty czwartek. Nadwyżki lądują w koszu
Mielę w domu i dodaję przyprawy. Nie wydaje majątku w sklepie na pełne chemii produkty
Dlaczego na MOP-ach nie ma food trucków? Już niedługo może to się zmienić! GDDKiA ogłosiła przetarg
Rozpoczęli projekt do osób zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym. To ma być "Moc Społeczności w Gościnnej Wielkopolsce"
Tą rozgrzewającą zupą zajadają się nie tylko Francuzi. Nasi sąsiedzi mają swój sprawdzony przepis
Mój teść zaniemówił, gdy zobaczył, w jakich warunkach naprawdę żyjemy
Twórczo, aktywnie i z uśmiechem – tak rozpoczęliśmy ferie!
Kuchnia gminna w grodziskiej „Czwórce”?
5 sycących dań z pieczarkami. Mięso nie będzie potrzebne
Zalewam wodą i piję 3 razy dziennie. Oczyszcza jelita lepiej niż siemię lniane