Bez „trzeba” Antoni wrócił do domu i zobaczył na kuchennym stole trzy talerze z zaschniętym makaron…

twojacena.pl 5 godzin temu

Bez trzeba

Marek otworzył drzwi i zobaczył na kuchennym stole trzy talerze z zaklejonymi na szaro kluskami, przewrócony kubek po kefirze i otwarty zeszyt w kratkę. Plecak Kostka leżał w połowie korytarza, a Wioletta siedziała na kanapie, wpatrzona w telefon.

Odłożył torbę pod ścianę, zdjął buty. Chciał coś powiedzieć o talerzach, ale w gardle ścisnęło go zmęczenie, więc po prostu podszedł do stołu, wziął jeden talerz i zaniósł do zlewu.

Tata, zaraz umyję rzuciła Wioletta, nie odrywając wzroku od ekranu.

Mhm.

Odkręcił wodę, trzymał talerz pod strumieniem. Kluski nasiąkały i opadały ciężko do odpływu. Zakręcił kran, patrzył na mokrą porcelanę.

Wiola, gdzie jest Kostek?

U siebie, matmę robi.

A ty?

Wszystko już mam.

Wytarł dłonie w ręcznik, poszedł do pokoju Kostka. Syn leżał na dywanie, oparty na łokciu, w zeszycie były napisane półtora przykładu.

Cześć rzekł Marek.

Cześć.

I jak tam?

W porządku.

Lekcje?

Robię.

Marek usiadł na brzegu łóżka. Kostek zerknął w jego stronę, po czym wrócił wzrokiem do zeszytu.

Tato, co jest?

Sam nie wiem odparł Marek. Chyba zmęczony jestem.

I naprawdę nie wiedział. Rano dzwoniła matka, kazała przyjechać i pomóc z szafą, potem w pracy zebranie przeciągnęło się do osiemnastej, a w tramwaju stał, przyciśnięty plecami do drzwi. Teraz siedział w pokoju syna i czuł, iż nie chce już zaczynać rozmowy o talerzach, o odrabianiu lekcji, o porządku. Nie chce być trybem, który wraca do domu i włącza się do obowiązków.

Słuchaj, zbierzmy się w kuchni odezwał się. Wszyscy razem.

Ale po co?

Porozmawiać.

Kostek skrzywił się niechętnie.

Znowu o tej dwói z polskiego?

Nie, nie. Po prostu pogadać.

Tata, ja nie skończyłem jeszcze zadań.

Dokończysz potem. Pięć minut.

Wyszedł, zawołał Wiolettę. Podniosła na niego oczy, westchnęła z irytacją.

Serio?

Serio.

Odstawiła telefon na kanapę i poszła za nim. Kostek wygramolił się z pokoju, stanął w drzwiach kuchni jakby wahając się, czy wejść.

Marek usiadł przy stole, odsunął zeszyt na bok. Wiola siadła naprzeciwko, a Kostek przysiadł się niepewnie na rogu stołka.

O co chodzi? spytała Wiola.

O nic się nie stało.

To po co?

Marek przeniósł wzrok z córki na syna. Kostek patrzył nerwowo, jakby spodziewał się czegoś złego.

Chciałem porozmawiać powiedział Marek. Tak zwyczajnie. Bez trzeba odrobić lekcje, trzeba pozmywać, bez tych wszystkich musisz.

Czyli talerze mogą poczekać? zapytał ostrożnie Kostek.

Pozmywamy później. Teraz o czymś innym.

Wiola skrzyżowała ręce.

Dziwnie się dzisiaj zachowujesz.

Dziwnie przyznał. Bo mam już dość udawania, iż wszystko jest w normie.

Nastała cisza. Szukał słów, a w głowie miał tylko pustkę.

Nie wiem, jak to ująć zaczął. Ale wygląda mi na to, iż wszyscy coś udajemy. Ja wracam, wy udajecie, iż jest dobrze, a ja udaję, iż w to wierzę. Gadamy o szkole, o obiedzie, a tak naprawdę wcale nie gadamy.

Tata, dobijasz nas trochę niemal szeptem odezwała się Wiola. Czemu?

Sam nie wiem. Może dlatego, iż sam ledwo daję radę i boję się, iż wy też nie dajecie, tylko ja choćby nie mam pojęcia, z czym.

Kostek zmarszczył brwi.

Ja sobie radzę.

Naprawdę? spojrzał na syna. To czemu od dwóch tygodni nie możesz zasnąć przed północą?

Syn zamilkł, zapatrzony w blat.

Słyszę, jak się przekręcasz w łóżku powiedział Marek. A rano budzisz się, jakbyś nie spał całą noc.

Po prostu nie chce mi się spać.

Kostek.

No co Kostek?

Powiedz tak, jak jest.

Kostek wzruszył ramionami, odwrócił głowę.

W szkole jest okej. Lekcje też robię. O co ci chodzi?

Wiola się wtrąciła:

Tata, po co go przesłuchujesz?

Nie przesłuchuję. Chcę zrozumieć.

A on nie chce mówić. Ma do tego prawo.

Marek spojrzał na córkę.

To może ty mi powiedz, jak u ciebie.

Wzruszyła ramionami z lekkim uśmiechem.

U mnie? Super. Uczę się, gadam z koleżankami, wszystko jak trzeba.

Wiola…

Zamilkła, uciekła spojrzeniem.

Co?

Od miesiąca prawie nie wychodzisz z domu. Koleżanki dzwoniły dwa razy, nie poszłaś.

I co z tego? Nie chciałam.

Dlaczego?

Zacisnęła usta.

Mam już dość ich gadki o chłopakach i pierdołach, okej?

Okej powiedział cicho. Tylko wydaje mi się, iż jesteś smutna.

Potrząsnęła głową, jakby chciała coś strząsnąć.

Nie jestem smutna.

Dobrze.

Zapadła cisza, słychać było tylko warczenie lodówki pod ścianą.

Wiecie zaczął powoli, nie chodzi mi teraz o wychowanie was, nie chcę też, żebyście mnie pocieszali. Chciałem tylko powiedzieć, iż się boję. Codziennie. Boję się, iż zabraknie pieniędzy, albo iż babcia zachoruje i nie powie, bo nie chce obciążać. Boję się, iż w pracy mnie zwolnią. Boję się, iż przeoczę coś waszego, bo jestem zbyt zajęty sobą. Mam już dość udawania, iż wszystko mam w garści.

Wioletta mrugnęła, popatrzyła na ojca uważnie.

Przecież jesteś dorosły powiedziała cicho. Musisz dawać radę.

Wiem. Ale nie zawsze daję.

Kostek podniósł głowę.

Co będzie, jak nie dasz rady?

Nie wiem Marek przyznał szczerze. Może będę musiał poprosić o pomoc.

Kogo?

Na przykład was.

Kostek skrzywił się lekko.

Ale my jesteśmy dziećmi.

Jesteście dziećmi, tak. Ale też częścią rodziny. Czasem potrzebuję, żebyście nie udawali, tylko mówili prawdę. Nie wszystko okej, tylko jak jest naprawdę.

Wiola przejechała dłonią po stole, łapiąc niewidzialne okruszki.

A po co ci to wiedzieć?

Żeby nie być samym.

Podniosła wzrok. W jej oczach Marek zobaczył coś, co przypominało zrozumienie.

Boję się chodzić do szkoły wyrzucił z siebie nagle Kostek. Jeden chłopak mówi, iż jestem tępy. Codziennie mi tak mówi. I wszyscy się śmieją.

Marek poczuł, jak coś zaciska się mu w piersi.

Jak on się nazywa?

Nie powiem. Pójdziesz z nim gadać i będzie jeszcze gorzej.

Nie pójdę. Obiecuję.

Kostek spojrzał na tatę z niepewnością.

Naprawdę?

Naprawdę. Ale chcę, żebyś wiedział, iż nie jesteś sam.

Kostek kiwnął głową, spuścił wzrok.

Nie jestem. Tam jest Damian, on spoko. Siedzimy razem.

Dobrze.

Wioletta westchnęła.

Nie chcę do liceum szepnęła. Wszyscy pytają, gdzie pójdę, a ja nie wiem. W ogóle nie wiem. I pewnie nigdzie nie pójdę, bo w niczym nie jestem dobra.

Wiola, masz czternaście lat.

No i? Wszyscy już mają plany. Ja nie.

Nie wszyscy.

Wszyscy, których znam.

Zamyślił się.

Ja w twoim wieku chciałem być geologiem. Potem zmieniłem zdanie. Potem jeszcze raz. Teraz pracuję zupełnie gdzie indziej, niż kiedyś myślałem.

I co, jest w porządku?

Różnie. Czasem tak, czasem ciężko. Życie nie jest zaprojektowane od razu. Tylko to wiem na pewno.

Wiola kiwnęła głową, ale niepewnie.

Tylko wszyscy mówią, iż trzeba się określić.

Mówią zgodził się. Ale to ich słowa, nie twoje.

Spojrzała na niego, jakby prawie się uśmiechała.

Jesteś dzisiaj inny niż zwykle.

Zmęczyłem się byciem poprawnym.

Kostek prychnął.

Mogę cię o coś spytać?

Jasne.

Naprawdę się boisz?

Naprawdę.

To co robisz, jak się boisz?

Zamyślił się na chwilę.

Wstaję rano i działam. choćby jeżeli nie wiem, czy to jest słuszne. Po prostu coś robię.

Kostek skinął głową.

Siedzieli chwilę bez słowa. Marek patrzył na dzieci i zauważał, iż nie rozwiązał żadnych problemów, nie dał odpowiedzi i ulgi. Ale coś się odmieniło: pokazał, iż może być człowiekiem, nie tylko funkcją, i oni też to pokazali.

Dobra powiedziała Wiola, wstając. Czas na zmywanie.

Pomogę powiedział Kostek.

Ja też dodał Marek.

Wstali razem, Wioletta puściła wodę, Kostek podał gąbkę. Marek wziął ręcznik, wycierał talerze. Pracowali w ciszy, ale to była inna cisza nie pusta, ale wypełniona czymś niewidzialnym.

Kiedy ostatni talerz znalazł się na suszarce, Wiola wytarła ręce i popatrzyła na ojca.

Tata, a można jeszcze tak pogadać? Kiedyś.

Można odpowiedział. Gdy tylko będziesz chciała.

Pokiwała głową i wróciła do siebie. Kostek został jeszcze chwilę w kuchni.

Dzięki, iż nie będziesz zaczynał z tym chłopakiem powiedział cicho.

Ale jeżeli będzie bardzo źle, powiesz mi?

Powiem.

To chodź, dokończymy matmę.

Poszli razem do pokoju Kostka, usiedli blisko na dywanie. Marek wziął zeszyt do ręki, spojrzał na zadania. Kostek dosunął się, zaczęli rozwiązywać, powoli i bez pośpiechu, jakby normalnie. Ale Marek wiedział już, iż pod tymi zadaniami siedzi chłopak, który się boi, i on sam może być z nim nie tylko jako kontroler, ale też jako ktoś, kto się boi, i mimo to codziennie rano wstaje.

To było niewiele, ale od czegoś trzeba zacząć.

Idź do oryginalnego materiału