Kuchnia

"W sklepach będzie tanio" - to kłamstwo Tuska. Oto podwyżki
Redakcja info.elblag.pl i kawiarnia Mocca ogłaszają "Zawody w jedzeniu pączków". To już 9. edycja!
Czarnuszka w diecie osób starszych. Pomoc dla odporności i układu krążenia
Żeberko z kapustą
Wyłączenia prądu w powiecie krotoszyńskim. Zobacz, gdzie zabraknie energii
Edukacja, sport i kulinaria. Bogaty program ferii zimowych w gminie Leśniowice
Mieszkam z mężczyzną, który twierdzi, iż pieniądze to „niska energia”. Jesteśmy razem prawie dwa lata, a jeszcze trzy miesiące temu wszystko było w porządku – pracował, miał rytm dnia, wypełniał swoje obowiązki. Pewnego dnia wrócił jednak do domu mówiąc, iż przeżył „duchowe przebudzenie” i rzucił pracę, bo ta nie była zgodna z jego przeznaczeniem. Na początku go wspierałam. Powiedział, iż potrzebuje czasu dla siebie, iż zmęczył go system i chce żyć „ze świadomości”. Ja dalej normalnie pracowałam – wstawałam rano, wychodziłam w biegu, wracałam zmęczona. On zostawał w domu – medytował, oglądał filmiki o rozwoju osobistym i palił kadzidełka. Mówił, iż „się uzdrawia”. Po dwóch tygodniach nie dołożył się choćby do czynszu. Kiedy o to zapytałam, uspokoił mnie, iż wszechświat zawsze zapewni. Tym wszechświatem okazałam się ja. Sama opłacałam jedzenie, rachunki, transport – wszystko. On jadł, korzystał z mieszkania, internetu, wody, prądu, utrzymując, iż nie wierzy w rachunki, bo to życie w strachu. Pewnego dnia wróciłam wykończona z pracy, a on leżał, słuchając afirmacji o obfitości. Powiedziałam, iż musimy porozmawiać o pieniądzach. Stwierdził, iż jestem w „trybie niedoboru”, a mój stres przyciąga złe wibracje i iż powinnam odpuścić kontrolę. Wkurzyłam się. Według niego to nie kontrola, tylko odpowiedzialność. Spojrzał na mnie z politowaniem i stwierdził, iż jeszcze się nie „przebudziłam”. Obiecał, iż niedługo zacznie zarabiać na swojej wiedzy – będzie doradzał, prowadził sesje, coś się wyklaruje. Mijały dni, a nic się nie działo. Zmieniło się tylko to, iż zaczął wytykać mi wszystko – jak mówię, jak myślę, jak reaguję. Narzekałam, iż jestem zmęczona – „nisko wibrujesz”. Wracałam w złym humorze – „masz blokady emocjonalne”. Był jeden moment, który zapamiętam. Wróciłam z torbami ze sklepu, poprosiłam go o pomoc przy rozpakowywaniu, a on powiedział, iż jest w głębokiej medytacji i nie może przerywać swojej energii. Milczałam. Kiedy sama układałam zakupy, pomyślałam, iż nie mam partnera, tylko dorosłego dziecka, które nie chce brać odpowiedzialności za swoje życie. Ostatnio poprosiłam go, żeby poszukał jakiejkolwiek pracy. Odparł, iż nie będzie się „podporządkowywał” czemuś, co go niszczy, tylko po to, żeby opłacać rachunki. Że jako „świadoma partnerka” powinnam to zrozumieć i go wspierać. Powiedziałam, iż czym innym jest wspierać, a czym innym utrzymywać osobę, która nic nie robi. Obraził się, twierdzi, iż w niego nie wierzę. Dziś przez cały czas ja pracuję, płacę wszystko i zastanawiam się, kiedy z partnerki stałam się sponsorką duchowego stażu we własnym mieszkaniu. Nie wiem, czy jestem jego partnerką, czy duchową mecenasem. Wiem tylko, iż jestem wykończona i choćbym nie wiadomo ile paliła kadzidełek, rachunki same się nie zapłacą. Co powinnam zrobić?
— Idź do domu! Tam z tobą porozmawiam! — niezadowolony rzucił Maksym. — Jeszcze mi tylko brakuje widowiska na oczach sąsiadów! — Ależ proszę bardzo! — prychnęła Waria. — Też mi coś! — Waria, nie prowokuj, bo źle się to skończy! — pogroził Maksym. — W domu pogadamy! — Ojej, jaki straszny! — rzuciła, zarzucając warkocz na plecy i ruszyła w stronę domu. Maksym poczekał, aż Waria odejdzie dalej, po czym wyjął telefon i powiedział do mikrofonu: — Tak, poszła już do domu! Przygotujcie się, wiecie o co chodzi! A potem do piwnicy ją, żeby jej się nabrało pokory! Zaraz będę! Maksym schował telefon do kieszeni i już miał wchodzić do sklepu, żeby uczcić „wychowanie żony”, gdy ktoś nieznajomy złapał go za rękę. — Przepraszam, iż tak z zaskoczenia! — uśmiechnął się nieśmiało mężczyzna. — Była tu pani z panem… — Moja żona, a co? — zmarszczył brwi Maksym. — Nic takiego! — uśmiech zsunął się na fałszywie przepraszający. — Czy pana żona to przypadkiem nie Barbara Milewska? – Barbara, – przytaknął Maksym. – Przed ślubem była Milewska. A o co chodzi? – A po ojcu jej imię to Sergiuszówna? – Tak! – odpowiedział rozdrażniony Maksym. – Skąd pan zna moją żonę? – Przepraszam, czy ona się urodziła w dziewięćdziesiątym trzecim? Maksym policzył w myślach i przytaknął: — Tak. Skąd te wszystkie pytania i skąd pan zna Warię? — napiął się Maksym. Waria przyjechała do ich miasteczka trzy lata temu. Do tego czasu nikt o niej nie słyszał. Sama mówiła, iż uciekła od rodziców, bo chcieli ją wydać za mąż na siłę. Dlatego obcy facet w niezbyt dużym miasteczku, nagle wyjeżdża z takimi szczegółami… — Proszę się nie martwić, ja jej osobiście nie znam! — zarumienił się mężczyzna. — Jestem, można powiedzieć, fanem! — Słuchaj, „fanie”, za chwilę połamię ci żebra a na dokładkę jeszcze ze dwa wyjmę, żeby sylwetkę poprawić! — zagroził Maksym z powagą. — O jakiego fana chodzi? Chcesz mi żonę odbić? – O nie! Zupełnie mnie pan źle zrozumiał! – zaczął machać rękami mężczyzna. – Nie o taki „fanklub” chodzi! Jestem fanem jej talentu! – U Warii chyba nie ma szczególnych talentów, – zgubił się nieco Maksym. – O, wie pan, dostać dożywotni zakaz startów w Muay Thai w wieku osiemnastu lat za nadmierną brutalność – to też trzeba mieć talent! – wykrzyknął mężczyzna. – Szkoda, iż po kilku wygranych turniejach przestała walczyć! Oglądać ją na ringu to była przyjemność! Drżącymi rękami Maksym próbował wyciągnąć telefon z kieszeni. Wypadł mu na chodnik i się rozleciał. Gdy Maksym w pośpiechu go zebrał, nie chciał się już włączyć. Maksym pobiegł do domu i szeptał pod nosem: — Boże, żebym tylko zdążył! *** Gdy w miasteczku pojawiła się nowa mieszkanka, Maksym od razu zwrócił na nią uwagę. A kto by nie zwrócił? Młoda, wysportowana, ciekawa, pogodna. I jeszcze dostała pracę nauczycielki WF-u w podstawówce. Wszyscy sądzili, iż to jakaś studentka przysłana z przydziału, która zaraz odpracuje i pojedzie dalej. Okazało się jednak, iż dziewczyna ma 25 lat i przyjechała na stałe. Potem czekano, aż sprowadzi rodzinę, ale mieszkała sama. — Coś tu śmierdzi!— plotkowały baby. — Młoda, atrakcyjna, a sama do naszego miasteczka? Przysięgam, iż skrywa jakąś straszną tajemnicę! — Jakie tajemnice w dzisiejszych czasach? Pewnie po prostu miała pechowego narzeczonego i przyjechała leczyć złamane serce! — machała ręką inna. *** Maksym miał na oku Warię, ale nie śpieszył się z oświadczynami. – Kto wie, co jej w duszy siedzi? Później będzie jasne, to się zobaczy. Praca w szkole to nie tylko ciężka harówka, ale i plotki w pokoju nauczycielskim. W ciągu pół roku z Warii wydobyto całą jej historię. — Moi rodzice mieli własną firmę, – opowiadała Waria. – Ale firma zbankrutowała. Ojciec stwierdził, iż muszę wyjść za mąż „z rozsądku”, żeby rozwiązać problemy firmy. A ja wybrałam ucieczkę, zamiast sprzedawać siebie za pieniądze! — I jesteś tu całkiem sama? — dziwiła się starsza koleżanka. — Sama sobie w życiu poradzę – mówiła Waria. – Wolę sama się z tym zmierzyć, niż wyjść za kogoś bez miłości! — Spokojnie, jeszcze znajdziesz tu swoje szczęście! Gdy przez miasteczko rozniosła się historia Warii, Maksym podjął decyzję. — Wezmę ją na żonę! Tutejsze dziewczyny są zbyt wygórowane, a ta – choć obca – jest miła i rodziny nie musi tu ciągać! Tak tłumaczył swojej rodzinie: matce, ojcu i starszemu bratu. — Jest młoda, zdrowa, sportowa! Nie bez powodu uczy WF-u! I dzieci nam ładne urodzi, i w domu poradzi! — stwierdziła rodzina. — A jak się zbiesi, nauczymy po naszemu! Ustalili, iż ślub będzie i basta, bo Maksym był niezły przystojniak, a dodatkowo zastępca kierownika hurtowni warzyw. Gdy przyjeżdżała kontrola, Maksym był zwykłym magazynierem, ale potem – dzięki inicjatywie – został zastępcą szefa. Cała baza funkcjonowała dzięki niemu. Choć pracownicy plotkowali, iż Maksym to twardziel, a brat Mikołaj jako szef ochrony – prawdziwy brutal! Ale – choćby na to oko przymykali, bo kradzieże się skończyły. Jak Waria mogła odmówić takiemu porządnemu człowiekowi? Najpierw zgodziła się pospacerować, potem przyjmowała adoracje, w końcu została żoną Maksyma. Maksym zabrał ją z akademika do rodzinnego domu. — Synowa, musisz się nauczyć, iż tu żyjemy wszyscy razem – ględziła teściowa. — Ja uciekłam od takich porządków, wiecie przecież! Ale teraz, jako żona Maksyma, będę się uczyć nowych zasad! — odpowiedziała Waria. — Tylko wybaczcie, ale ja kilka umiem w kuchni czy domu — przyznała szczerze. — U nas w domu wszystko robiła obsługa. — To się nauczysz! — pocieszył teść. Ale już po miesiącu zminimalizowano jej wolność do wyjść do pracy i sklepu. Na wszelkie inne pomysły — „Gdzie idziesz? W domu jest co robić! A ogród, kury, kaczki!” Maksym z bratem niemal zawsze byli zajęci bazą warzywną, a teść dawał porady — cała reszta spoczywała na teściowej i Warii. A teściowa już nie młoda, zdrowie siadało, bolączek nie brakowało — a robota, wiadomo, nie poczeka. — A prywatne życie? — pytała Waria. — Chciałabym czasem do kina, do kawiarni, mieć koleżankę… — W małżeństwie przyjaciółki niepotrzebne! Zresztą, w miasteczku wszystko widać, zaraz etykietę przypną! Ale Waria nie miała zamiaru oddać całego siebie gospodarstwu. Robiła swoje, ale szanowała siebie i wymagała szacunku. Kiedy była nierówno traktowana – protestowała. Dwa i pół roku po ślubie, Waria dalej walczyła o sprawiedliwość w domu. — Ale charakter! — wzdychała teściowa. — Słowo jej powiesz, pięć usłyszysz w odpowiedzi! — Mnie nie szanuje! — narzekał teść. — Maksymie, to nieporządek — mówił brat Mikołaj. — Ona rodziców obraża! Trzeba ją okiełznać! Uzgodnili, iż kiedy Waria wyjdzie na spacer, bracia powiadomią rodzinę – w domu ją „przygotują”, a jak nie zrozumie słów – siłą ją „uspokoją”. jeżeli się zbuntuje – zamkną w piwnicy i wytłumaczą wszystkim, iż wyjechała na urlop! Tak zrobili. Familia czekała już na sygnał Maksyma… Maksym nie zdążył. Płot był na miejscu, ale drzwi do domu jakby nigdy nie było. W sieni, na podłodze siedział Mikołaj, wyjąc z bólu i trzymając złamaną rękę. Maksym zabrał mu telefon i zadzwonił po pogotowie, podając adres. W przedpokoju wśród szczątków mebli leżał ojciec, nieprzytomny, ale żywy. To już coś… A w kuchni, przy samych drzwiach, siedziała mama z pięknym sińcem i trzymała w rękach złamaną na pół wielką wałek do ciasta. Przy stole zaś siedziała Waria i spokojnie piła herbatę. — Kochany? — podniosła wzrok. — Przyszedłeś po swoją porcję? — N-nie, — wyjąkał Maksym. — No to nie wiem, co ci zaproponować — zamyśliła się. — Może odrobinę sprawiedliwości w rodzinnych relacjach? — Mogłaś o tym uprzedzić! — wykrzyknął. — Prawie ich… — Znam miarę! Każdy dostał to, z czym przyszedł! A wałek złamałam o kolano! Twojej mamie nic nie zrobiłam, sama poleciała, uciekając! — Jak my będziemy żyć po tym wszystkim? — spytał Maksym. — Myślę, iż zgodnie! — uśmiechnęła się Waria. — A przede wszystkim — sprawiedliwie! I choćby nie myśl o rozwodzie, jestem w ciąży! Moje dziecko zasługuje na ojca! Maksym przełknął ślinę: — Dobrze, kochanie… Kiedy wszyscy się podleczyli, rodzinne zasady nieco zrewidowano. Od tej pory w rodzinie panował spokój i nikt już nikogo nie próbował krzywdzić! Kiedy żona „z innego świata” zamieszkała z polską rodziną w małym miasteczku — i rodzinną przemocą zakończyła domowy domostroj. Jak Barbara „Muay Thai” Milewska ustanowiła zupełnie nowe zasady!
Późny prezent – opowieść o Annie z blokowiska, która całe życie pomaga rodzinie, aż pewnego dnia kupuje sobie pierwszy od lat abonament do Domu Kultury i odkrywa, iż czasem małe marzenie jest równie ważne jak wnuki i rachunki
Smakują jak gołąbki, ale nie musisz zawijać farszu w kapustę. Kluczem do sukcesu jest 1 dodatek
Wydaje się, iż jest to „zdrowe” jedzenie….
Smaki Stargardu poszukiwane
MARGARET / DOMINIK DUDEK
– I co, on teraz będzie z nami mieszkał? – zapytał mąż, patrząc na syna…
Kuzyn szparagów, o którym zapomnieliśmy. Wężymord smakuje najlepiej w tej wersji
Klątwa zrośniętych owoców. W co wierzyły nasze prababki, będąc w ciąży?
Białko z odpadów? Grzybnia może zmienić przyszłość wegańskiej żywności
Odkąd odkryłam azjatycką jajecznicę, robię ją kilka razy w tygodniu. Zachwyca smakiem
Ciocia w odwiedzinach, żona w łzach
W żłobku przybędzie miejsc dla najmłodszych Płocczan. Remont budynku przy ul. Kleeberga ma się ku końcowi
Matczyne serce Staś siedział przy kuchennym stole, zajmując swoje ulubione miejsce. Przed nim stał talerz głębokiego, aromatycznego barszczu – mamy specjalność, taki z lekką nutą kwaśności, pełen smaku i czułości. Łyżka spokojnie sunęła z talerza do ust, a myśli chłopaka uciekały gdzieś daleko. Rozmyślał o tym, jak bardzo zmieniło się jego życie przez ostatnie lata. Teraz stać go było na modne śniadania na mieście, obiady w restauracjach z gwiazdkami Michelin, czy kolacje w miejscach, gdzie szefowie kuchni twórczo eksperymentują z molekularną gastronomią. Mógł zamówić ostrygi z Francji, trufle z Włoch, wołowinę z Japonii – co tylko dusza zapragnie. Ale choćby taka kulinarna rozpusta nie dorównywała prostemu, domowemu barszczowi mamy. Wytworne sosy, egzotyczne przyprawy, wymyślna prezentacja – wszystko to wydawało się błahe i pozbawione duszy przy tej prostej, rodzinnej potrawie. W barszczu mamy było coś więcej niż tylko składniki i przepis. Była w nim mama, jej troska, ciepło rąk, wspomnienia beztroskich chwil z dzieciństwa. Staś wiedział, iż niezależnie od tego, ilu restauracji spróbuje, jakich delikatesów posmakuje, dla niego zawsze najlepsza będzie domowa kuchnia mamy. Z zamyślenia wyrwała go mama, Maria, która pojawiła się w kuchni, ostrożnie stawiając przed nim filiżankę herbaty. Wyglądała na zaniepokojoną, jakby coś ją dręczyło. – Staś, kiedy wyjeżdżasz? Podniósł wzrok, uśmiechnął się i odpowiedział: – Jutro rano. Samochód mi się popsuł, więc pojadę z kolegą. Spojrzał na mamę uważnie – podobało mu się, jak teraz wyglądała: zdrowa, wypoczęta, z dziewczęcym rumieńcem na policzkach. Nikt nie dałby jej więcej niż czterdzieści, choć dawno przekroczyła pięćdziesiątkę. – To tylko parę godzin drogi, nie martw się – dodał, próbując ją uspokoić. Maria stanęła nieruchomo, jakby usłyszała coś strasznego. Złapała mocno za brzeg stołu, szukając oparcia. W pokoju zapanowała ciężka cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara. – Z kolegą… – powtórzyła szeptem i momentalnie zbladła. – Nie, Staś, nie jedź z nim, proszę. Zmarszczył brwi – dawno nie widział mamy takiej roztrzęsionej. Zwykle spokojna, teraz wyglądała na naprawdę zmartwioną. Odłożył łyżkę i spojrzał jej prosto w oczy. – Przecież choćby nie wiesz, o kim mówię – starał się brzmieć spokojnie, choć w głosie zabrzmiała niepewność. Chciał zrozumieć, co ją tak wystraszyło. – To tylko Żenia, mój stary kolega. Dobrze jeździ, nigdy nie łamie przepisów, bardzo ostrożny. Samochód niemiecki, bezpieczny, a tablica rejestracyjna szczęśliwa – trzy siódemki. Maria powoli zbliżyła się do syna, patrząc mu w oczy. Dotknęła jego ręki – jej zimne palce kontrastowały z jego ciepłą skórą. – Proszę cię, synku… – głos jej zadrżał, ale zmusiła się, by brzmieć stanowczo. – Może zamówisz taksówkę? Coś mam złe przeczucie. Będę się strasznie martwić, naprawdę. – A jeżeli taksówkarz ma lewe prawo jazdy? – próbował żartować. – Nie martw się, zadzwonię od razu po przyjeździe. choćby nie zdążysz się stęsknić. Delikatnie pocałował mamę w policzek, czując powoli narastający niepokój, który zaczynał mu się udzielać. Przytulił ją mocno, próbując przekazać całą pewność, jakiej jej brakowało. Przywarła do niego, jakby chciała zapamiętać ciepło jego ramion, po czym odsunęła się. – Wszystko będzie dobrze, mamo, obiecuję – powiedział patrząc w jej oczy. Wyszedł z domu i powoli ruszył znajomą z dzieciństwa ulicą. Wieczór był cichy, powietrze rześkie, latarnie rzucały złote kręgi światła na chodnik. Do mieszkania miał tylko kilka minut piechotą. Szedł, rozmyślając o jutrzejszej podróży, z głowy nie znikał mu obraz zatroskanej mamy, ale próbował to odgonić. W mieszkaniu powitała go cisza i ciepło. Od razu poszedł do sypialni – na łóżku czekała już spakowana torba. Sprawdził, czy niczego nie zapomniał, zamknął ją i ustawił blisko drzwi, żeby rano nie tracić czasu. Sprawdził budzik na szafce nocnej – wskazywał za piętnaście dziesiątą. „Jutro pobudka o szóstej. Nie zaspać”, powtórzył w myślach. Przebrał się, położył do łóżka i wyłączył światło. Leżał długo z otwartymi oczami, nasłuchując odgłosów miasta, myślami przy mamie, która pewnie też nie mogła teraz zasnąć. By odgonić niepokój, jeszcze raz przypominał sobie plan na rano: wstać, umyć się, kawa, śniadanie, sprawdzić prezentację… Wreszcie zasnął. ***************** Rano wszystko poszło nie tak, jak planował. Otworzył oczy, mrużąc je od rażącego światła prześwitującego przez firanki. Leżał chwilę nieruchomo, próbując dojść do siebie. Spojrzał na zegarek na szafce: za pięć dziewiąta. – Kurczę! – rzucił. Zerwał się z łóżka w złości, sięgnął po budzik i, zirytowany, rzucił go w kąt. Wszystko wskazywało, iż zaspał. – Czemu Żenia mnie nie obudził? Przecież się umawialiśmy! Na szafce leżał telefon, ale był wyłączony. To go zdziwiło – przecież wieczorem zostawił go pod ładowarką. Zmarszczył brwi i włączył urządzenie. Ekran rozbłysnął serią powiadomień. Wszedł w wiadomości. Pierwszy SMS od Żeni pojawił się o ósmej: „Staś, gdzie ty? Już czekam pod klatką. jeżeli za 10 minut nie zejdziesz, jadę sam. Długa droga, nie chcę tracić czasu”. Potem kolejne: „Na pewno jedziesz? Oddzwoń”. I w końcu: „Jadę, sorry, nie mogę więcej czekać”. Zamrugał ze zdziwienia – Żenia rzeczywiście czekał, próbował się do niego dodzwonić… A on wszystko przespał. Przed oczami stanęła mu mama, która wieczorem tak bardzo się niepokoiła – miała złe przeczucie. Teraz było już za późno na zmianę planów. Zaczął się zbierać, ale czasu było coraz mniej. Musiał wymyślić, co dalej – zamówić taksówkę czy może wynająć auto. W tym momencie zobaczył serię nieodebranych połączeń. Mama dzwoniła ponad dwadzieścia razy. Zrobiło mu się duszno z niepokoju. Bez namysłu chwycił klucze, praktycznie biegnąc pod dom. Po drodze cały czas powtarzał w myślach: „Niech wszystko będzie dobrze”. Drzwi do rodzinnego domu były uchylone. Wpadł bez tchu, rozglądając się nerwowo. – Mamo, wszystko w porządku?! – zawołał. Głos miał głośniejszy niż zamierzał, ale panika nie pozwalała mu opanować emocji. Maria siedziała na kanapie w salonie, blada, z czerwonymi od płaczu oczami. Gdy go zobaczyła, jej spojrzenie nagle rozjaśniło się z niedowierzania. – Staś… – wyszeptała drżącym głosem, podnosząc się powoli. – To ty? Boże, dziękuję… Stał jak wryty. Nigdy wcześniej nie widział, żeby mama płakała. Chciał ją od razu uspokoić, ale nie wiedział, jak zacząć. – Co się stało, mamo? – zapytał miękko, ale stanowczo. Złapał ją za ręce – były zimne i trzęsły się. W tej chwili z telewizora dobiegł chłodny głos lektora: – Do tragicznego wypadku doszło w okolicach miasta N. Zderzyły się cztery samochody. Niestety przeżyła tylko jedna osoba — kierowca audi… Staś spojrzał w stronę ekranu. Obrazki z miejsca wypadku budziły grozę: rozbite auta, pogubione rzeczy, migające światła karetek i policji. Nagle poznał jeden samochód — białą audi na tablicach 777. Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach – to był samochód Żeni. Wreszcie zrozumiał – mama poznała auto kolegi w telewizji i gdy nie odbierał telefonu, wyobraziła sobie najgorsze. Ogarnęło go poczucie winy: przez niego mama przeżyła koszmar. – Mamo, ja tu jestem, nic mi nie jest – powiedział miękko, starając się opanować głos. Delikatnie posadził ją na krześle i pobiegł do kuchni po wodę. Przyniósł szklankę, podał ją mamie. – Wypij trochę, popatrz na mnie – jestem obok, wszystko dobrze. Maria z trudem odłożyła szklankę, nie zdążywszy się napić; ściskała rękaw syna i mocno tuliła się do niego, szlochając cicho. – Tak się bałam… – mówiła przez łzy. – W telewizji mówili, iż przeżył tylko kierowca, a ty nie odbierałeś… Myślałam, iż to ty… Myślałam, iż już cię nie zobaczę. Staś przytulił ją mocno, delikatnie głaszcząc po plecach, jak w dzieciństwie. Czuł, jak powoli opada jej napięcie, ale wiedział, iż potrzeba czasu, by uwierzyła, iż nic mu się nie stało. – Rozładował mi się telefon, budzik nie zadzwonił… Po prostu zaspałem, dlatego nie odbierałem – tłumaczył cicho, starając się dodać jej otuchy. – Ale jestem tutaj, mamo. Wszystko w porządku. Odsunął się powoli, spojrzał na jej blade, zapłakane oblicze – wiedział, iż sama obecność syna nie wystarczy. Sięgnął po telefon, zadzwonił po pogotowie. – Pogotowie? Proszę przyjechać jak najszybciej, mamie jest źle, bardzo się zdenerwowała, chyba serce… Podaję adres… Tak, czekamy. Po rozmowie usiadł przy mamie. Trzymali się za ręce w milczeniu, dopóki nie rozbrzmiały za oknem syreny karetki. Patrzył na mamę i powtarzał w myślach: „Teraz wszystko będzie dobrze”. Lekarz dotarł błyskawicznie. gwałtownie zbadał Marię, sprawdził ciśnienie, uspokajał i doradził, by przewieźć ją do szpitala na obserwację – stres mógł zaszkodzić sercu. – Tak, od razu ją zawiozę, do kliniki prywatnej, lepsza opieka, komfort – potwierdził Staś bez wahania. Po krótkim badaniu lekarz wypisał skierowanie i zostawił im instrukcję. Gdy pojawiły się oznaki poprawy, szepnął już łagodniej: – Będzie dobrze. Ważne, żeby już się nie denerwować. Podziękował, pomógł mamie się przebrać, sam zabrał dokumenty i w myślach już układał dalszy plan. W szpitalu Marią natychmiast się zajęto. Zbadano ją starannie, podłączono do aparatury, pobrano wszystkie badania. Lekarz był uprzejmy, uważny, czuły, zadał wszystkie potrzebne pytania. Po badaniu uspokoił, iż prawdopodobnie wszystko będzie dobrze, ale trzeba sprawdzić dokładnie. Staś nie puszczał mamy za rękę. Starał się wyglądać na spokojnego, choć od środka wszystko mu się ściskało. – Będzie dobrze – powtarzał jej wciąż. – Najważniejsze, iż już jesteśmy razem. Odpoczniesz, wrócisz do domu, a ja już nigdy nie zignoruję twojej intuicji. – Miałam złe przeczucie, nigdy się nie myli – wyszeptała. Te słowa przepełniły go poczuciem winy i wdzięczności. Mama przez lata wszystko poświęcała, a dziś przez niego była o krok od największego koszmaru. – Przepraszam, iż cię przestraszyłem… – wyszeptał, czując łzy w gardle – Już zawsze będę słuchał twojego serca. – Najważniejsze, iż żyjesz – odpowiedziała tylko, a w tym prostym zdaniu było wszystko. Gdy czekali razem na kolejne badania, Staś ją przytulał, a cała reszta świata przestawała się liczyć. Byli tylko oni i to jedno, jasne uczucie: miłość matki i syna. ******************** Nie opuszczał mamy ani na krok. W pewnym momencie zadzwonił do przełożonego – wyjaśnił, iż zostaje z mamą, bo jej zdrowie jest najważniejsze. Szef wykazał zrozumienie, zaoferował wsparcie, niczego nie wymagał. Dni w klinice płynęły powoli. Maria odzyskiwała siły, a lekarze na wszelki wypadek zatrzymali ją na obserwację jeszcze na kilka dni. Staś nocował przy łóżku, w niewygodnym fotelu, ale najważniejsze było, iż mógł zobaczyć, jak mama oddycha, jak rano się do niego uśmiecha. Pewnego wieczoru, kiedy zachodzące słońce malowało ściany palety w ciepłych barwach, mama odezwała się: – Wiesz, zawsze bałam się, iż odejdziesz i nie wrócisz. Spojrzał na nią, widząc w niej nie tylko troskliwą matkę, ale też kobietę, która żyła z ukrytą obawą w sercu. – Dlaczego? – zapytał łagodnie. – Bo jesteś zbyt samodzielny… Od dziecka wszystko robiłeś sam, choćby gdy miałeś pięć lat. Dumna byłam, ale i trochę się bałam – iż cię tracę. Już nie jesteś tym małym chłopcem z rozbitym kolanem, tylko dorosłym mężczyzną. Słuchał w ciszy, czując, jak ciepło napełnia mu serce. Nigdy wcześniej nie wiedział, iż jego samodzielność mogła wywoływać u mamy obawy. Ujął jej rękę, tak jak w dzieciństwie, ściskając lekko: – Nigdzie nie odchodzę, mamo. I nie zamierzam cię zostawiać. Jesteś dla mnie najważniejsza. Po prostu nie wiedziałem, iż się tak martwisz. Przepraszam. Maria pogłaskała go czule po dłoni i uśmiechnęła się: – Teraz już wiesz. I to jest najważniejsze. Patrzył na jej dłonie, znajome, ciepłe, takie jak w dzieciństwie. – Mamo, nigdy cię nie zostawię. Jesteś najważniejsza – powiedział cicho i stanowczo. Mama uśmiechnęła się przez łzy – tym razem łzy ulgi i czułości. – Chcę tylko twojego szczęścia – dodała delikatnie. – Żebyś miał rodzinę, dzieci, żebyś wiedział, iż zawsze możesz na mnie liczyć. Staś zamyślił się, wyobrażając sobie Lenę – dziewczynę, którą poznał w pracy, spokojną i ciepłą. Zawsze zastanawiał się, jak powiedzieć o niej mamie. – Jest pewna dziewczyna – odważył się wreszcie. – Lena, pracujemy razem. Jest wyjątkowa. Rozumiemy się bez słów. Mama od razu się ożywiła, poprosiła, by opowiedział o niej więcej. Mówił długo i szczerze, – już bez lęku, jakby wreszcie zrzucił z serca ciężar. – Myślę, iż ona do mnie pasuje – skończył z uśmiechem. – Bałem się ci powiedzieć, żebyś nie była smutna… Maria się roześmiała – serdecznie, szczerze, bez cienia żalu. – Głuptasie, będę tylko szczęśliwa, jeżeli znajdziesz swoje szczęście! Ja tylko chcę, żebyś pamiętał, iż masz mamę, która cię kocha. Uśmiechnął się szeroko, ściskając jej dłoń jeszcze mocniej. – Nigdy nie zapomnę. Dziękuję, mamo…
Tamtej nocy, gdy wyszedłem na ulicę, nie wiedziałem, dokąd zaprowadzi mnie droga. Mój walizka wydawała się ciężka jak wypełniona kamieniami, ale ściskałem ją mocno, jakbym niósł w niej swoją wolność
Ukochane danie Roberta Makłowicza. Większość z nas myśli, iż zagraniczne, a to pyszny, polski klasyk
Te osoby powinny ograniczyć jedzenie jajek. Dietetycy ostrzegają
Drożyzna nie odpuszcza. To na tych produktach przepłacamy najbardziej [RAPORT]
Drożyzna nie odpuszcza. Te produkty podrożały najbardziej w 2025 r. [RAPORT]
Inflacja spowalnia, a codzienne zakupy są coraz droższe. Co podrożało najbardziej?
DRUGA SZTUKA -50% na wszystkie garnki, patelnie i akcesoria.
Drugi tydzień „Ferii w bibliotece” był bardzo aktywny
Ta zupa królowała w PRL-u. Dziś dietetycy znów ją polecają seniorom
Puszyste pączki, których nie trzeba smażyć. Gotowe w zaledwie 20 minut
Placki ziemniaczane bez tarcia ziemniaków. Szybki przepis na tradycyjny obiad
Bez „musisz” – czyli zwykły wieczór Antka: trzy talerze z zaschłym makaronem na stole, wywrócony kubek po jogurcie, otwarty zeszyt w kratkę, plecak Kostka rzucony w korytarzu, Weronika z nosem w telefonie i tata, który po całym dniu pracy już nie chce być tylko ojcem „od obowiązków”, ale po prostu pogadać z dziećmi – bez presji, o strachu, o tym, iż nie wszystko jest pod kontrolą, o szkole, wyborach i o tym, iż czasem dobrze po prostu razem pomyć naczynia
Ta bulwa zadba o twoje jelita i cukier. Zrobisz z niej pyszne frytki
Za co w 2025 roku musieliśmy zapłacić najwięcej?
Tak mieszka i żyje restaurator Mateusz Gessler. Kuchnię urządzała mu Dorota Szelągowska
Pierwszy raz jadłem w Pradze. Od tej pory gotuję ją w największe mrozy, bo rozgrzewa i wzmacnia odporność
Dlaczego pączki wychodzą twarde? Ten jeden składnik wszystko psuje
Ostatnie lato w rodzinnym domu Władek przyjechał w środę, gdy słońce już grzało dach tak bardzo, iż dachówka aż trzeszczała. Furtka zarosła trawą, musiał ją przeskoczyć i zatrzymał się przy ganku. Trzy stopnie – najniższy spróchniały na wylot. Stanął na drugim, przetestował ciężar, poszedł dalej. W środku pachniało stęchlizną i myszami. Na parapetach równy kurz, w kącie salonu pajęczyna od belki po kredens. Władek otworzył okno – z trudem, ale wpuścił zapach rozgrzanej pokrzywy i suchej trawy z podwórka. Przeszedł przez cztery pokoje, zrobił w głowie listę: umyć podłogi, sprawdzić piec, naprawić wodę w letniej kuchni, wyrzucić wszystko, co zgniło. Potem zadzwonić do Andrzeja, mamy, siostrzeńców. Powiedzieć: przyjedźcie w sierpniu, spędźmy tu miesiąc, jak dawniej. Dawniej, znaczy dwadzieścia pięć lat temu, gdy ojciec żył i wszyscy zjeżdżali się tu na całe wakacje. Władek pamiętał smażone powidła w miedziaku, jak z braćmi nosili wiadra wody ze studni, jak mama wieczorami czytała na werandzie. Potem ojciec zmarł, mama zamieszkała w mieście u młodszego brata, dom zakratowali. Władek przyjeżdżał raz do roku obejrzeć, czy ktoś nie rozgrabił, i wracał. Ale tej wiosny coś w nim pękło: trzeba spróbować to wskrzesić. Choćby ten jeden raz. Przez pierwszy tydzień pracował sam: wyczyścił komin, wymienił dwie deski w ganku, wymył okna. Jeździł do miasteczka po farbę i cement, dogadywał się z elektrykiem w sprawie instalacji. Sołtys, spotkany pod sklepem, pokręcił głową: — Po co ci, Władek, pakować się w taką ruderę? I tak sprzedacie. Władek tylko odparł: — Prędzej jesienią, nie wcześniej – i poszedł dalej. Andrzej przyjechał pierwszy, w sobotę wieczorem, z żoną i dwójką dzieci. Wysiadł z auta, zmierzył podwórko wzrokiem i skrzywił się. — Serio myślisz, iż damy radę tu miesiąc? — Trzy tygodnie – poprawił Władek. – Dzieci pooddychają, tobie też się przyda. — choćby prysznica tu nie ma. — Jest sauna. Nagotuję na dziś. Dzieci – jedenastoletni Adaś i ośmioletnia Zosia – ruszyli ociężale do huśtawek, które Władek wczoraj zawiesił na starym dębie. Andrzejowa, Magda, bez słowa wlazła do środka z siatką jedzenia. Władek pomógł im wypakować bagaże. Brat przez cały czas był posępny, ale nie powiedział nic. Mama przyjechała w poniedziałek z sąsiadem. Wślizgnęła się do środka, stanęła na środku pokoju i westchnęła. — Wszystko tu takie małe – powiedziała cicho. – Pamiętałam większe. — Nie byłaś tu trzydzieści lat, mamo. — Trzydzieści dwa. Przeszła do kuchni, pogładziła blat. — Tu zawsze było zimno. Tata obiecywał ogrzewanie, nie zdążył. Władek słyszał w jej głosie nie nostalgię, raczej zmęczenie. Podał jej herbatę, posadził na werandzie. Mama patrzyła na sad, opowiadała o tym, jak ciężko było z noszeniem wody i jak plecy bolały po praniu, jak sąsiadki gadały po kątach. Władek słuchał i rozumiał: ten dom nie jest dla niej gniazdem, raczej starą raną. Wieczorem, gdy mama spała, siedział z Andrzejem przy ognisku na podwórku. Dzieci już poszły spać, Magda czytała przy świecy – prąd był tylko w połowie domu. — Po co ci to wszystko? – zapytał Andrzej, gapiąc się w ogień. — Chciałem nas zebrać. — I tak się widujemy. Święta, imieniny… — To nie to samo. Andrzej parsknął. — Ty zawsze romantyk. Myślisz, iż po trzech tygodniach tu będziemy bliżej siebie? — Nie wiem – odparł Władek. – Chciałem próbować. Brat westchnął. — Cieszę się, iż się za to wziąłeś. Serio. Tylko nie licz na cud. Władek nie liczył. Ale miał nadzieję. Następne dni upłynęły na krzątaniu. Władek łatal płot, Andrzej pomógł z dachem na stodole. Adaś najpierw się nudził, ale potem znalazł stare wędki, zaczął znikać nad rzeką. Zosia pomagała babci plewić grządki rozbite naprędce przy południowej ścianie. Któregoś dnia przy wspólnym malowaniu werandy Magda nagle roześmiała się: — Jak w komunie normalnie. — Komuna, przynajmniej planowała – burknął Andrzej, ale się uśmiechnął. Władek widział, iż atmosfera powoli się rozluźnia. Wieczorami jedli razem na długim stole na werandzie, mama gotowała zupę, Magda piekła sernik z wiejskiego twarogu. Rozmowy krążyły wokół przyziemnych spraw – siatka na komary, trawa pod oknami, pompa naprawiona czy nie. Ale pewnego wieczoru, gdy dzieci spały, mama powiedziała: — Tata chciał sprzedać ten dom. Rok przed śmiercią. Władek zamarł z kubkiem w dłoni. Andrzej zmarszczył brwi. — Dlaczego? — Był zmęczony. Mówił, iż dom to kotwica. Chciał się przenieść do miasta, kupić mieszkanie bliżej szpitala. Sprzeciwiłam się. Wydawało mi się, iż to nasze, rodzinne… Pokłóciliśmy się. Nie sprzedał, a po roku już nie żył. Władek odstawił kubek. — Obwiniasz się? — Nie wiem. Po prostu… zmęczyło mnie to miejsce. Przypomina, jak trzymałam się swojego, a on nie zdążył spokojnie pożyć. Andrzej odchylił się na krześle. — Nigdy nam tego nie mówiłaś. — Nie pytaliście. Władek spojrzał na mamę. Siedziała przygarbiona, zmęczona kobieta o spracowanych dłoniach i nagle zobaczył, iż ten dom nie jest dla niej skarbem, tylko ciężarem. — Może trzeba było sprzedać – powiedział cicho. — Może – zgodziła się mama. – Ale tu dorastaliście. To przecież coś znaczy. — Co? Spojrzała mu w oczy. — Że pamiętacie, jacy byliśmy. Zanim życie wszystkich rozrzuciło. Tej myśli Władek nie od razu uwierzył. Ale następnego dnia, gdy szedł z Andrzejem i Adasiem nad rzekę i chłopak złapał pierwszego okonia, zobaczył, jak brat obejmuje syna i śmieje się – po raz pierwszy od dawna szczerze, bez cienia zmęczenia. Wieczorem, gdy mama opowiadała Zosi, jak na tej samej werandzie uczyła jej tatę czytać, Władek słyszał w jej głosie już nie ból, tylko coś innego. Może pogodzenie. Wyjazd ustalili na niedzielę. W sobotę Władek napalił w saunie, wszyscy wspólnie się tam zebrali, potem pili herbatę na werandzie. Adaś spytał, czy wrócą za rok. Andrzej spojrzał na Władka, nie odpowiedział. Rano Władek pomagał pakować rzeczy. Mama go uściskała na pożegnanie. — Dziękuję, iż nas zaprosiłeś. — Myślałem, iż będzie lepiej. — Było dobrze. Po swojemu. Andrzej klepnął go po ramieniu. — Sprzedaj, jeżeli zdecydujesz. Nie będę miał żalu. — Zobaczymy. Auto odjechało, kurz opadł. Władek wrócił do domu. Przeszedł przez wszystkie pokoje, zebrał naczynia, wyniósł śmieci. Potem zamknął okna, drzwi. Wyciągnął z kieszeni stary, znaleziony w stodole kłódkę i zawiesił na furtce. Była ciężka, zardzewiała, ale jeszcze mocna. Stał przy bramie, patrząc na dom. Dach prosty, ganek solidny, okna lśniły. Dom wyglądał, jakby ożył. Ale Władek wiedział, to złudzenie. Dom żyje, póki są w nim ludzie. Przez trzy tygodnie był żywy. Może tyle wystarczy. Wsiadł do samochodu i ruszył. W lusterku migła jeszcze dach, potem schował go las. Jechał powoli dziurawą drogą i myślał, iż na jesieni zadzwoni po pośrednika. A póki co – póki co będzie pamiętał, jak wszyscy siedzieli za stołem, jak mama śmiała się z żartów Andrzeja, jak Adaś pokazywał złowioną rybę. Dom spełnił swoje. Zgromadził ich. I może to wystarczy, by pożegnać go bez bólu.
Córka z zięciem zostawili mi wnuki na całe wakacje. A ja na emeryturze mam ich jeszcze karmić i zabawiać?
To ciasto możesz jeść bez wyrzutów sumienia. Minimum kalorii i maksimum smaku
„Czy mróz, czy nie mróz, będziemy po prostu walczyć o Park Śląski do samego końca”- trwa zbiórka podpisów pod projektem uchwały
Wszyscy wrzucają to do airfryera. Eksperci są zgodni. Przepis na kuchenną katastrofę
Takie naleśniki to świetna opcja na śniadanie lub kolację. Są tak pyszne, iż nie myślę już o deserze, a nie mają cukru
— A kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać! — Zofia Pietrowna rzuciła ścierką prosto w twarz synowej. — Mieszkasz w moim domu, żywisz się moim jedzeniem! Tamara otarła twarz, zacisnęła pięści. Trzeci miesiąc po ślubie, a każdy dzień to jak pole bitwy. — Myję podłogę, gotuję, piorę! Czego jeszcze pani trzeba? — Chciałabym, żebyś zamknęła buzię! Przybłędo! Z cudzym dzieckiem tu się pojawiłaś! Mała Ola wyjrzała przestraszona zza drzwi. Cztery latka i już rozumie — babcia jest zła. — Mamo, już wystarczy! — wszedł z podwórka Stefan, brudny po pracy. — Znowu się kłócicie? — A co! Twoja żonka mi pyskuje! Mówię jej — zupa przesolona, a ona odszczekuje! — Zupa jest dobra — powiedziała zmęczona Tamara. — Pani się specjalnie mnie czepia. — Widzisz?! — Zofia Pietrowna wytknęła palec w synową. — To ja się czepiam! We własnym domu! Stefan podszedł do żony i objął ją za ramiona. — Mamo, daj już spokój. Tamara cały dzień się stara w domu. A ty tylko narzekasz. — Ach tak! Teraz przeciwko matce! Wychowałam cię, wykarmiłam, a ty! Staruszka wyszła trzaskając drzwiami. W kuchni zaległa cisza. — Przepraszam — Stefan pogłaskał żonę po głowie. — Jest coraz trudniejsza z wiekiem. — Stefanku, może wynajmiemy coś? Przynajmniej pokój? — Za co? Jestem traktorzystą, nie dyrektorem. Ledwo starcza na jedzenie. Tamara przytuliła się do męża. Dobry z niego człowiek, pracowity. Tylko ta matka — prawdziwy koszmar. Poznali się na wiejskim jarmarku. Tamara sprzedawała swoje robótki, Stefan kupował wełniane skarpety. Od słowa do słowa — i od razu powiedział, iż nie przeszkadza mu, iż ma dziecko, bo sam lubi dzieci. Ślub odbył się skromnie. Zofia Pietrowna nie polubiła synowej od pierwszego dnia. Młoda, ładna, z wyższym wykształceniem — księgowa. A jej syn — zwykły traktorzysta. — Mamo, chodź na kolację — Ola pociągnęła ją za spódnicę. — Zaraz, kochanie. Przy kolacji Zofia Pietrowna demonstracyjnie odsunęła talerz. — Tego się nie da jeść. Jak dla świń gotujesz. — Mamo! — Stefan uderzył pięścią w stół. — Wystarczy! — Co wystarczy? Mówię prawdę! A tamta Świetlanka jaka gospodyni! A ta! Świetlanka — córka Zofii Pietrownej. Mieszka w mieście, przyjeżdża raz do roku. Dom przepisany na nią, choć tu nie mieszka. — jeżeli pani nie pasuje, jak gotuję, proszę gotować sama — spokojnie powiedziała Tamara. — Ty! — teściowa zerwała się z miejsca. — Jeszcze zobaczysz! — Dość! — Stefan stanął między kobietami. — Mamo, albo się uspokoisz, albo jedziemy. Zaraz. — To dokąd pojedziecie? Na ulicę? Dom nie wasz! To była prawda. Dom należał do Świetlanki. Mieszkali tutaj z łaski. *** Ciężar szczęścia Tamara w nocy nie mogła zasnąć. Stefan ją obejmował i szeptał: — Wytrzymaj jeszcze chwilę, kochanie. Kupię traktor, założę firmę, zarobimy na swój dom. — Stefanku, to drogie… — Znajdę stary, naprawię. Potrafię. Po prostu we mnie wierz. Rano Tamara obudziła się z mdłościami. Pobiegła do łazienki. Czy to możliwe? Test pokazał dwie kreski. — Stefanku! — wbiegła do pokoju. — Popatrz! Mąż przetarł oczy, spojrzał na test i nagle zerwał się, zaczynając ją obracać w powietrzu. — Tamarko! Kochanie! Będziemy mieli dziecko! — Ciszej! Mama usłyszy! Ale było już za późno. Zofia Pietrowna stała w drzwiach. — Co to za hałasy? — Mamo, będziemy mieli dziecko! — Stefan aż świecił z radości. Teściowa skrzywiła usta. — A gdzie się zamierzacie zmieścić? Tu już teraz ciasno. Świetlanka przyjedzie i was przegoni. — Nie przegoni! — Stefan się skrzywił. — To mój dom! — Dom jest Świetlanki. Zapomniałeś? Ja na nią przepisałam. Ty jesteś tylko lokatorem. euforia prysła jak bańka. Tamara usiadła na łóżku. Miesiąc później stało się najgorsze. Tamara dźwigała wiadro wody — w domu nie było wodociągu. Ostry ból w dole brzucha. Czerwone plamy na spodniach… — Stefanie! — krzyknęła. Poronienie. W szpitalu powiedzieli — przemęczenie, stres. Potrzebny spokój. Jaki spokój w domu z taką teściową? Tamara leżała w szpitalu i patrzyła w sufit. Koniec. Nie da już rady. Nie chce. — Odejdę od niego — powiedziała przez telefon przyjaciółce. — Nie mam siły. — Tamar, ale Stefan? On jest dobry. — Jest dobry. Ale jego matka… Tam zginę. Stefan przyjechał prosto po pracy. Zmęczony, brudny, z bukietem polnych kwiatów. — Tamarko, kochanie, przepraszam cię. To moja wina. Nie uchroniłem was. — Stefanie, ja już nie dam rady tam mieszkać. — Wiem. Wezmę kredyt, wynajmiemy mieszkanie. — Nie dostaniesz kredytu. Masz za małą wypłatę. — Dostanę. Znalazłem drugą pracę. Nocami na fermie. W dzień na traktorze, w nocy doję krowy. — Stefanie, wykończysz się tak! — Nie padnę. Dla ciebie góry przeniosę. Tamarę wypisali po tygodniu. W domu Zofia Pietrowna powitała ją słowami: — No widzisz, nie utrzymałaś. Wiedziałam! Za słaba jesteś. Tamara przeszła obok niej bez słowa. Teściowa nie była warta jej łez. Stefan pracował jak wół. Rano wyjeżdżał na traktorze, nocą na fermę. Spał po trzy godziny. — Pójdę do pracy — powiedziała Tamara. — W gminie jest etat dla księgowej. — Tam płacą grosze. — Grosz do grosza. Zatrudniła się. Rano odprowadzała Olę do przedszkola, szła do biura. Wieczorem zabierała córkę, gotowała, sprzątała. Zofia Pietrowna dręczyła ją jak dawniej, ale Tamara już nie słyszała jej słów. *** Własny kąt, nowe życie Stefan dalej oszczędzał na traktor. Znalazł stary, rozbity. Właściciel oddał za bezcen. — Weź kredyt — powiedziała Tamara. — Naprawisz, będziemy zarabiać. — A jak nie wyjdzie? — Wyjdzie. Masz złote ręce. Dali kredyt. Kupili traktor. Stał na podwórku jak kupa złomu. — Ale się obśmieję! — śmiała się Zofia Pietrowna. — Złom kupili! Tylko na złom się nada! Stefan w milczeniu zabrał się za silnik. Po nocach, przy latarce. Tamara pomagała — podawała narzędzia, trzymała części. — Idź spać. Jesteś zmęczona. — Zaczęliśmy razem, skończymy razem. Minął miesiąc. Potem drugi. Sąsiedzi śmiali się — głupi ten traktorzysta, grata kupił. Aż któregoś poranka traktor zaryczał. Stefan siedział za kierownicą, nie wierząc w swoje szczęście. — Tamarko! Odpalił! Działa! Tamara wybiegła na podwórko i objęła męża. — Wiedziałam, wierzyłam! Pierwsze zlecenie — zaorać sąsiadowi pole. Drugie — przywieźć drewno. Trzecie, czwarte… Zaczęły się pojawiać pieniądze. A potem Tamara znów poczuła poranne mdłości. — Stefanku, znowu będziemy rodzicami. — Tym razem żadnych ciężkich robót! Słyszysz? Wszystko sam zrobię! Chronił ją jak kryształ. Nie dał podnieść choćby wiadra. Zofia Pietrowna się złościła: — Delikatna taka! Ja trójkę urodziłam i nic! A ta! Ale Stefan był nieugięty. Zero ciężkiej pracy. W siódmym miesiącu przyjechała Świetlanka z mężem i planami. — Mamo, sprzedajemy dom. Dostałam świetną propozycję. Przeprowadzicie się do nas. — A oni? — Zofia Pietrowna wskazała na Stefana i Tamarę. — Co z nimi? Niech szukają sobie mieszkania. — Świetlanko, tu się urodziłem, to też mój dom! — oburzył się Stefan. — I co z tego? Dom jest mój. Zapomniałeś? — Kiedy musimy wyjechać? — spokojnie zapytała Tamara. — Za miesiąc. Stefan aż się zagotował ze złości. Tamara położyła mu rękę na ramieniu — cicho, nie warto. Wieczorem siedzieli przytuleni. — Co teraz? Niedługo będzie dziecko. — Znajdziemy coś. Najważniejsze, iż razem. Stefan pracował jak szalony. Traktor chodził od rana do nocy. W tydzień zarobił tyle, co zwykle w miesiąc. I wtedy zadzwonił pan Michał — sąsiad z dalszej wsi. — Stefanie, sprzedaję dom. Stary, ale solidny. Niedrogo. Może chcesz obejrzeć? Pojechali obejrzeć. Dom rzeczywiście stary, ale porządny. Piec, trzy pokoje, stodoła. — Ile chcesz? Michał podał kwotę. Połowę już mieli, połowy brakowało. — Może rozłożysz na raty? — zaproponował Stefan. — Połowę teraz, resztę za pół roku. — Dobrze, Stefan, ufasz mi, ja tobie ufam. Wrócili do domu szczęśliwi. Zofia Pietrowna przywitała ich słowami: — Gdzie się szlajaliście? Świetlanka przywiozła dokumenty! — I świetnie — spokojnie powiedziała Tamara. — Wyprowadzamy się. — Gdzie? Na ulicę? — Do własnego domu. Kupiliśmy. Teściowa zamilkła. Nie spodziewała się tego. — Kłamiecie! Skąd wzięliście pieniądze? — Zarobiliśmy — Stefan objął żonę. — Podczas gdy ty tylko narzekałaś, my ciężko pracowaliśmy. Wyprowadzili się w dwa tygodnie. Rzeczy mało — co swojego w czyimś domu? Ola biegała po pokojach, piesek szczekał. — Mamo, to naprawdę nasz dom? — Nasz, kochanie. Prawdziwy nasz. Zofia Pietrowna przyjechała dzień później. Stanęła w progu. — Stefanie, może mnie przyjmiecie do siebie? W mieście nie wytrzymam. — Nie, mamo. Sama dokonałaś wyboru. Mieszkaj z Świetlanką. — Ale ja jestem twoją matką! — Matka nie nazywa wnuczki obcym dzieckiem. Żegnaj. Zamknął drzwi. Bolesne, ale słuszne. Maciek urodził się w marcu. Silny, zdrowy, płakał głośno i donośnie. — Cały tatuś! — śmiała się położna. Stefan trzymał synka, bojąc się oddychać. — Tamaro, dziękuję. Za wszystko. — To ja dziękuję. Że się nie złamałeś. Że uwierzyłeś. Dom powoli nabierał życia. Zrobili ogródek, sprowadzili kury. Traktor zarabiał na siebie. Wieczorami siadali na ganku. Ola bawiła się z pieskiem, Maciek spał w kołysce. — Wiesz — powiedziała Tamara — jestem szczęśliwa. — I ja też. — Pamiętasz, jak było ciężko? Myślałam, iż nie dam rady. — Udało się. Jesteś silna. — Razem jesteśmy silni. Słońce zachodziło za lasem. W domu pachniało chlebem i mlekiem. Prawdziwy dom. Ich dom. Tam nikt nie poniży. Nie wyrzuci. Nie nazwie obcym. Tu można żyć, kochać i wychowywać dzieci. Tu można być szczęśliwym. *** Drodzy Czytelnicy, pewnie w każdej rodzinie są własne wyzwania i nie zawsze łatwo je pokonać. Historia Tamary i Stefana jest jak lustro — można zobaczyć w niej własne zmagania, siłę i nadzieję, iż razem damy radę. Tak właśnie żyjemy: od trudności do euforii i znów po omacku, aż los się uśmiechnie. A Wy jak sądzicie? Czy Stefan powinien był od razu szukać własnego kąta, zamiast tak długo znosić matkę? I czym dla Was jest prawdziwy dom — ścianami czy ciepłem rodzinnym? Podzielcie się swoimi przemyśleniami, bo życie to lekcja i każdy jej rozdział jest ważny!
Migdały w karmelu
Przez dziewięć lat udawałam szczęśliwą żonę, wychowywałam cudze dziecko i modliłam się, by tajemnica nigdy nie wyszła na jaw. A stało się to w dniu, gdy mojemu synowi potrzebna była krew prawdziwego ojca, a ja po raz pierwszy zobaczyłam łzy mojego męża.
Zamiast mango do puddingu dorzucam inny owoc. Działa antyoksydacyjnie i wspiera trawienie
Bez „trzeba” Antoni wrócił do mieszkania i zobaczył na kuchennym stole trzy talerze z zaschniętym makaronem, przewrócony kubek po jogurcie oraz otwarty zeszyt w kratkę. Plecak Kostka leżał na środku korytarza, Weronika siedziała na kanapie, wpatrzona w telefon. Odłożył torbę na podłogę, zdjął buty. Chciał coś powiedzieć o talerzach, ale ścisnęło go ze zmęczenia w gardle, więc po prostu podszedł do stołu, wziął jeden talerz i zaniósł do zlewu. – Tata, ja zaraz umyję – rzuciła Weronika, nie odrywając wzroku od ekranu. – Mhm. Odkręcił wodę, włożył talerz pod strumień. Makaron rozmiękł, popłynął do odpływu. Zakręcił wodę i przez chwilę patrzył na mokre naczynia. – Werka, a gdzie Kostek? – U siebie. Robi matmę. – A ty? – Skończyłam już wszystko. Starł ręce o ręcznik i poszedł do pokoju Kostka. Syn leżał na dywanie, podpierając głowę pięścią, a w zeszycie było zapisane półtora zadania. – Cześć – powiedział Antoni. – Cześć. – Jak tam? – W porządku. – Lekcje? – Robię. Antoni przysiadł na brzegu łóżka. Kostek zerknął na niego, po czym znów utkwił wzrok w zeszycie. – Tato, co jest? – Nie wiem – odpowiedział Antoni. – Chyba jestem zmęczony. Naprawdę nie wiedział. Rano dzwoniła mama, domagała się pomocy przy szafie, potem w pracy zebranie przeciągnęło się do szóstej, w metrze stał ściśnięty pod drzwiami. A teraz siedział w pokoju Kostka, nie chcąc mówić o talerzach, lekcjach czy porządku. Nie chciał być funkcją, która wraca do domu i się włącza. – Słuchaj, zbierzmy się wszyscy w kuchni – odezwał się. – Razem. – Po co? – Pogadać. Kostek skrzywił się. – Znowu o dwójce z polskiego? – Nie. Po prostu pogadać. – Tato, nie zrobiłem jeszcze zadań. – Skończysz później. Pięć minut. Wyszedł, zawołał Weronikę. Ta uniosła wzrok i westchnęła z niezadowoleniem. – Serio? – Serio. Odrzuciła telefon na kanapę i poszła za nim. Kostek wyszedł z pokoju i zatrzymał się w drzwiach kuchni, jakby niepewny. Antoni usiadł przy stole, odsunął zeszyt. Weronika siadła naprzeciwko, Kostek przysiadł na krawędzi krzesła. – Co się stało? – spytała Weronika. – Nic się nie stało. – To po co? Antoni spojrzał na nią, potem na Kostka. Kostek miał zmartwione oczy, jakby spodziewał się najgorszego. – Chcę po prostu szczerze pogadać – powiedział. – Bez „trzeba odrobić lekcje”, „trzeba umyć naczynia”, tych wszystkich „trzeba”. – Czyli naczyń nie muszę zmywać? – upewnił się ostrożnie Kostek. – Zmyjemy później. Chodzi o coś innego. Weronika skrzyżowała ręce na piersi. – Dziwny jesteś dzisiaj. – Dziwny – zgodził się. – Chyba już mam dość udawania, iż wszystko gra. Zamilkli. Szukał słów, ale w głowie miał tylko pustkę. – Nie wiem, jak to powiedzieć – zaczął. – Ale wydaje mi się, iż wszyscy udajemy. Przychodzę z pracy, wy udajecie, iż wszystko w porządku, ja udaję, iż wierzę. Rozmawiamy o szkole, o jedzeniu, a wcale nie rozmawiamy. – Tata, dobijasz nas – powiedziała cicho Weronika. – Po co? – Sam nie wiem. Może dlatego, iż sobie nie radzę i boję się, iż wy też nie, a choćby nie wiem z czym. Kostek zmarszczył brwi. – Ja sobie radzę. – Naprawdę? – spojrzał na niego Antoni. – To dlaczego od dwóch tygodni zasypiasz dopiero po północy? Kostek zamilkł, wpatrzony w stół. – Słyszę, jak się przewracasz z boku na bok – powiedział Antoni. – I rano wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spał. – Po prostu nie chce mi się spać. – Kostek. – No co „Kostek”? – Powiedz, jak naprawdę jest. Kostek wzruszył ramionami i odwrócił się. – W szkole wszystko okej. Lekcje robię. Czego jeszcze chcesz? Weronika wtrąciła się: – Tato, po co go tak wypytujesz? – Nie wypytuję, chcę zrozumieć. – A on nie chce mówić. Ma prawo. Antoni spojrzał na nią. – Dobrze. To powiedz ty, jak u ciebie. Parsknęła. – U mnie? Świetnie. Uczę się, kontaktuję z koleżankami – wszystko jak trzeba. – Werka. Zamilkła, odwróciła wzrok. – No co? – Od miesiąca prawie nie wychodzisz z domu. Koleżanki dwa razy zapraszały cię na miasto, odmówiłaś. – No i co z tego? Nie chciało mi się. – Dlaczego? Zacisnęła usta. – Zmęczyły mnie już te rozmowy o chłopakach i innych głupotach. Wystarczy? – Wystarczy – powiedział. – Po prostu wydaje mi się, iż jesteś smutna. Pokręciła głową, jakby chciała coś strząsnąć. – Nie jestem smutna. – Okej. Umilkli. W kuchni było słychać tylko buczenie lodówki. – Słuchajcie – powiedział wolno – nie chcę was teraz wychowywać. I nie chcę, żebyście mnie pocieszali. Powiem wprost: boję się. Codziennie. Boję się, iż zabraknie pieniędzy, boję się, iż babcia zachoruje i nie powie, boję się, iż w pracy mnie zwolnią. Boję się, iż wy coś przeżywacie, a ja tego choćby nie zauważam, bo jestem za bardzo zajęty sobą. I mam dość udawania, iż wszystko mam pod kontrolą. Weronika zamrugała, spojrzała na niego uważniej. – Jesteś dorosły – powiedziała cicho. – Powinieneś sobie radzić. – Wiem. Ale nie zawsze daję radę. Kostek podniósł głowę. – A co będzie, jak sobie nie poradzisz? – Nie wiem – przyznał Antoni. – Chyba będę musiał poprosić o pomoc. – Kogo? – Was, na przykład. Kostek się skrzywił. – Przecież my jesteśmy dziećmi. – Jesteście dziećmi, tak. Ale jesteście też częścią tej rodziny. I czasem potrzebuję tylko, żebyście powiedzieli mi prawdę. Nie „wszystko dobrze”, tylko jak naprawdę jest. Weronika przesunęła dłonią po stole, zbierając niewidzialne okruchy. – Po co ci wiedzieć? – Żeby nie być samemu. Spojrzała na niego i zobaczył w jej oczach coś jak zrozumienie. – Boję się iść do szkoły – odezwał się nagle Kostek. – Jeden chłopak mówi codziennie, iż jestem głupi. Wszyscy się wtedy śmieją. Antoni poczuł ścisk w klatce piersiowej. – Jak się nazywa? – Nie powiem. Pójdziesz coś wyjaśniać i będzie jeszcze gorzej. – Nie pójdę. Obiecuję. Kostek spojrzał na niego nieufnie. – Na pewno? – Na pewno. Ale chcę, żebyś wiedział, iż nie jesteś sam. Kostek kiwnął głową, spuścił wzrok. – Nie jestem sam. Jest Dima, on normalny. Siedzimy razem. – To dobrze. Weronika westchnęła. – Ja nie chcę iść na uczelnię – powiedziała cicho. – Wszyscy pytają, gdzie pójdę dalej, a ja nie wiem. Kompletnie nie wiem. Mam wrażenie, iż nigdzie się nie nadaję. – Werka, masz czternaście lat. – No i co? Wszyscy już wiedzą, a ja nie. – Nie wszyscy. – Wszyscy, których znam. Przez chwilę zapanowała cisza. – W twoim wieku chciałem być geologiem – rzucił Antoni. – Potem zmieniłem zdanie. Jeszcze kilka razy. Teraz pracuję gdzie indziej niż planowałem. – I jak, dobrze ci? – Różnie. Czasem dobrze, czasem ciężko. Ale tak to jest, życia nie da się ustalić z góry. Weronika skinęła głową, choć niepewnie. – Tylko wszyscy gadają, iż trzeba już się określić. – Gadają – zgodził się. – Ale to ich zdanie, nie twoje. Spojrzała na niego i prawie się uśmiechnęła. – Dzisiaj jesteś jakiś inny. – Zmęczony byciem idealnym. Kostek się uśmiechnął. – Mogę o coś zapytać? – Jasne. – Naprawdę się boisz? – Naprawdę. – A co robisz, jak się boisz? Antoni się zamyślił. – Wstaję rano i robię coś. Cokolwiek, choćby jeżeli nie wiem, czy dobrze. Po prostu robię. Kostek kiwnął głową. – Rozumiem. Siedzieli w ciszy. Antoni patrzył na nich i wiedział, iż niczego nie rozwiązał, nie dał odpowiedzi, nie zabrał lęków. Ale coś się zmieniło: pokazał, iż potrafi być nie funkcją, a człowiekiem, i oni odpowiedzieli tym samym. – No to dobra – powiedziała Weronika i wstała. – Trzeba pozmywać. – Ja pomogę – odezwał się Kostek. – I ja – dodał Antoni. Wstali. Weronika odkręciła kran, Kostek podał gąbkę. Antoni wziął ściereczkę i zaczął wycierać. Pracowali w ciszy, ale była to zupełnie inna cisza niż zwykle. Nie pusta, tylko wypełniona. Gdy ostatni talerz trafił na suszarkę, Weronika wytarła ręce i spojrzała na tatę. – Tato, a można tak jeszcze kiedyś pogadać? Tak po prostu. – Pewnie – odpowiedział. – Kiedy tylko chcesz. Kiwnęła głową i poszła do siebie. Kostek został, chwilę się wahał. – Dzięki, iż nie będziesz rozmawiać z tym chłopakiem – powiedział. – Ale jeżeli będzie bardzo źle, powiesz mi? – Powiem. – No to chodź, dokończymy matmę. Poszli do pokoju Kostka, usiedli razem na dywanie. Antoni wziął zeszyt i spojrzał na zadania. Kostek przysunął się bliżej i zaczęli rozwiązywać razem, już bez pośpiechu, niemal zwyczajnie. Ale teraz Antoni wiedział, iż za tymi zadaniami jest chłopak, który się boi, i iż może być blisko nie tylko jako kontroler, ale też jako ktoś, kto się boi, a mimo to codziennie rano wstaje. To niewiele, ale to był początek.
To najlepsze smarowidło do kanapek. Kremowe, wyraziste i gotowa w kilka minut