Podłożona – Historia Sofii i Mileny, czyli jak nowa pracownica próbowała wygryźć wieloletnią specjal…

twojacena.pl 1 dzień temu

Pani Zofia Bartkowiak, proszę się zapoznać. To nasza nowa pracownica Jagoda. Będzie pracować w pani dziale.

Zofia uniosła wzrok znad monitora, by spojrzeć na dziewczynę ledwie po studiach. Ciemnoblond włosy w starannie związany koński ogon, na twarzy otwarty, nieco nieśmiały uśmiech. Jagoda wierciła się niepewnie, trzymając przy piersi cienką teczkę z dokumentami.

Miło mi bardzo Jagoda lekko skłoniła głowę. Bardzo się cieszę, iż mnie przyjęliście. Obiecuję się starać.

Szef, pan Michał Kaczmarek, już był w drzwiach, ale zatrzymał się jeszcze na moment.

Pani Zofio, jest pani z nami już dwadzieścia lat w logistyce. Proszę wdrożyć Jagodę w obowiązki i pokazać wszystko: system, trasy, kontakt z przewoźnikami. Za miesiąc ma prowadzić swój odcinek samodzielnie.

Zofia skinęła głową, uważnie przyglądając się nowej pracownicy. Dwadzieścia trzy lata w tym wieku mogłaby mieć córkę, gdyby jej życie inaczej się potoczyło. Ale miała pięćdziesiąt pięć lat, pogodziła się, iż rodzina pozostała niespełnionym marzeniem. Została tylko praca, mieszkanie z pelargoniami na parapecie i kotek Lucjan.

Siadaj tu, Zofia wskazała sąsiednie biurko. Zaraz się zajmiemy tematem.

Pierwszy tydzień Jagoda myliła kody przewoźników i zapominała wpisywać dane do rejestru. Zofia cierpliwie poprawiała, tłumaczyła od początku, rysowała schematy na kartkach.

Spójrz, tu napisałaś Gdańsk, a ładunek idzie do Gorzowa. Prawie czterysta kilometrów różnicy, rozumiesz?

Jagoda czerwieniała aż po nasadę włosów, przepraszała, natychmiast poprawiała. I znowu się myliła, ale już gdzie indziej.

Pod koniec drugiego tygodnia szło już lepiej. Jagoda gwałtownie łapała wszystko w lot, notowała każde słowo Zofii do podniszczonego notesu z kotkami na okładce.

Pani Zofio, a czemu nie współpracujemy z tym przewoźnikiem? Przecież mają dobre ceny.
Bo dwa razy nie dotrzymali terminów. Liczy się renoma, nie zniżki, zapamiętaj.

Jagoda kiwała głową, notowała. A później nagle zapytała:

Te pyszne paszteciki sama pani piecze? Tak cudownie pachnie od pani pojemnika.

Zofia uśmiechnęła się pod nosem. Następnego dnia przyniosła całą miseczkę pasztecików z kapustą. Jagoda zajadała w czasie przerwy z takim zachwytem, jakby dostała coś wyjątkowego.

Moja babcia tak piekła, dziewczyna starannie zgarniała okruchy. Zmarła dwa lata temu. Bardzo za nią tęsknię.

Zofia niespodziewanie położyła dłoń na drobnych palcach Jagody. Tamta nie cofnęła się, tylko wdzięcznie się uśmiechnęła.

Potem była szarlotka, kruche ciasteczka, miodownik, który Jagoda uznała za najlepszy w życiu. Zofia łapała się na tym, iż celowo piecze więcej, żeby starczyło do podzielenia się. Dziwne, dawno nieodczuwane ciepło pojawiło się gdzieś głęboko w piersi.

Pani Zofio, mogę o coś zapytać? To nie o pracę.
Pytaj.
Chłopak mi się oświadcza. Ale jesteśmy razem dopiero pół roku. Myśli pani, iż za wcześnie?

Zofia odłożyła dokumenty. Długo patrzyła na Jagodę, jej niespokojne oczy.

jeżeli się wahasz, to za wcześnie. Gdy spotkasz tego adekwatnego, nie będziesz potrzebować rady.

Jagoda westchnęła z ulgą, jakby Zofia zdjęła jej z ramion cały ciężar.
Po trzech tygodniach dziewczyna już sama przeprowadzała negocjacje z przewoźnikami, sprawdzała trasy, wyłapywała błędy innych. Zofia patrzyła na to z cichą dumą udało jej się. Wychowała.

Jest pani dla mnie jak mama, powiedziała kiedyś Jagoda. Tylko lepsza. Moja ciągle krytykuje, a pani zawsze wspiera.

Zofia zamrugała, odwróciła się do okna.

No już, do pracy wracaj.

Ale uśmiech nie schodził jej z twarzy aż do wieczora.

Jagoda rozkwitła przez ten miesiąc. Zofia widziała, jak pewnie rozmawia z przewoźnikami, jak gwałtownie obsługuje zlecenia, jak sprawnie porusza się po bazie danych. Uczennica przerosła oczekiwania.

…Na piątkowym zebraniu Michał Kaczmarek wyglądał na bardziej zmartwionego niż zwykle. Siedział na czele stołu, kręcił ołówkiem i długo milczał, zanim zaczął mówić.

Sytuacja trudna, objął wzrokiem wszystkich. Rynek się załamał, trzech dużych klientów przeszło do konkurencji. Zarząd podjął decyzję o redukcji etatów.

Zofia zerknęła na kolegów. Każdy dobrze wiedział, co znaczy redukcja. Zwolnienia.

W ciągu najbliższego miesiąca będziemy podejmować decyzje w każdym dziale, kontynuował Michał Kaczmarek. Ale na razie pracujemy jak dotąd.

Po zebraniu Zofia wróciła do swojego biurka i ukradkiem spojrzała na Jagodę. Ta siedziała wpatrzona w ekran, palce zastygły nad klawiaturą.

Pięćdziesiąt pięć lat. Zofia znała arytmetykę. Jej pensja jedna z najwyższych w dziale. Długi staż, więc i odprawa będzie wyższa. Z punktu widzenia księgowości wymarzona kandydatka do redukcji. To bolało, było nie fair, ale sobie poradzi. Emerytura tuż, oszczędności są, kredyt dawno spłacony.

Ale Jagoda… Dziewczyna bardzo się zmieniła. Przestała żartować w czasie lunchu, nie prosiła już choćby o kawałek szarlotki, patrzyła przez Zofię, gdy ta zadawała pytania.

Jagoda, co się dzieje? Zofia przysiadła na krawędzi biurka. Martwisz się o zwolnienia?

Dziewczyna drgnęła, wymusiła uśmiech.

Nie, wszystko w porządku. Po prostu jestem trochę zmęczona.

Ale Zofia widziała nie było w porządku. Biedna dziewczyna. Ledwo co znalazła pracę, a tu taka wiadomość. Niesprawiedliwe.

Dwa tygodnie ciągnęły się w napięciu. Wszyscy po kątach szeptali, kto pójdzie pierwszy. Jagoda pracowała w milczeniu, skupiona. Zofia kilka razy dostrzegała jej dziwny wzrok, ale tłumaczyła to ogólnym stresem.

W czwartek po lunchu rozbłysło powiadomienie na wewnętrznej poczcie: Pani Zofio, proszę do gabinetu dyrektora.

Zofia podniosła się, poprawiła żakiet. No to wszystko jasne. Dwadzieścia lat w firmie i teraz do widzenia. Była gotowa na tę rozmowę. Otworzyła drzwi i znieruchomiała.

Naprzeciwko Michała Kaczmarka siedziała Jagoda. Wyprostowana, z teczką na kolanach, twarz bez emocji.

Niech pani usiądzie, wskazał wolne krzesło Kaczmarek. Musimy porozmawiać o ważnej sprawie.

Zofia opadła na krzesło, wpatrując się na przemian w szefa i Jagodę. Tamta choćby nie patrzyła w jej stronę.

Jagoda ciężko pracowała, Michał Kaczmarek rozłożył przed sobą jakieś papiery. I wykryła szereg poważnych błędów. W pani pracy, pani Zofio.

Zofia przestała oddychać. Umysł nie chciał łączyć faktów: Jagoda, notes z kotkami, błędy. Ta sama Jagoda, co jadła jej paszteciki i pytała o radę w sprawie ślubu.

Przeanalizowałam dane z ostatnich ośmiu miesięcy, Jagoda w końcu przemówiła, ale przemawiała tylko do Kaczmarka, jakby Zofii w ogóle tam nie było. Znalazłam jedenaście poważnych niezgodności w dokumentach. Złe kody tras, nieścisłości w listach przewozowych, pomyłki w datach wysyłki.

Otwarła teczkę, wyciągnęła kartki z tabelkami, żółty marker podświetlał poszczególne wiersze. Zofia rozpoznała swój charakter pisma na marginesach.

Uważam, iż poradzę sobie z tym lepiej, Jagoda mówiła z równą, zawodową tonacją, jakby czytała instrukcję. Pani Zofia jest niewątpliwie doświadczonym pracownikiem, ale wiek robi swoje. Firmie bardziej opłaca się zostawić mnie niższa pensja, większa wydajność. To tylko matematyka.

Michał Kaczmarek odchylił się na krześle, postukał palcami w blat.

Co pani na to, pani Zofio?

Zofia powoli podeszła do stołu, wzięła dokumenty. Przejrzała wyróżnione fragmenty. Błędy, które błędami adekwatnie nie były.

Nie zamierzam się tłumaczyć, Zofia odłożyła papiery. Po dwudziestu latach nauczyłam się jednego: nie da się zawsze pracować idealnie. Liczy się efekt końcowy. Towary przychodzą na czas, klienci zadowoleni, pieniądze są na koncie.

Ale takie błędy mogą zniszczyć firmę! Jagoda pochyliła się do przodu i po raz pierwszy przemknęło przez jej głos coś żywego. Staram się dla firmy, chcę pomóc!

Michał Kaczmarek uśmiechnął się. Nie złośliwie, raczej jak ktoś, kto już wiele widział.

Wie pani, Jagoda, jakich ludzi naprawdę nie potrzebujemy? Takich, którzy gotowi są donosić na kolegę dla własnej korzyści.

Jagoda pobladła.

O tych błędach dobrze wiem, kontynuował szef. To nie są błędy. To doświadczenie wypracowane przez lata. Pani Zofia wie, jak ominąć biurokratyczne przeszkody i przyspieszyć cały proces. Na papierze wygląda to na naruszenie procedur, ale w praktyce to mistrzostwo. Brak pani jeszcze doświadczenia, by zrozumieć różnicę.

Jagoda kurczowo ścisnęła podłokietniki krzesła.

Pracuje pani jeszcze dwa tygodnie i do widzenia, Kaczmarek zamknął teczkę. Podanie o zwolnienie proszę mi zostawić na biurku do końca dnia.

Proszę… w głosie Jagody pojawiła się chrypka. Nie chciałam… Potrzebuję tej pracy, mam kredyt, dopiero zaczęłam…

Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej. Wolna.

Jagoda wstała, teczka wypadła jej z rąk, kartki rozsypały się po podłodze. Rzuciła się je zbierać, chowając zalane łzami oblicze.
Drzwi zamknęły się cicho, niemal bezgłośnie.

No i widzi pani, pani Zofio pokręcił głową Kaczmarek. Omal panią nie wygryzła ta dziewczyna. Węża pani ogrzała.

Zofia milczała. W piersi było pusto i dudniło.

Pracuje pani u nas, póki firma nie upadnie, dodał szef. Takimi pracownikami nie rzuca się na wiatr, zrozumiano?

Skinęła głową, wyszła z gabinetu.

Jagoda siedziała przy biurku, wpatrzona martwo w monitor. Gdy Zofia przechodziła obok, rzuciła jej spod mokrych rzęs ostry, zły wzrok.
Zofia choćby się nie obejrzała. Usiadła do komputera, uruchomiła program. Paszteciki w pojemniku na parapecie zostały nietknięte aż do wieczora…

Idź do oryginalnego materiału