Wynajmująca Pokój

newskey24.com 4 godzin temu

Dziennik, 23 lutego

Dzisiejszy wieczór był jednym z tych zimowych, które przypominają mi młodsze lata w Warszawie słońce świeciło cały dzień, a teraz, kiedy chyliło się ku zachodowi, ostatnie promienie tańczyły na śnieżnych płatkach, błyszczących od lekkiego mrozu. Lubię taką pogodę. Spacerowałam spokojnie po chodniku mojego blokowiska, otulona w nowiutkim, kasztanowym futrze z norki. Prezent od syna na ostatnie Święta. Specjalnie szłam powoli, żeby każdy zauważył, jak dobrze wyglądam w końcu nie każda emerytka ma taką klasę i styl.

Mam już ponad sześćdziesiąt lat, ale nie narzekam na życie, wręcz przeciwnie nauczyłam się doceniać jego drobne uroki. Może nie jestem już dziewczyną, lata młodości i zakochania mam za sobą, męża pochowałam już dziesięć lat temu, długo potem był mi smutno. Ale razem mieliśmy przyzwoite życie i pięknego syna, któremu się powiodło.

Aleksander, mój syn, wyjechał na studia do Krakowa i tam już został. Ma rodzinę, rzadko ich widuję, szczególnie wnuków, bo praca syna nie pozwala mu często przyjeżdżać. Na szczęście mamy rozmowy wideo wystarcza, żebym nie czuła się samotna. Finansowo radzę sobie nie najgorzej. Mam dwie mieszkania przy ulicy Władysława Reymonta w jednym mieszkam, drugie, kawalerkę, wynajmuję młodej parze z dzieckiem. Odkąd mam to doświadczenie, wiem już, jak trudno znaleźć porządnych lokatorów. Często się sparzyłam zostawiali długi, nie dbali o mieszkanie. Teraz wolę co miesiąc przyjść osobiście po czynsz i zerknąć, czy wszystko jest w porządku.

Moja obecna lokatorka, Basia, to zupełnie inny typ człowieka. Poznałam ją pięć lat temu, wtedy nie miała jeszcze dziecka. Teraz jej synek Staś ma już dwa lata. Basia jest drobna, jasnowłosa, zawsze uśmiechnięta, chociaż wygląda młodziej niż swoje dwadzieścia cztery lata. Zawsze ma porządek w mieszkaniu, wszystkie rachunki zapłacone, sama przynosi mi dowody wpłaty. Jej mąż Cóż, z nim nie rozmawiam za wiele raz go widuję, raz go nie ma, bywa, iż siedzi obrażony przed telewizorem.

Dziś szłam do nich, aby odebrać czynsz. W torebce miałam czekoladę dla Stasia, on zawsze uroczo na mnie patrzy, gdy podaję mu coś słodkiego. Po drodze myślałam, iż po odbiorze pieniędzy wpadnę jeszcze do sklepu rybnego na świeżą wędzoną makrelę uwielbiam takie drobne przyjemności.

Pod blokiem przy Władysława Reymonta 21 wcisnęłam przycisk windy i powoli wjechałam na piąte piętro. Zawsze grzecznie dzwonię, mam klucz, ale nigdy z niego nie korzystam porządni lokatorzy zasługują na szacunek. Tym razem czekałam dłużej niż zwykle. Już miałam odejść, kiedy drzwi otworzyła mi Basia. I to, co zobaczyłam, ścięło mnie z nóg. Opuchnięta twarz, czerwone, wąskie od płaczu oczy i drżące ręce.

Co się stało, Basiu? weszłam do środka, powstrzymując się od natrętnych pytań. Od razu pomyślałam, iż po ostatnich świętach może jeszcze leczą kaca.

Źle jest, pani Zofio wyszeptała i chwiejnym krokiem ruszyła do pokoju. Zostałam na chwilę w przedpokoju takiego nieładu nie widziałam u Basi jeszcze nigdy. Dziecko bawiło się pomiędzy porozrzucanymi ubraniami i zabawkami, szafa otwarta, połowa półek pusta.

Basia podała mi drżącą ręką dowody wpłat na media. Wszystko opłacone. Ale nie mam za co zapłacić w tym miesiącu za czynsz. Przepraszam… Zostanę pani dłużna. Jutro wyprowadzam się razem ze Stasiem.

Miałam ochotę ją objąć. Skąd ta dziewczyna wzięła tę opuchliznę? Od płaczu! Nie od alkoholu; w mieszkaniu choćby nie pachniało wódką, raczej rozpaczą.

Opowiedz mi wszystko poprosiłam i usiadłam obok niej na tapczanie.

Basia długo milczała, potem wyznała prawdę. Od pół roku bardzo źle się czuła, ciągle zmęczona, ale zwlekała z wizytą u lekarza, bo cały czas zajmowała się Stasiem. Od niedawna synek chodzi do żłobka, więc Basia zrobiła wszystkie badania. Diagnoza nowotwór. Mąż, gdy tylko się dowiedział, spakował rzeczy i zniknął. Powiedział, iż nie będzie się użerać z chorą żoną. Dla niego rak to wyrok tak jak wtedy, gdy jego ciotka umarła. Basia została z niczym, na zasiłku macierzyńskim, bez środków do życia, bez dachu nad głową.

Wzrusza mnie to, jak bardzo życie potrafi się załamać w jednym dniu. Basia jednak nie chciała zrobić ze swojego problemu mojego. Chciała zabrać dziecko i wyjechać do swojej babci na wieś pod Siedlcami, choć wiedziała, iż tam nie znajdzie pomocy.

Basia, przestań! przerwałam jej. Ja ci pomogę. Idź jutro na badania do onkocentrum na Szaserów, całe dnie spędzisz w szpitalu, a ja zajmę się Stasiem. Zapomnij na razie o czynszu, dam sobie radę, a ty dbaj o siebie!

Zaskoczyło ją to chyba jeszcze bardziej niż moje futro do tej pory miała mnie pewnie za dumnego właściciela mieszkania, a tu taki gest. Ale chyba za długo byłabym samotna, by nie spojrzeć sercem na czyjeś nieszczęście.

Wróciłam wieczorem do domu, a potem do sklepu kupić zwyczajne produkty: makaron, kurczaka, trochę mięsa. Rano, gdy przyszłam do Basi, Staś od razu się do mnie przylgnął. Zajęłam się nim przez kilka dni, a myśli miałam tylko wokół Basi i jej choroby.

Na szczęście diagnoza nie była najgorsza z możliwych. Pierwszy etap, szansa na całkowite wyleczenie operacją! Odetchnęłam z ulgą bardziej niż ona.

Po wszystkim choć Basia chciała wyprowadzić się do babci, uparłam się, iż zostanie i będzie dochodzić do siebie w moim mieszkaniu. I tak kilka miesięcy razem walczyłyśmy z losem ona wracała do sił, ja przewijałam Stasia. Kiedy wreszcie wróciła do pracy, zaczęła upierać się, by płacić czynsz, ale mi było już wszystko jedno. Stała się prawie jak córka.

Minął rok i pół. Siedzę teraz w eleganckim garniturze na weselu. Basia wygląda olśniewająco w długiej białej sukni, a jej obecny mąż, młody lekarz, który operował ją na onkologii, nie spuszcza z niej oczu. Wszyscy biorą mnie za matkę panny młodej i w pewien sposób nią się czuję. Syn daleko, ale mam swoją przyszywaną córkę i wnuczka.

Podchodzi do mikrofonu, ściska mnie za rękę i mówi przez łzy: Pani Zofio, jest pani dla mnie jak mama, której nigdy nie miałam. Dziękuję Bogu, iż nas do siebie przyprowadził…

I wtedy już nic nie można zrobić z tym ciepłem w sercu. Mam syna, mam wnuka, mam Basię. choćby czerwona ryba nie smakuje tak dobrze, jak życie, które się nie poddało.

Idź do oryginalnego materiału