„A niech sobie idą! Nie jestem żadną usługą”. Szczere wyznanie 52-letniej Małgorzaty o mężczyznach, których spotyka po pięćdziesiątce

twojacena.pl 2 dni temu

Niech sobie idą! Nie jestem żadną usługą. Wyznania 52-letniej Grażyny o mężczyznach, których spotyka po pięćdziesiątce

Dzisiaj znowu rozmyślam o mojej decyzji, by po prawie dziesięciu latach wrócić do randkowania. Przez tyle czasu byłam poza rynkiem, a wszystkim wokół wydawało się, iż może jeszcze zdarzy się coś fajnego, iż spotkam kogoś ciekawego. No cóż. Dostałam dziesięć lekcji dojrzałych relacji takich, jakich się chyba nie spodziewałam.

Pewnego wieczoru zadzwoniłam do Joli. Byłam zmęczona i rozbawiona jednocześnie:
Wiesz co, albo naprawdę już uwielbiam samotność, albo ci faceci żyją w jakiejś innej rzeczywistości. Innego wytłumaczenia nie widzę.

Jolę znam dwadzieścia parę lat. Zawsze powtarzała, iż mam dystans do siebie i życia. Rozmowy o randkach zaczęły się po wielu namowach przyjaciółek no to spróbowałam. Przez pół roku miałam dziesięć spotkań. Każde jak fragment kabaretu, choć czasem śmiech przez łzy.

Pierwsze wrażenie: czy pasujemy do siebie?
Zaczęło się niewinnie. Spotkanie w kawiarni w centrum Warszawy, grzane wino, grzeczna rozmowa. Mężczyzna przez pięć minut przeglądał menu, jakby analizował bilans roczny firmy. W końcu komentuje:
Wie pani, bez porządnego rosołu dłużej nie pociągnę.

Przytaknęłam, sądząc, iż to żart. Ale on zaczął się rozwodzić o byłej żonie, która przestała porządnie ścielić łóżko, a teraz szuka kobiety ze złotymi rękami i porządną głową. Akcent stawiał na te ręce.

Pomyślałam kiedy rozmowa o pościeli stała się tematem na pierwszej randce?

Wykład, jaka powinna być kobieta
Kolejne spotkanie zaczęło się zupełnie przyzwoicie, by gwałtownie zmienić się w wykład. Usłyszałam, jak powinnam się zachowywać: wspierać, tworzyć domowe ognisko, mieć anielską cierpliwość. Brzmiało choćby sensownie, gdyby nie szczegóły.

Narzekał na wysokie ciśnienie, pokazał wydruki od lekarza, pytał, czy gotuję zupy dietetyczne. Miałam wrażenie, iż szuka nie partnerki, a dietetyczki ze specjalizacją pielęgniarską. Wszystko pod grafik.

O uczuciach mówił tak, jakby recytował instrukcję od odkurzacza opowiadałam potem Joli. Wszystko krok po kroku, bez iskry.

Szczęścia nie było.

Mądrość, której nie znajduje się w żadnych książkach
Trzecia randka zapadła mi w pamięć przez jedno zdanie:

Tylko proszę ze mną nie dyskutować. W tym wieku to kobieta powinna być mądrzejsza.

Nie wytrzymałam:

A co pan rozumie przez mądrość?

Odpowiedź była mętna. W skrócie: miałam dawać spokój, zgadzać się, nie zadawać trudnych pytań. Nie było miejsca na rozmowę czy równość, ale wszystko musiało być tak, jak powinno. Zrozumiałam on nie chce partnerstwa. On chce świętego spokoju i bezwarunkowego poparcia.

Szukając matki, nie partnerki
Czwarty kawaler nie bawił się w ceregiele:

Potrzebuję, żeby ktoś się mną opiekował. Tak, jak mama w dzieciństwie.

Potem wyliczał kto mu najlepiej piekł szarlotkę, jak układać mu skarpetki, w których kapciach jest mu najwygodniej. Zero żartu, sama powaga.

W głowie miałam jedno on nie szuka żony, tylko domowej usługi przenoszącej go do dzieciństwa.

Rozmowa jak rozmowa kwalifikacyjna
Piąte spotkanie przypominało rozmowę rekrutacyjną. Pytania padały jedno po drugim:

Dużo pani choruje?

Blisko pani rodzina mieszka?

Zarobki stabilne?

Opowiadałam potem Joli, śmiejąc się, ale i czując pustkę. Nikt nie pytał kim jestem, tylko co mogę dać. To nie były randki to był egzamin z użyteczności.

Co jest z tymi facetami?
Po dziesiątej randce zadzwoniłam do Joli i powiedziałam szczerze:

Oni nie chcą związku. Oni chcą niezawodnej obsługi klienta. Tylko tyle.

Nie było we mnie złości, raczej stwierdzenie faktu.

Starszym panom bardziej niż samotności, nie podoba się myśl o zmianie. Potrzebują komfortu i gwarancji. Chcieliby mieć opiekunkę, kucharkę, psychologa w jednym. I jeszcze, by kobieta była wdzięczna, iż ją wybrano.

A jak pytałam a co ja z tego mam?, pojawiało się zdziwienie: No jak to? Przecież jestem mężczyzną! To nie wystarczy?

Czy są jacyś inni i czy jest nadzieja?
Często powtarzałam sobie:

Wiem, iż nie wszyscy tak mają. Są mądrzy, ciekawi, wartościowi faceci. Ale oni są zajęci.

Wiary nie straciłam. Zmieniłam się jednak bardzo. Zaczęłam bardziej dbać o swoje granice i potrzeby.
Nowa zasada żadnych ról służki. Koniec z poświęcaniem własnej godności. Żadnego zaspokajania oczekiwań za każdą cenę.

Dalej się śmieję z panów z wybujałymi wymaganiami, ale teraz w tym śmiechu jest pewność. Nie zamierzam żyć cudzym życiem dla mrzonki o bliskości.

Co z tego wynikło?
Dziesięć randek to nie porażka. To doświadczenie, które nauczyło mnie wybierać. Przede wszystkim wybierać siebie.

Zrozumiałam najważniejsze: wolność bycia sobą jest cenniejsza od każdej relacji, która jest jednostronna i opiera się na usłudze.

Miłość nie działa według harmonogramu. Przychodzi wtedy, gdy człowiek naprawdę już wie, iż mniej niż szacunek, ciekawość i wzajemność nie wystarczy.

Czas nauczyć się wybierać inaczej. I nie godzić się już nigdy na rolę obsługi w żadnym wieku.

Idź do oryginalnego materiału