Zofia powoli stąpała po idealnie przystrzyżonej trawie, jakby wkraczała na scenę. Każdy jej ruch był precyzyjny, zimno wyważony. Wiedziała: to nie jest zwykły powrót. To jej zemsta.
Wzrok starego Kazimierza niemal ją parzył. Laska, którą ściskał, aż zbielały mu palce. W jego spojrzeniu było wszystko gniew, pogarda, ale też ten stary, drapieżny błysk, którym przez dekady miażdżył każdego.
Kupić? zaśmiał się szyderczo. Dziewczyno, te domy należą do mojej rodziny. Do mojego rodu. Dopóki ja żyję, pozostaną tu.
Zofia podeszła bliżej.
Właśnie dlatego odparła cicho. Bo nie zostało ci już wiele czasu.
Mężczyźnie zadrgała warga. Chciał się roześmiać, ale wybuchnął kaszlem. Lata, alkohol i ciężar władzy zrobiły swoje.
Za płotami sąsiadów pojawiły się twarze. Wszyscy widzieli tę scenę, nikt nie śmiał się wtrącić, ale ciekawość była silniejsza od strachu.
Oszalałaś, Zosiu warknął starzec. Nikt ci nic nie sprzeda.
Zofia wyciągnęła teczkę z torby.
To umowy. Już kupiłam pół ulicy. Ciocia Halina miała długi, jej syn utonął w kredytach. Wujek Janusz zbankrutował. Wszyscy przyszli do mnie.
Kazimierz błysnął oczami.
Kłamstwa!
Zofia otworzyła teczkę i pokazała kopie dokumentów.
To dopiero początek. Ale ty, wujku Kazimierzu, masz sekrety, które są warte więcej niż te mury.
Starzec zachwiał się.
Jakie sekrety?
Uśmiech Zofii był lodowaty.
Myślisz, iż nic nie wiem? Ale wiem, jak zostałeś wdowcem w tak dogodnym momencie. Wiem, iż moja matka pewnego ranka po prostu zniknęła, a ty mówiłeś, iż zabrał ją zawał. Nie było autopsji. Nie było pytań. Opłaciłeś lekarzy, policjantów.
Sąsiedzi zamruczeli. Za oknami migotały przerażone spojrzenia.
Kłamstwo! ryknął Kazimierz. Wszyscy wiedzą, iż była chora
Chora? przerwała mu twardo Zofia. Czy może po prostu stała ci na drodze razem z majątkiem?
Mężczyzna zatoczył się, ale gwałtownie odzyskał głos.
Nie masz dowodów.
Zofia uniosła dłoń.
A to co?
Wyciągnęła starą, zniszczoną książeczkę. Twarz starca stała się ziemista.
To
Tak. Pamiętnik mojej matki. Znalazłam go w skrzyni u dalekiej krewnej. Jest tam wszystko. Jej lęki, skargi. Opisała, jak podrzucałeś jej leki do herbaty, by wyglądała na słabą. Jak sfałszowałeś testament.
Oczy Kazimierza rozszerzyły się. Laska wyślizgnęła mu się z dłoni, omal nie upadając na ziemię.
Kłamstwo wszystko kłamstwo
Zofia wzruszyła ramionami.
Być może. Ale wiesz, co uwielbiają dziennikarze? Takie historie. Zwłaszcza te poparte papierami.
Na ulicy zapanowała cisza. Tylko wiatr szarpał gałęziami.
Kazimierz podniósł rękę, jakby chciał uderzyć, ale zadrżał. Laska wypadła, a on sam osunął się powoli na ławkę przed gankiem. Jego twarz wykrzywiła się, godność zastąpiła bezradność. Władca rodu po raz pierwszy wydał się słaby.
To moja ulica charczał, łapiąc powietrze.
Już nie odparła cicho Zofia.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła do samochodu.
Wtedy stało się coś niespodziewanego. Z sąsiednich domów wyszli ludzie. Ciocia Halina, blada, z potarganymi włosami, ściskała kartkę.
Ma rację! krzyknęła. Sprzedałam jej wszystko nie mogliśmy spłacić kredytów
Za nią wyszedł wujek Janusz, spuszczając wzrok.
Mój biznes upadł mruknął. Też podpisałem.
Głos tłumu rósł. Jedni płakali, inni klęli. Ulica, która dotąd była nieskazitelna, rozpadła się pod ciężarem kłamstw.
Zofia odpaliła silnik. W lusterku wstecznym raz jeszcze zobaczyła obraz: Kazimierz nieruchomy na ławce, jak rozbity posąg, wokół niego rodzina miotała się, próbując ratować ruiny.
W piersi czuła ból minionych lat, ale po raz pierwszy nie był on udręką. Ból już nią nie rządził.
Jej dłonie spokojnie trzymały kierownicę. Wiedziała: nie wróciła tu na darmo.
Trzydzieści dwa lata temu wyrzucili ją stąd jak śmieć.
Dziś to ona została nową panią tej ulicy.
Finał: Ulica, która niegdyś należała do rodu Kazimierza, przeszła w ręce Zofii. Jej zemsta nie była krzykiem ani przemocą ale papierami, zimną logiką i czasem, który w końcu wszystko ułożył na swoim miejscu.














