Artysta
Ten kot to prawdziwy diabeł, Zosiu! Trzeba się go pozbyć! Krystyna z niesmakiem skrzywiła się, patrząc na rudego, jednouchego kota kręcącego się u nóg mojej siostry.
Co ty mówisz, Krysiu?! Zosia aż podskoczyła z przerażenia. Przecież to żywe stworzenie!
Stworzenie? To akurat dobre słowo! Nie wydaje ci się, Zosiu, iż on sobie za dużo pozwala?
Kot, jakby potwierdzając słowa gościa, nagle zasyczał, wyginając grzbiet, i bokiem, ostrożnie stawiając łapy, zaczął iść wojennie w stronę Krystyny.
Widzisz?! triumfalnie wskazała kota Krystyna i odruchowo cofnęła się. A mówiłam!
Zofia sapnęła i zawołała do swojego obrońcy:
Artysta, kochanie, spokojnie! Wszystko dobrze!
Kot spojrzał na swoją panią, nagle opadł z napięcia, wrócił do jej nóg i delikatnie trącając jej chore kolano, usiadł tuż obok, jakby komunikując, iż i tak czuwa.
Bandyta! fuknęła Krystyna, ostrożnie obchodząc kota. A ty mu jeszcze współczujesz!
Ktoś musi mu współczuć, prawda? westchnęła Zosia.
Artysta pojawił się u niej trzy lata temu. To był ciężki okres dla Zofii straciła najpierw męża, potem jedynego syna, została sama na świecie była jeszcze tylko jej siostra i kilka znajomych. Przyjaciółek nigdy nie miała.
Była Krystyna. Siostra.
Krysia była starsza różnica wieku niewielka, ale rodzice zawsze podkreślali:
Krystynka to nasza starsza, bardzo odpowiedzialna dziewczyna! Można jej wszystko powierzyć i będzie jak trzeba! A Zosia Zosia to nasz aniołek! Pociecha dla duszy. Cudowne dziecko, tylko taka rozkojarzona Szkoda gadać!
Dorastały przekonane Krysia to gwiazda, Zosia roztrzepana, ale kochana.
Za co cię rodzice chwalą? Nie rozumiem! złościła się Krysia, gdy Zosia wracała ze szkoły z dobrymi ocenami. Przecież uczyć się to nic nadzwyczajnego Po co za to chwalić?
Krysiu, nie jestem taka mądra jak ty! Ty masz same piątki, ja różnie
Właśnie! A oni i tak cię chwalą! dąsała się Krystyna, a Zofia skrycie się uśmiechała, nie chcąc siostry denerwować.
Krysia po maturze dostała się na uniwersytet i prawie przestała się w domu pokazywać.
Jak tam, Krysiu? łapała okazję Zosia, by dowiedzieć się czegokolwiek z życia siostry.
Jakoś leci. Szkoda tylko, iż tak powoli. Snu brakuje w dobie!
Na naukę nie wystarcza? troska Zosi była szczera.
Nauka? Żartujesz chyba! Nie mam życia osobistego! Jak mam kogoś poznać, skoro całe dnie biegam, myśląc tylko o karierze?!
Oj, Krysia Ja się nad tym nie zastanawiałam
Ty w ogóle o czymś myślisz, malutka? śmiała się Krysia, nie zważając jak raniła Zosię. To dorosłe sprawy, nie dla takich dzieci jak ty!
Zosia odkładała urazę na bok i cicho cieszyła się sukcesami siostry. Gwiazda przecież musi błyszczeć a jej zostawało się temu blaskowi tylko przyglądać.
Po studiach Krystyna wciąż była sama mężczyźni bali się jej charakterku i ciętego języka. Żadne perswazje matki nie pomagały.
Mamo, chcesz żebym była jak pensjonarka z przeszłości, grzeczna i milutka? Bzdura! Zostaw to Zofii! Nie mój styl!
Krysiu, nikt nie wymaga byś się całkiem zmieniała, po prostu bądź trochę milsza, chłopcom to się podoba
Oj, mamo! Skąd wiesz, co młodym się dziś podoba? To już nie te czasy!
Może masz rację, Krysiu
Szok przyszedł, gdy Zofia, której wszyscy mówili, iż studia to strata czasu, lepiej by wybrała zawód, przyprowadziła narzeczonego.
Poznajcie! To mój Arek
Arek od razu podbił serca rodziców przystojny, inteligentny, obiecujący dziennikarz. Najważniejsze jednak było, iż szaleńczo kochał Zosię zwyczajną, według rodziców i Krysi, Zosię, która skończyła technikum.
Zofia od zawsze lubiła szycie i piękne stroje, więc wybrała sobie zawód krawcowej.
Zosia, krawcowa? Krysia była zdegustowana tym wyborem.
Krysiu, nie jestem tak mądra jak ty. Ale nie każdy potrafi zrobić ładną spódnicę czy bluzkę. Chcę by ludzie wokół mnie świetnie wyglądali i byli przez to szczęśliwsi.
Jest z czego się cieszyć Zosiu, masz bałagan w głowie!
Nie wiem Ale tę sukienkę, którą ci uszyłam chyba dobrze wyszła?
Komu dobrze?
Tobie! Sobie! Wszystkim! Popatrzą na ciebie i powiedzą ale laska! Źle?
No tak Ktoś sięga gwiazd, a siostra mi stroje szyje Eh, Zosia!
Znowu nie rozumiała, czym zawiniła siostrze. A tak czy inaczej, Krystyna z dumą ubierała się w jej kreacje. Zofia nie powielała fasonów wymyślała je sama. Siedziała po nocach, obszywała brzegi spódnic kwiatami. I cieszyła się widząc, jak Krystyna z euforią przegląda się w lustrze.
Suknie Zofii były tak dobre, iż znajome pytały Krystynę, gdzie je zdobyła, a ona nigdy nie zdradzała.
To tajemnica!
Skąd, z zagranicy masz?
Nie powiem, to sekrety dyplomatów! chichotała Krystyna, w duchu pękając z dumy, iż to siostra szyje dla niej prawdziwe cuda.
Pojawienie się Arka w życiu Zofii było dla Krysi ciosem.
Jak to? Ta, która nie ma wykształcenia ani urody, narzeczonego ma wcześniej ode mnie?! Niemożliwe!
Na ślubie Zosi Krystyna siedziała z kamienną miną. Nikt nie rozumiał co się dzieje. Po raz pierwszy zauważono i doceniono skromną Zosię w własnoręcznie uszytej sukni.
Piękna! I Narzeczony też świetny! Niech będą szczęśliwi!
Wtedy chyba pierwszy raz Krystyna poczuła zazdrość. Zakorzeniła się w niej i długo jadła serce.
Siostra ma przystojnego faceta? Świetnie! Ty nie masz nikogo!
Rodzice spoglądają na Zosię i przebąkują o wnukach? Tobie dzieci nie grożą!
Zosia błyszczy, jak twój blask przeszedł na nią? Tak ci trzeba! Wszystko jej, tobie nic!
Krystyna uciekła z wesela wcześniej. Przeklinała w domu swoją nieudaną egzystencję, zębami gryząc róg poduszki.
Ale gdy tylko zobaczyła mamę w progu starego dziecięcego pokoju, zebrała się w sobie.
Krysiu, wszystko w porządku?
W jak najlepszym! Nie martw się!
Za pół roku wyszła za mąż praktycznie za pierwszego lepszego. Mąż był dużo starszy, trochę łysawy, pełny, bardzo mądry. gwałtownie pojął, czego Krystyna oczekuje od tego małżeństwa.
Dam ci to, czego chcesz pod warunkiem, iż to układ.
Warunki?
Urodzisz mi dziecko, może dwoje, zrobisz karierę, ja ci to zapewnię. Niania, pomoc domowa co zechcesz. Gwarantuję, iż nie będę miał kochanki i iż nie musisz się martwić o swoje zdrowie. Ale ty będziesz wierna bez zastrzeżeń i zadbasz o dom, spokój, jedzenie, łóżko. Żadnych kłótni, tylko spokój do pracy. Jasne?
Krystyna zgodziła się bez wahania:
Przyjmuję!
Dziwne, ale małżeństwo okazało się udane. Miłości, jak u Zofii i Arka czułej, radosnej tam nie było, ale była stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa.
Dziecko a po roku drugie urodziła zgodnie z umową. Dziećmi zajmowała się niania, a czas był rozplanowany co do minuty pod dyktando Krystyny. Na własne wychowanie dzieci nie miała czasu praca, doktorat, rauty, gdzie zawsze zachwycano się jej sukniami, ale ona nie zdradzała, kto je szyje.
Zofia nie spieszyła się. W niepewnych latach dziewięćdziesiątych szyła w domu. Klientki przekazywały sobie jej adres szeptem.
Krawcowa z prawdziwego zdarzenia! Ale nie bierze nowych klientek!
Aż taka dobra?
Niewiarygodnie! Widziałaś tę moją różową sukienkę? To ona!
Myślałam, iż to marka modowa!
Znane marki też tak zaczynały, szyły na kolanie! Zosia się wybije, jak zechce!
Wśród jej klientek były żony polityków, biznesmenki z Warszawy, aktorki z Krakowa i Torunia. Nigdy nie powtórzyła projektu, wiedziała, czym grozi zderzenie dwóch takich samych kreacji na jednym przyjęciu.
Gdy sytuacja się unormowała, Zosia otworzyła małe atelier, które gwałtownie stało się modnym salonem, miejscem plotek i nowych znajomości. Lokal na parterze starej kamienicy wynalazła dla siostry Krystyna, kupiła sprzęty, dała pożyczkę i kazała nie martwić się o pieniądze.
Rozliczymy się potem!
Krystynie zależało, by dać Zosi podstawy do rozwoju. Sama siebie karciła za dawną zazdrość. Bała się, iż przez to Zosia utraciła swój blask. Gdy patrzyła na swoje dzieci, Krystyna najbardziej żałowała, bo jedyny syn Zofii, jej ukochany chłopiec, urodził się chory.
“Słoneczko” po usłyszeniu tego określenia od pielęgniarek, Krystyna przejęła je i tak nazywała siostrzeńca.
Ty moje kochane Słoneczko! Przywiozłam ci prezent! witała Krystyna, a jej Słoneczko, nieśmiały wobec wszystkich, przytulał się do niej z ufnością, przy której świat wydawał się lepszy.
Krysiu, ty mojego Kamilka kochasz bardziej niż własne dzieci śmiała się Zosia, gdy patrzyła na syna, który nigdy nikomu nie ufał tak jak cioci.
W pewnym sensie tak właśnie było. Krystyna wiedząc, jak trudno Zosi, załatwiła nianię i pomogła w prowadzeniu atelier.
Pracuj, Zosiu! Potrzebujesz tego. Arek ciągle poza domem, nie spotykacie się często. Po co masz czekać w pustym mieszkaniu?
Krysiu, ja nie mogę przecież mam Kamilka
Masz duże atelier, zorganizuj tam dziecięcy kącik, zatrudnij pracowników. O nianię się nie martw, ja wszystko załatwię. Kamil będzie przy tobie, a ty spokojna.
Krysiu, co ja bym bez ciebie zrobiła?
Po to są siostry! Ojej, nie doprowadź mnie do łez! Godzinę dziś makijaż robiłam! Mam ważne wyjście!
Taka była ich codzienność.
Krystyna doglądała zdrowia siostry i siostrzeńca. Szukała lekarzy i możliwości. Kamilek był bardzo słaby, chore serduszko, nieprawidłowa praca narządów.
Krysiu, nie rozumiem… płakała Zosia, gdy były same. Dlaczego to spotkało moje dziecko?
To nie twoja wina, kochana! Tak już jest. Taki los, taki krzyż. Ale damy radę! Kamilek nigdy nie będzie zdrowy, nie łudźmy się. Ale możemy mu dać szczęście i spokój. Rodzina, ciepło, opieka, miłość to możemy mu zapewnić?
Chyba możemy
To róbmy, nie łzy ronić! Znalazłam świetnego neurologa podobno cudotwórca! Kolejka jak za chlebem, ale już zapisałam Kamilka. Zobaczymy, czy coś pomoże.
Krysiu…
Cisza! Daj mi herbatę i jakąś kanapkę, bo nie jadłam dziś nic!
Mąż Krystyny akceptował jej troskę o siostrzeńca.
Żal mi chłopca. Gdybyś tylko mogła, gwiazdkę z nieba byś mu dała. Cokolwiek trzeba, mów, pomogę.
Te proste słowa znaczyły dla niej więcej niż niejedno wyznanie. Zrozumiała, iż naprawdę kocha swojego męża. Nie tą szaloną miłością młodości, ale mocnym, spokojnym uczuciem dojrzałej kobiety.
Dzieci rosły, rodzice się starzeli, a między siostrami nie było już miejsca na zawiść czy żal.
Z kim innym wesprzeć się w problemach, jeżeli nie z siostrą?
I Zosia, jak mogła, pomagała Krysi poprosiła Arka, by pomógł Krystyninym mężowi wyprostować sprawy w pracy. Śledztwo trwało długo, groziło Arkowi poważnymi konsekwencjami, ale prawda wyszła na jaw i Krystyna krótko, ale dobitnie jej podziękowała:
Nie wiesz, Zosiu, ile mi zawdzięczasz! Obiecuję póki żyję, tobie i twojej rodzinie nigdy niczego nie zabraknie.
Tak było, słowa dotrzymała.
Była przy Zofii, gdy chorował Arek. Odchodził powoli, gasnąc w oczach ukochanej żony, która starała się być dzielna, ale wyła, jak wilk w ramię siostry:
Dlaczego?! Przecież on taki młody
Krystyna trwała przy niej, dzień po dniu pomagała jej przetrwać stratę przypominając, iż dla Kamilka musi być silna.
A potem trzymała siostrę wtedy, gdy serce jej Słoneczka na zawsze przestało bić. Wpadły w ramiona sobie, nie płakały przy lekarzach tłumaczących techniczne szczegóły. Gdy wyszły z kliniki, zapomniały o samochodzie, piechotą przeszły przez pół miasta, trzymając się mocno za ręce, milcząc.
Żółta koszulka i czerwone trampki…
Tak…
Nie trzeba było tłumaczyć, co to znaczyło. Żegnały swojego chłopca tak, jakby sobie zażyczył…
Po śmierci syna Zosia bardzo podupadła. Pracowała na automacie, prawie wszystko zostawiając pracownicom. Ile razy Krystyna zaglądała do atelier, widziała, jak Zosia siedzi nad kartką nieruchomo, nie mogąc narysować ani kreski.
Zosiu
Zaraz Chwila odpoczynku, dobrze? podnosiła na nią puste, bez blasku oczy.
Tak nie można! Krystyna prawie płakała.
Już wszystko mi wolno Zosia uśmiechała się smutno. Już wszystko jedno
Wszystko zmieniło się, gdy do atelier przyszedł kot.
Nikt nie wiedział skąd się wziął obdrapany, brudny, z poszarpanym uchem na gwarnej ulicy, gdzie rzadko widywało się zwierzaki.
Próbował wejść, ale go spłoszono.
Spadaj! Wynocha!
Wtedy kot położył się na schodzie, zwiesił łapy i głowę, udając szmacianą pacynkę. Tak znalazła go Zofia, która tego dnia pojawiła się w atelier później niż zwykle.
Dziewczyny, co to? zapytała zdumiona, patrząc na mistrzowsko grającego kota.
Kot, pani Zofio! Przyszedł, rozłożył się i nie chce się ruszyć!
Czy on żyje? Zofia ostrożnie trąciła czubkiem buta kota na schodku.
Na ten nie do końca grzeczny gest kot uchylił oko, westchnął po ludzku i pokazał język, jakby mówił:
Co wy, ludzie, robicie?! Umieram! Faktycznie! Zaraz nie będzie po mnie śladu, choćby imienia nie mam, a głodny już tydzień! I wszystko przez was! Nie macie współczucia!
Zosia, patrząc na jego przedstawienie, uśmiechnęła się pierwszy raz od bardzo dawna:
No niezły aktor! Dziewczyny, zobaczcie, gra lepiej niż Olbrychski! Dobra! zmieniła ton. Chodź tutaj, będzie i obiad, i ciepło.
Wzięła kota ze schodka, obejrzała uważnie i pokręciła głową:
Najpierw weterynarz! To ucho mi się nie podoba. I ogólnie…
Kot nie protestował. Grzecznie siedział obok w samochodzie w drodze do lecznicy, dał się obejrzeć lekarzom, miauknął tylko jeden raz, gdy zastrzyk zabolał. Z wdzięcznością przyjął od Zofii pasztet, a potem dumnie podreptał za swoją nową panią do domu.
Nigdy nie miałam kota. Jak się dogadamy, Artysto?
Kot przybrał minę Sfinksa, wpatrując się beznamiętnie w przejeżdżające auta, a Zosia drugi raz się uśmiechnęła.
No zobaczymy, czy Krystyna cię zaakceptuje
Krystyna, jak się można było spodziewać, kota nie zaakceptowała. Ale tylko na pokaz. Cięła do niego złośliwości, zauważając z ulgą, iż Zosia zaczęła reagować na zaczepki. Znowu w oczach siostry pojawił się ogień. Zosia była komuś znów potrzebna, mogła o kogoś dbać, myśleć.
Zosiu, on dziwnie na ciebie patrzy
Krysiu, niech patrzy! Od lat nikt tak na mnie nie patrzył!
Jak?
Z miłością!
Kombinator z niego! Oszukuje cię!
Niech będzie! Ale ogrzewa mi chore nogi, jak zasypiam, i siedzi ze mną, gdy oglądam film. Patrzy w ekran, jakby się znał!
Sama sobie winna! A nie mogłaś nazwać Mieciem albo Mruczkiem? Artysta dla kota!?
Bo taka jego natura! śmiała się Zofia, a Krystynie robiło się ciepło na sercu.
Siostra znów się uśmiechała, a za to Krystyna była gotowa kotu wybaczyć wszystko.
Poddała się mu ostatecznie wtedy, gdy prawie utraciła Zosię.
To była sobota. Miały się nie spotykać, ale będąc w pobliżu atelier, Krysia postanowiła sprawdzić, czy siostra nie została z jakąś robotą do późna. Od kiedy pojawił się Artysta, Zosia znów zaczęła pracować z zapałem. Jej stroje cieszyły się szaloną popularnością, a zmiana stylu i kolorystyki tylko podsyciła zainteresowanie nową kolekcją.
Światło paliło się w atelier. Krysia weszła kluczami.
Zosiu, to ja!
Ruda błyskawica rzuciła się do jej nóg i kot rozdarł jej rajstopy wbijając pazury w łydkę:
Artysta! Zwariowałeś?! Co robisz?!
Kot wyglądał dziwnie, oczy mu płonęły. Krysia się przestraszyła. Już miała go przegonić linijką do krojenia materiałów, gdy ten żałośnie zamiauczał i zaczął biegać między nią a drzwiami do dawnego dziecięcego Kamilka, który Zofia nie potrafiła przerobić na kolejny salon.
Co tam jest? Gdzie Zosia?!
Pobiegła, zapominając o kocie. Zobaczyła, iż siostra leży na podłodze, ściskając zdjęcie syna.
Zosiu!
Pogotowie, szpital, niemal doba na intensywnej terapii
Krystyna chodziła po korytarzach szpitala i modliła się, jak potrafiła:
Nie zabieraj jej, proszę, pozwól jej żyć!
Dopiero potem się dowiedziała, jak tego wieczoru Artysta w zamkniętym pokoju wznosił żałosne wycie, którego nie słyszał nikt, poza Zosią. Gdy w końcu Zosia się obudziła, kot przyszedł, zwinął się w kłębek u jej nóg i już tylko pił wodę, nie przyjmując jedzenia.
Wypuścili Zofię ze szpitala po trzech tygodniach.
Krysiu, najpierw do atelier!
Zosiu, po co? Sama ci przywiozę tego nicponia!
Nie, chcę go zobaczyć!
Z trudem weszła po schodkach. Pracownice, zobaczywszy pędzącego korytarzem rudasa, który okręcił się wokół nóg Zofii i zamruczał tak głośno, iż Krystyna aż powtórzyła:
Oj, Artysto!
Zosia wzięła kota na ręce, pogłaskała stare ucho i wyszeptała:
Wołał mnie, Krysiu. Słyszałam go Najpierw jego, później ciebie. Wtedy przed szpitalem. Tam też
Jak to tam?
Nie umiem wytłumaczyć. Był głos Arka, potem Kamilka, ale ich przekrzyczał kot Słyszałam tylko jego A potem znów ciebie
Dziwne Krystyna nie wiedziała, co powiedzieć.
Za to kot wiedział trącił łapką podbródek Zosi, prężąc się do głaskania, spojrzał na Krystynę i rozłożył się wygodnie na kolanach swojej pani, mrucząc jeszcze głośniej jakby chciał pogonić wszystkie smutki.
Myślę, iż wtedy po raz pierwszy w życiu zrozumiałem, iż dla człowieka nie liczy się nic bardziej, niż bliskość drugiego i spokój serca. Tak mało A jednocześnie tak wiele.








