Tamara odłożyła słuchawkę domofonu i przez chwilę stała w przedpokoju, zbierając myśli. Jasiek właśnie zasnął po dwugodzinnej histerii — ząbki, pediatra mówiła, iż ósemki idą wyjątkowo paskudnie — a ona choćby nie zdążyła przetrzeć blatu w kuchni. Robert wszedł do mieszkania, trzasnął drzwiami i nie zdejmując butów, ruszył prosto do salonu.
— Co tu tak cicho? — rzucił, rozglądając się po pokoju. — Obiad chociaż jest?
— Robert, dopiero go położyłam, błagam, ciszej — Tamara instynktownie zasłoniła sobą drzwi do sypialni. — Zrobię ci kanapki, tylko się rozbiorę z tego…
— Kanapki? — prychnął, otwierając lodówkę. — Ja cały dzień na budowie, ludzie mi nad głową stoją, inwestor wydzwania co godzinę, a ty mi proponujesz kanapki? Poważnie?
— Nie miałam kiedy ugotować, Jasiek nie odklejał się ode mnie od rana. Płakał non stop, nosiłam go na rękach…
— Nosiłaś go na rękach — powtórzył z kpiną. — Słuchaj, Tami, ja naprawdę nie wiem, co ty robisz przez te dziesięć godzin. Siedzisz w domu, dziecko śpi, a ty choćby nie możesz jednego normalnego obiadu postawić na stół. Wszystkie kobiety jakoś sobie radzą.
Tamara zacisnęła palce na framudze. Dziesięć godzin. Ostatni raz jadła o siódmej rano, suchą bułkę, bo Jasiek zwymiotował jej na bluzkę akurat wtedy, gdy parzyła herbatę.
— Robert, przecież wiesz, iż on ma astmę. Nie mogę go zostawić samego choćby na dziesięć minut. Wczoraj znowu miał obturację, bałam się, iż wezwę karetkę.
— O matko, znowu astma — przewrócił oczami. — Ty ciągle szukasz wymówek. Kiedy ja miałem swój warsztat samochodowy, też zapieprzałem po szesnaście godzin i nikt mi nie płakał nad uchem. A ty siedzisz w ciepełku, pralka sama pierze, zmywarka sama zmywa. Co ty adekwatnie robisz całymi dniami? Bo ja przychodzę do domu i widzę tylko totalny bajzel i żonę z miną męczennicy. Jesteś teraz zupełnie bezużyteczna, wiesz? Zero. Ja tu utrzymuję ten dom, ja zarabiam, ja spłacam kredyt, a ty tylko wydajesz. choćby nie masz własnych pieniędzy.
Tamara chciała coś powiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. Własne pieniądze. Sześć lat prowadziła księgowość w jego warsztacie, zanim urodził się Jasiek. Sześć lat bez ani jednego dnia urlopu. A potem, kiedy zaszła w ciążę — ciążę, której on chciał najbardziej na świecie — Robert zaproponował, żeby sprzedała swoje udziały i została w domu. "Ja wszystko załatwię, odpocznij wreszcie, należy ci się". Zgodziła się. Sprzedała wspólnikowi swoją połowę i wpłaciła te pieniądze na konto firmowe, żeby Robert mógł rozkręcić drugi warsztat na Pradze. Teraz to konto figurowało wyłącznie na niego.
— Kiedy ty się wreszcie ogarniesz, co? — Robert wyjął z lodówki ser i zaczął jeść prosto z paczki. — Bo ja już nie mam siły na ten syf. Wracam zmęczony, a tu płacz, smarki i pretensje. Może znajdź sobie pracę, skoro tak ci źle. Ja tam nie mam nic przeciwko.
— Miałam wrócić do pracy za dwa miesiące, sam o tym mówiłeś.
— No i wróć! Może wtedy docenisz to, co robię.
Tamara popatrzyła na jego plecy — stał przy oknie, żując ser, obcy człowiek w skórze jej męża. Wzięła głęboki oddech i wyszła na balkon. Mróz szczypał w policzki, śnieg skrzypiał pod stopami, gdzieś w oddali szczekał pies. Stała tak może piętnaście minut, zanim usłyszała dzwonek do drzwi.
***
Przyszły teściowa i szwagierka. Grażyna, elegancka kobieta po sześćdziesiątce, i Maja, młodsza siostra Roberta, która właśnie wróciła z wymiany studenckiej w Lizbonie. Obie z ogromną torbą prezentów dla Jaśka.
— Tamciu, kochanie, ale ty strasznie blado wyglądasz! — Grażyna cmoknęła ją w policzek i od razu zajrzała do sypialni, gdzie spał wnuk. — Śpi nasz skarb? Nie budź go, nie budź, ja tylko popatrzę.
— Zaparzę herbaty — Tamara próbowała się uśmiechnąć. — Maja, masz ochotę na szarlotkę? Został kawałek od wczoraj.
— Jasne! — Maja rzuciła kurtkę na wieszak. — Ale najpierw pokaż mi tego małego potwora, nie widziałam go od miesiąca!
Robert wyszedł z kuchni z miną cierpiętnika i opadł na kanapę, nie witając się ani z matką, ani z siostrą.
— Coś się stało? — Grażyna zmrużyła oczy, patrząc na syna. — Robercie, wyglądasz, jakbyś cytrynę zjadł.
— Nic — burknął. — Zmęczony jestem. Wracam po całym dniu harówy, a tu choćby obiadu nie ma.
Maja spojrzała na Tamarę, potem na brata.
— Zaraz, to Tamara musi ci obiad gotować? Ręce ci odpadły?
— Maja, nie wtrącaj się — rzucił Robert. — Nie wiesz, jak to jest prowadzić dom. Ja tu jestem jedynym żywicielem, więc mam prawo oczekiwać…
Tamara powoli postawiła dzbanek z herbatą na stoliku i usiadła w fotelu naprzeciwko gości. Dłonie jej drżały, ale głos zabrzmiał spokojnie i równo.
— To dobrze, iż przyszłyście — powiedziała, patrząc na Grażynę i Maję. — Muszę wam coś zakomunikować. Za trzy miesiące, jak Jasiek skończy rok, Robert i ja bierzemy rozwód.
Zapadła cisza. Maja zamarła z ciastkiem w ręku, Grażyna odłożyła filiżankę na stół tak ostrożnie, jakby była z porcelany wartej majątek. Robert zakrztusił się i wyprostował na kanapie.
— Co ty wygadujesz?! — warknął. — Rozwód? Tamara, czyś ty oszalała? Przy mojej matce i siostrze urządzasz takie cyrki?
— Nie urządzam cyrków — odparła Tamara. — Przekazuję informację. Żeby wszystko było jasne. Ty masz trzy miesiące na znalezienie nowego lokum.
— Jakiego lokum?! Przecież to ja spłacam kredyt za to mieszkanie!
— Kredyt, który wziąłeś na rozbudowę swojego warsztatu na Pradze, Robercie — Tamara mówiła cicho, ale wyraźnie. — To mieszkanie należy do mnie. Kupiłam je, zanim cię poznałam.
Zapadła cisza. Grażyna powoli odwróciła głowę w stronę syna. Przez długą chwilę nic nie mówiła — tylko patrzyła, jak na jej twarzy ścierają się zdziwienie, niedowierzanie i coś na kształt bolesnego przebudzenia. Jej palce odruchowo dotknęły łańcuszka na szyi, tego samego, który dostała od męża trzydzieści lat temu.
— Robercie… — zaczęła. Głos jej się załamał. — Czy to prawda?
— Mama, ona wszystko przekręca! — Robert poderwał się z kanapy. — Ja tylko mówię, iż jestem zmęczony, a ona od razu robi aferę! Co w tym złego, iż oczekuję ciepłego obiadu po pracy?
— Oczekujesz — powtórzyła Tamara. — A wiesz, czego ja oczekuję? Żeby mąż nie nazywał mnie bezużyteczną. Żeby nie mówił, iż jestem dla niego zerem. Żeby choć raz zapytał, jak się czuje jego własne dziecko po ataku astmy. Ale ty choćby nie wiesz, iż Jaś był wczoraj u lekarza.
Maja odłożyła ciastko.
— Robercie, ty naprawdę jej tak powiedziałeś? Że jest bezużyteczna?
— No, może raz, w nerwach… Ale przecież to prawda! — wyrzucił z siebie, nie panując już nad tonem. — Ona cały dzień siedzi w domu, nic nie robi, choćby obiadu nie ugotuje, a ja zapieprzam na tym złomie od ósmej do ósmej! Ja tu rządzę, ja zarabiam, a ona tylko wydaje! I jeszcze mi pretensje będzie robić przy rodzinie!
Grażyna milczała. Patrzyła na syna, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Potem przeniosła wzrok na Tamarę — zmęczoną, bladą, z podkrążonymi oczami, ale wyprostowaną jak struna.
— Tamciu — odezwała się wreszcie, a jej głos zabrzmiał inaczej niż zwykle: ciszej, ostrożniej. — Pamiętam, jak Robert opowiadał, iż sprzedałaś swoje udziały, żeby pomóc mu z warsztatem. Pamiętam też, jak jeszcze przed ślubem mówił, iż kupiłaś to mieszkanie sama. Mówiłaś mi kiedyś, iż pisałaś… książki, prawda?
— Pisałam — potwierdziła Tamara. — Trzy powieści. Całkiem nieźle się sprzedawały. Za honoraria kupiłam to mieszkanie, jeszcze jako dwudziestoparolatka.
Grażyna zacisnęła usta. Potem wstała, powoli, jakby nogi odmawiały jej posłuszeństwa.
— Robercie — powiedziała. — Twój ojciec całe życie pracował na kolei. Nigdy, przenigdy nie powiedział mi złego słowa, choćby gdy ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. A ty… ty przychodzisz na gotowe i wyzywasz kobietę, która oddała ci wszystko, bo nie zdążyła ugotować ci obiadu.
— Mamo, co ty…
— Ja cię tak nie wychowałam — przerwała. — I nie wiem, co się z tobą stało. Ale tego, co tu dzisiaj usłyszałam, nie zapomnę. Maja, pomożesz Tamarze z Jasiem?
— Jasne — Maja wstała i podeszła do bratowej. — Tamara, ja przepraszam za niego. Nie wiem, co mu odbiło, ale to, co zrobił, jest obrzydliwe.
— Wy wszystkie oszalałyście! — Robert złapał za kurtkę. — Trzy baby przeciwko mnie, tak? Świetnie! Zobaczymy, jak sobie poradzisz beze mnie, Tamciu!
— Chore dziecko — Tamara podniosła na niego wzrok i Robert na moment się zawahał, bo zobaczył w jej oczach coś, czego nie widział nigdy wcześniej: spokojną, wykutą w kamieniu pewność. — Wiesz co, Robert? Przez ostatnie pół roku ani razu nie wstałeś do niego w nocy. Ani razu nie zmierzyłeś mu saturacji. Nie byłeś z nami na żadnym SOR-ze, kiedy dusił się i siniał. Więc nie, nie będę prosić cię o pomoc, bo ty nigdy jej nie dałeś.
Grażyna podeszła do Tamary i objęła ją ramionami. Pachniała konwaliami i starym, dobrym proszkiem do prania — tym samym, którym prała koszule Roberta, gdy był małym chłopcem.
— Tamciu — szepnęła. — Masz nas. Mnie i Majkę. Znajdziemy ci przedszkole, wrócisz do pracy. A ten mój syn… niech sam posmakuje swojego własnego lekarstwa.
— Dzięki — Tamara pierwszy raz od dawna nazwała ją w myślach adekwatnym słowem. — Dzięki, iż mi wierzycie.
Robert trzasnął drzwiami tak mocno, iż w przedpokoju spadła ze ściany ramka ze zdjęciem ze ślubu.
***
Rozprawa odbyła się w środku upalnego lipca, w budynku sądu na Woli. W sali pachniało kurzem i tanim płynem do podłóg, pod sufitem obracał się ospale wiatrak. Tamara przyszła w granatowej sukience, z teczką pełną dokumentów: wyciągi z konta, umowa kupna mieszkania, historia leczenia Jasia, opinia psychologa. Robert spóźnił się dwadzieścia minut, śmierdziało od niego papierosami i potem.
Sędzina, starsza kobieta o zmęczonym spojrzeniu, przejrzała papiery i uniosła brew.
— Panie Robercie — powiedziała — z dokumentów wynika, iż przez ostatnie trzy miesiące nie wpłacił pan ani złotówki na utrzymanie syna. Czy to prawda?
— Szukałem pracy… Byłem w trudnej sytuacji…
— Rozumiem. — Sędzina przerzuciła kilka kartek. — Widzę tu rachunki od pulmonologa, od alergologa, faktury za leki wziewne. Wszystko opłacone z konta pani Tamary.
Robert zerknął na byłą żonę. Siedziała wyprostowana, ze splecionymi dłońmi, i ani razu na niego nie spojrzała.
— To były jej oszczędności… — mruknął.
Sędzina zdjęła okulary i przez chwilę pocierała nasadę nosa. Potem westchnęła i sięgnęła po pieczątkę.
— Orzekam rozwód z winy pana.
Robert poderwał się z krzesła.
— Tysiąc dwieście?! Za co?!
— Może pan złożyć zażalenie w ciągu czternastu dni. Rozprawa zakończona.
Na korytarzu Robert dogonił Tamarę przy windzie.
— Tamara, zaczekaj! Przecież my możemy to załatwić inaczej. Po co ci ten cały cyrk? Ja wrócę, pójdę na terapię, tylko nie rób tego małemu…
Tamara nacisnęła guzik windy i odwróciła się do niego.
— Nie rób małemu? — powtórzyła cicho. — Pół roku słuchał, jak ojciec wyzywa matkę. Pół roku. Ja nie chcę, żeby mój syn dorastał i uczył się, iż tak wygląda miłość.
Winda przyjechała. Tamara wsiadła i drzwi się zamknęły, zanim Robert zdążył cokolwiek powiedzieć.
***
Rok później, w październikowy wieczór, Tamara siedziała na dywanie w salonie i układała z Jasiem wieżę z kolorowych kubeczków. Chłopiec, już całkiem sprawny dwulatek, przewrócił konstrukcję i wybuchnął śmiechem tak głośnym, iż aż sąsiadka zastukała w ścianę — ale tym razem był to przyjacielski stukot, umówiony sygnał, iż właśnie wyjęła z piekarnika jabłecznik i zaraz go przyniesie.
Maja rozłożyła się na kanapie z laptopem, kończąc jakiś projekt do pracy, a Grażyna parzyła w kuchni melisę, swoją firmową, z miodem i sokiem malinowym.
— Tamciu! — zawołała Grażyna. — Wisisz mi zdjęcia Jasia z tego twojego nowego telefonu! Podobno w parku się darł na gołębie jak szalony, muszę to zobaczyć.
— Zaraz ci pokażę, tylko tę wieżę skończymy — Tamara sięgnęła po telefon i nagle ekran rozbłysł nieznajomym numerem.
Odebrała.
— Tamara? — głos w słuchawce był cichy, jakby dzwoniący bał się go podnieść. — Tu Robert.
Zamarła. Maja natychmiast uniosła wzrok znad komputera.
— Czego chcesz?
— Chciałem… zapytać o Jasia. Jak się czuje? Pamiętasz? Przepraszam, iż nie dzwoniłem wcześniej. Byłem w Zgorzelcu. Pracuję tam na magazynie. Płacą marne grosze, ale da się przeżyć.
Tamara milczała. Za oknem padał pierwszy tej jesieni deszcz ze śniegiem, bębnił w parapet, miarowo i jednostajnie.
— Wiem, iż nie masz powodu mi wierzyć — ciągnął Robert. — Ale ja naprawdę… Ja zrozumiałem. Mieszkam kątem u kolegi, sam płacę za wszystko i w końcu do mnie dotarło, jak bardzo cię skrzywdziłem. Przepraszam.
— Twoje przeprosiny przyjmuję — odparła Tamara. — Alimenty wpływają regularnie?
— Tak, co miesiąc.
— To dobrze. jeżeli chcesz zobaczyć Jasia, zadzwoń do Grażyny. Ona ustali termin. Na razie.
Rozłączyła się i przez chwilę stała przy oknie, patrząc na mokrą ulicę. W szybie odbijał się ciepły blask lampy z salonu i sylwetka Maja, która uniosła kciuk w górę.
— I jak? — zapytała Grażyna, wchodząc z tacą pełną parujących kubków.
— Dzwonił Robert. Przeprosił.
— A ty?
— A ja… — Tamara odwróciła się i wzięła z tacy kubek z melisą. Urwała, jakby szukała adekwatnego słowa, ale nie znalazła go. Wzruszyła ramionami. — Jestem tu. Ze swoim dzieckiem. W swoim mieszkaniu. To wystarczy.
Zdjęła z półki stary album ze zdjęciami, ten sam, który kiedyś spadł w przedpokoju. Ślubne fotografie dawno wyrzuciła, ale zostały zdjęcia z czasów, gdy była młodą dziewczyną z wydawnictwa. Uśmiechnięta, pełna energii, z plikiem świeżo wydrukowanych egzemplarzy swojej pierwszej książki w dłoni. Na grzbiecie, ledwie widoczne, nazwisko: Tamara Kwiatkowska. "Córka wiatru" — debiut, który dwa tygodnie po premierze trafił na listę bestsellerów Empiku.
— Ciekawe, czy jeszcze biorą tam manuskrypty — mruknęła do siebie i otworzyła laptop.
Na ekranie zalogowała się do starej, zakurzonej skrzynki mailowej. Przeklikała spam, archiwalne newslettery, aż znalazła folder "Wydawnictwo Horyzont — korespondencja". Ostatni mail był sprzed czterech lat: "Szanowna Pani Tamaro, z przykrością informujemy, iż nie planujemy wznowienia…" Zamknęła go i kliknęła "Nowa wiadomość".
Kursor mrugał w pustym polu.
Tamara upiła łyk melisy i zaczęła pisać. "Drogi Panie Redaktorze, minęło sporo czasu…"















