Budzik Marianny z ulicy Zamenhofa

newsempire24.com 1 tydzień temu

Czterysta złotych rocznie — tyle Marianna Kowalik zarabiała na tym, iż inni ludzie w ogóle docierali do pracy. Nie od jednej osoby. Od wszystkich na trzech ulicach Łodzi, które obsługiwała co rano, zanim ktokolwiek inny w mieście zdążył się przeciągnąć pod kołdrą.

Urodziła się w 1888 roku na Bałutach, w kamienicy przy dawnej Zamenhofa, tam gdzie dziś stoi sklep spożywczy z czynnym do dwudziestej drugiej. Jej matka robiła to samo — chodziła od okna do okna, zanim fabryki włókiennicze zaczęły gwizdać na pierwszą zmianę. Marianna przejęła tę pracę, kiedy matka zaczęła kuleć na lewą nogę i nie nadążała już z tempem ulicy.

Nazywano ją budzicielką. Nie miała budzika do sprzedania — miała długi kij z drutem na końcu, zagięty jak haczyk, i tym kijem stukała w szyby na drugim i trzecim piętrze, bo wyżej już nie sięgała. Dla okien na parterze wystarczało pukanie knykciami, czasem garść suszonego groszku rzucona w szybę — tak żeby nie obudzić sąsiadów, tylko tego jednego człowieka, który zapłacił.

Robiła to czterdzieści lat. Deszcz, śnieg, mróz, który szczypał w uszy tak, iż zawiązywała chustkę pod brodą na trzy węzły. Zima 1916 roku była najgorsza — tyfus chodził po Bałutach jak po swoim, a ona mimo to wychodziła na ulicę o czwartej trzydzieści, bo ludzie musieli jeść, a żeby jeść, musieli pracować, a żeby pracować, musieli się obudzić.

Wyszła za Antoniego Kowalika w 1909 roku, tkacza z tej samej fabryki, do której budziła innych. Mieli trzynaścioro dzieci. Przy życiu zostało czworo. Reszta — koklusz, szkarlatyna, jedno utonęło w kanale za domem, mając cztery lata, zanim ktokolwiek zauważył, iż zniknęło z podwórka. To była cena mieszkania na Bałutach w tamtych latach, nikt nie pytał, czy się zgadza na taką cenę.

Klienci płacili jej co tydzień, w sobotę, drobnymi monetami zawiniętymi w szmatkę. Byli tacy, którzy zalegali miesiącami, i Marianna budziła ich mimo długu, bo wiedziała, iż jeżeli przestanie, stracą zmianę i będzie jeszcze gorzej. Jeden dłużnik, majster z przędzalni, spłacił jej dług workiem ziemniaków dopiero po roku. Trzymała ten worek w sieni i nie dotknęła go, dopóki majster nie przyniósł jej też dwóch złotych, które jej się należały za pierwszy miesiąc.

Historia miała swój punkt zwrotny w 1931 roku, kiedy syn jednego z klientów przywiózł z Warszawy prawdziwy budzik mechaniczny, kupiony za trzy złote u zegarmistrza na Marszałkowskiej. Postawił go na komodzie, nakręcił, i następnego ranka obudził się sam, bez stukania w szybę. Powiedział sąsiadom, iż to lepsze, bo nie trzeba płacić co tydzień, wystarczy kupić raz. W ciągu dwóch lat budziki mechaniczne, coraz tańsze, pojawiły się w połowie okien, które wcześniej obsługiwała Marianna.

Nie przestała od razu. Klientów ubywało po jednym, po dwóch, aż w 1937 roku, mając czterdzieści dziewięć lat, zostało jej tylko sześciu ludzi na całej ulicy — starych, przyzwyczajonych do stukania, którzy mówili, iż budzik ich nie obudzi, bo nie wiedzą, czy zadzwonił, czy im się przyśniło. Ostatnim klientem była wdowa Stasia Wójcik, która płaciła Mariannie do 1939 roku, kiedy wybuchła wojna i wszystko inne przestało mieć znaczenie.

Marianna zmarła w 1951 roku, mając sześćdziesiąt trzy lata, w tym samym mieszkaniu na Bałutach, gdzie się urodziła. Antoni odszedł jeszcze w czasie wojny, zabity przypadkową kulą podczas łapanki, w której nie miał nic do roboty — po prostu wracał z pracy o niewłaściwej godzinie. Pogrzeb Marianny zorganizowała jej córka Zofia, jedyna z czworga dzieci, która przeżyła matkę, bo syn zginął na froncie, a dwoje innych zabrała gruźlica w latach dwudziestych.

Na stypie po pogrzebie, w mieszkaniu, które pamiętało czterdzieści lat stukania w cudze szyby, Zofia znalazła w szufladzie komody ten sam kij z drutem na końcu, owinięty szmatką, żeby nie rysował drewna. Nikt go nie wyrzucił. Stał w kącie przez następne trzynaście lat, aż blok przy Zamenhofa rozebrano pod budowę nowego osiedla, a kij, razem z resztą rzeczy z mieszkania, trafił na śmietnik, nie dlatego iż ktoś postanowił go wyrzucić, tylko dlatego iż nikt już nie wiedział, do czego służy ani komu mógłby się przydać.

Idź do oryginalnego materiału