Była legendą PRL. Znalazła się po drugiej stronie życia. Jej relacja jest niezwykła

zycie.news 3 godzin temu
Zdjęcie: Joanna Rawik, screen Youtube @ontario-ox9bg


Dla wielu pozostaje ikoną polskiej piosenki z czasów PRL-u, artystką o niskim, rozpoznawalnym głosie i przebojach, które na stałe zapisały się w historii estrady. Z biegiem lat coraz wyraźniej wybrzmiewa jednak inny wymiar jej opowieści: dramatyczne doświadczenie depresji, próby samobójczej i przeżycia śmierci klinicznej, o których odważyła się mówić dopiero po długim czasie.

Moment graniczny, którego nie da się „ładnie” opowiedzieć

Rawik przyznawała w wywiadach, iż jej depresja osiągnęła punkt krytyczny. Trafiła do szpitala w stanie ciężkim, a sytuacja była tak poważna, iż w obiegu publicznym pojawiła się informacja o jej śmierci. Artystka wspominała nawet, iż widziała nekrolog z własnym nazwiskiem, co stało się dla niej jednym z najbardziej przejmujących znaków tamtego czasu. W jej relacji nie ma jednak sensacji – jest chłodna świadomość, iż życie wymknęło się spod kontroli, a granica między „jestem” i „nie ma mnie” przestała być abstrakcją.

„Wiem, co to jest śmierć kliniczna”

To zdanie powraca w jej wypowiedziach jak klamra, która porządkuje wspomnienia. Rawik mówiła, iż doświadczyła śmierci klinicznej i iż pamięta, jak została z niej „wyratowana”. W jej opowieści najważniejsze jest to, iż tamten stan nie był metaforą ani duchową figurą. To było doświadczenie fizyczne i psychiczne, po którym człowiek nie wraca do siebie „tak po prostu”, choćby jeżeli medycznie uznaje się go za uratowanego.

„Po tamtej stronie nie było tunelu”

W rozmowie z Przegląd Rawik odcinała się od popularnych wyobrażeń, które często towarzyszą historiom o granicy życia i śmierci. Podkreślała, iż nie pamięta „oświetlonego tunelu” ani obrazów, które wiele osób przywołuje w podobnych relacjach. Ten fragment jej świadectwa działa mocno właśnie dlatego, iż nie próbuje niczego upiększać ani dopasowywać do oczekiwań. Jest prostą, twardą relacją kogoś, kto przeżył i nie chce dorabiać do tego legendy.

Ratunek i świadomość, iż ktoś zauważył

Rawik opowiadała, iż została odnaleziona i uratowana dzięki temu, iż nie pojawiła się na nagraniu. Zaniepokojenie, iż „to do niej niepodobne”, uruchomiło reakcję, która w praktyce zdecydowała o jej losie. W jej wspomnieniach ważne jest właśnie to: nie wielkie hasła, nie dramatyczna puenta, tylko fakt, iż ktoś potraktował jej nieobecność serio i zareagował natychmiast. W takich historiach często to drobny, zawodowy odruch innych osób staje się granicą pomiędzy tragedią a ocaleniem.

„Powrót” to nie jest jeden dzień

Po śmierci klinicznej życie nie składa się w całość automatycznie. Rawik sugerowała, iż prawdziwym wyzwaniem był nie tylko sam epizod graniczny, ale także to, co przyszło później: dochodzenie do siebie, porządkowanie codzienności i zmiana myślenia o własnych możliwościach oraz o własnej kruchości. Z jej wypowiedzi wybrzmiewa, iż dopiero po latach znalazła gotowość, by wrócić do tych wspomnień i opisać je bez skrótów.

Stabilizacja zamiast presji i ciągłej walki

Po dramatycznym okresie artystka postanowiła skupić się na spokojniejszym rytmie życia. Nie oznaczało to zerwania z kulturą, ale raczej zmianę perspektywy. Zamiast pędu i napięcia pojawiła się potrzeba uporządkowania świata wokół siebie, odzyskania poczucia bezpieczeństwa i oddechu. To właśnie ten zwrot – od przetrwania do stabilizacji – wydaje się w jej historii najważniejszy.

Aktywność mimo wieku i ciężaru wspomnień

Dziś, mając 92 lata, Joanna Rawik wciąż pozostaje aktywna zawodowo. Prowadzi audycję radiową i pojawia się przy wydarzeniach muzycznych. Jej historia brzmi szczególnie mocno nie dlatego, iż jest „niezwykła” w sensie sensacyjnym, ale dlatego, iż jest szczera: pokazuje, jak cienka bywa granica, jak trudny jest powrót i jak długo potrafi w człowieku pracować doświadczenie, które na chwilę odebrało mu życie.

Idź do oryginalnego materiału