Dzisiaj znów usiadłam z moim pamiętnikiem, by opisać ból, który noszę w sercu. Nigdy nie myślałam, iż mój ojciec, Stanisław Kowalski, skończy w obcym domu opieki, otoczony przez ludzi porzuconych przez własne dzieci. Wierzył, iż zasługuje na więcej na szacunek, trochę ciepła, odrobinę spokoju. W końcu całe życie ciężko pracował, utrzymywał rodzinę, a jego świat kręcił się wokół jedynego szczęścia mojej matki, Jadwigi, i mnie, Zofii.
Po śmierci mamy, cztery lata temu, dom stał się zimny i pusty. Jego jedyną pociechą byłam ja i moja córka, Małgosia. Pomagał, jak mógł: zajmował się wnuczką, przeznaczał swoją emeryturę na zakupy, pilnował domu, gdy ja i mój mąż, Adam, byliśmy w pracy. A potem wszystko się zmieniło.
Zaczęłam patrzeć na niego z irytacją, gdy kręcił się po kuchni. Jego kaszel mnie drażnił. Tato, dożyłeś swojego wieku, daj nam żyć! powtarzałam jak mantrę. Coraz częściej wspominałam o przytulnym domu seniora z lekarzami i telewizją. On się opierał.
Zosiu, to moje mieszkanie. jeżeli ci ciasno, idź do teściowej. Mieszka sama w trzypokojowym.
Wiesz dobrze, iż się nie lubimy! I proszę, nie zaczynaj znów! odparłam ostro.
Chcesz po prostu przejąć mieszkanie. Zamiast wyrzucać ojca, weź się do roboty!
Nazwałam go egoistą, zagroziłam, iż znajdę rozwiązanie. Tydzień później spakował walizkę. Nie z własnej woli, ale dlatego, iż nie mógł już znieść bycia intruzem we własnym domu. Wyszedł bez słowa. Ja promieniałam. O mało nie wyniosłam go na rękach.
W domu opieki dali mu ciasny pokój z oknem i starym telewizorem. Stanisław spędzał dnie w ogrodzie, pod niebem, wśród innych zapomnianych dusz.
Dzieci pana tu zostawiły? spytała go pewnego dnia sąsiadka z ławki.
Tak, córka uznała, iż zawadzam odpowiedział, tłumiąc łzy.
Mnie też. Syn wybrał żonę. Wyrzucił mnie. Nazywam się Halina.
Stanisław. Miło mi.
Zostali przyjaciółmi. Z bólem było lżej we dwoje. Minął rok. Ja choćby nie zadzwoniłam. Nie przyszłam.
Pewnego dnia, gdy czytał, zaskoczył go znajomy głos.
Stanisław? Nie spodziewałam się pana tu spotkać zdziwiła się jego dawna sąsiadka, Krystyna, lekarz wizytujący pensjonariuszy.
No tak. Minął rok. Nikt już mnie nie chce. Ani słowa.
Dziwne Zofia mówiła, iż kupił pan dom na wsi, by odpocząć.
Wolałbym niż gnić za tymi kratami.
Krystyna pokręciła głową, zaniepokojona. Po obchodzie wróciła. Ich rozmowa nie dawała jej spokoju. Dwa tygodnie później złożyła propozycję:
Stanisław, dom mojej matki na Mazurach stoi pusty. Odeszła w zeszłym roku, sprzedaliśmy resztę. Dom jest solidny, jest las i jezioro niedaleko. jeżeli pan chce, jest pana. Ja tam nie wrócę, a sprzedawać go to by mnie zabiło.
Stanisław zapłakał. Obojętna osoba ofiarowała mu to, czego własna córka mu odmówiła.
Czy mogę o coś prosić? Jest tu kobieta Halina. Ona też nikogo nie ma. Chciałbym, żebyśmy pojechali razem.
Oczywiście uśmiechnęła się Krystyna. jeżeli się zgodzi, nie ma problemu.
Stanisław pobiegł do Haliny:
Pakuj się! Jedziemy! Dom na Mazurach, świeże powietrze, wolność. Będzie dobrze. Po co tu zostawać?
Jedźmy! Na nowe życie!
Spakowali się, kupili prowiant. Krystyna zawiozła ich sama, nie pozwalając jechać autobusem. Stanisław ścisnął ją mocno, nie mogąc wyrazić wdzięczności. Szepnął: Niech pani nie mówi Zofii. Nie chcę o niej słyszeć.
Krystyna uśmiechnęła się, skinęła głową. Nie zrobiła nic nadzwyczajnego. Tylko zachowała się jak człowiek. A to dziś już prawie heroizm.








