Może niektórzy boją się emerytury, ale ja mogę powiedzieć, iż dopiero teraz, z mężem, zaczęliśmy naprawdę żyć. Całe życie ciężko pracowaliśmy, a na starość udało się nam coś odłożyć – i dziś możemy korzystać z owoców naszej pracy. Ja przepracowałam trzydzieści pięć lat w szkole, bardzo wyczerpująca praca; mąż był kierowcą tira. I teraz, od kilku lat na emeryturze, możemy pozwolić sobie na wyjazdy do sanatoriów, żeby trochę podreperować zdrowie.
W zeszłym roku byliśmy nad morzem. Wygrzaliśmy się, poopalaliśmy – i naprawdę poczułam smak życia. W tym roku latem pojechaliśmy do sanatorium położonego w sosnowym lesie. Spotkaliśmy tam wielu naszych rówieśników, wieczorami siadaliśmy przy ognisku, śpiewaliśmy piosenki. Bardzo nam się podobało, poznaliśmy nowych przyjaciół. To dla nas prawdziwa złota jesień życia – dzieci dorosły, do pracy chodzić już nie trzeba, można cieszyć się każdym dniem.
Ale problemem pozostaje nasza córka. Ona z mężem i dziećmi mieszka z nami i za każdym razem, gdy wybieramy się na odpoczynek, patrzą na nas z wyrzutem. A po powrocie córka zawsze narzeka, iż wydajemy pieniądze na bzdury, zamiast pomóc im spłacić kredyt za samochód. I iż w naszym wieku to przecież obowiązek dziadków – siedzieć w domu i pilnować wnuków.
Nie wytrzymałam i odpowiedziałam córce, iż niczego jej nie jesteśmy winni. Niech podziękuje za to, co ma – dach nad głową. Ale rozmowa nie była łatwa. Dyskutowałyśmy tylko we dwie, bo mój mąż i zięć chytrze „uciekli” z domu.
Doczekałam emerytury i wciąż nie rozumiem, gdzie popełniliśmy błąd w wychowaniu naszej córki. Mało iż mieszkają w naszym domu, to jeszcze oczekuje, iż będziemy ich sponsorować i wychowywać dzieci. A przecież są żłobki i przedszkola. Gdy moje dzieci były małe, nie miałam żadnej pomocy – musiałam dawać radę sama.
Nikt ich też nie zmuszał, by brali kredyt na nowy samochód. Mój mąż oddał zięciowi swoją starą, sprawną jeszcze maszynę, na której spokojnie mogli jeździć kilka lat. Ale nie – oni muszą mieć nową, modną zagraniczną.
Teraz z córką nie rozmawiam, a mężowi to obojętne. Mówi: „Niech żyją, jak chcą”. A ja nie chcę przeżyć reszty życia w milczeniu z własnym dzieckiem. Do sanatorium jeździliśmy i jeszcze będziemy jeździć, ale wracać do domu w takiej atmosferze jest naprawdę ciężko.
Nie zamierzam oczywiście wyrzucać ich z domu – skoro nie mają własnego mieszkania, będziemy mieszkać razem. Ale jak wytłumaczyć córce, iż zapewniliśmy im dach nad głową i na tym nasza odpowiedzialność się kończy? Żebyście nie pomyśleli, iż jestem złą babcią – wnuki kocham ponad życie, ale muszę dbać też o swoje zdrowie i swoje życie.
A przecież dzieci mają rodziców, którzy są za nie odpowiedzialni. Dlaczego moja dorosła córka uważa, iż rodzice są jej coś winni? Wykształcenie daliśmy, wychowaliśmy, zapewniliśmy dach nad głową. To wszystko! Skąd u dzisiejszej młodzieży takie roszczeniowe podejście? Za naszych czasów każdy był bardziej odpowiedzialny i samodzielny.