Córka z zięciem zostawili mi wnuki na całe wakacje. A ja na swojej emeryturze mam ich karmić i zabawiać!
Współczesne dzieci i wnuki stały się jakimiś egoistami same chcą uwagi, troski, czasu, a w zamian dają tylko obojętność i pretensje. Co to za konsumpcyjne podejście do starszych? Jakby my, starzy, nie mieli własnego życia i marzeń tylko mamy siedzieć z wnukami jak służąca. A gdy ja sama poproszę o pomoc, nagle wszyscy mają pilne sprawy, jakbym była obca.
Moja córka ma dwóch synów starszy ma 12 lat, młodszy 4. Mieszkam w małej wsi pod Białymstokiem, a wszystko, co mam, to skromna emerytura i cisza, którą tak cenię. Nie wiem, jak moja Weronika z mężem ich wychowują i co się dzieje w szkole, ale chłopaki rosną na prawdziwych leniuchów. Po sobie nic nie sprzątają, choćby łóżek nie ścielą wszystko wygląda jak po huraganie. Jedzą też byle co moje potrawy kręcą nosem, domagają się jakichś głupot. Toż to prawdziwa kara boska!
Gdy wnuki były małe, pomagałam córce ile sił zajmowałam się nimi, niańczyłam, biegałam po sklepach. Ale od pięciu lat jestem na emeryturze i od tamtej pory staram się odsunąć od roli wiecznej niani. W tym roku, przed jesiennymi feriami, odetchnęłam z ulgą: spojrzałam w kalendarz i zobaczyłam, iż na początku listopada nie ma żadnych długich weekendów. No to dobrze pomyślałam Weronika z mężem nigdzie nie pojadą, a ja będę miała święty spokój. Jakże się myliłam!
W niedzielę, tuż przed ostatnim tygodniem października, zadzwonił dzwonek do drzwi. Otwieram a tam moja Weronika z dwoma urwisami. Ledwo przekroczyli próg, choćby bez porządnego dzień dobry, kiedy córka rzuca:
Mamo, cześć! Bierz wnuki, ferie się zaczęły!
Zamarłam.
Weronika, dlaczego mnie nie uprzedziłaś? Co to za niespodzianka?
Bo gdybym uprzedziła, wymyśliłabyś tysiąc wymówek, żeby ich nie brać! odcięła, ściągając kurtki z chłopaków. Jedziemy z Jackiem do sanatorium na tydzień, już nie mam sił, jestem wykończona!
Czekaj, a praca? Przecież nie macie dodatkowych dni wolnych w tym roku! próbowałam ogarnąć sytuację, czując, jak narasta we mnie panika.
Mamy urlop, Jacek wziął trzy dni na swoje konto. Mamo, nie mam czasu tłumaczyć, spóźniamy się! rzuciła, cmoknęła mnie w policzek i wyleciała za drzwi, zostawiając mnie z dwiema walizkami i dziećmi.
Nie minęło pięć minut, a dom zamienił się w pobojowisko. Telewizor ryczał na cały regulator, kurtki i buty leżały po całym przedpokoju, a chłopacy biegali jak opętani. Próbowałam zaprowadzić choć odrobinę porządku, kazać im posprzątać, ale kompletnie mnie olewali, jakbym była powietrzem. Mojej zupy nie chcieli choćby tknąć, skrzywili się i oznajmili, iż mama obiecała im pizzę. Wtedy moja cierpliwość pękła.
Chwyciłam telefon i wykręciłam numer Weroniki:
Córko, twoje dzieci domagają się pizzy! Nie mam zamiaru im tego kupować!
Już zamówiłam wam dostawę machnęła ręką, wyraźnie zirytowana. Mamo, oni twojej zupy nie będą jeść, przez to wieczne awantury. Zabierz ich gdzieś, rozerwij ich, zjedzcie coś porządnego! Sam













