Wiesz co, przypomniała mi się historia o Justynie, tej mojej znajomej od czasów studiów. Zawsze miała specyficzne poczucie humoru i gdy pokazywała zdjęcia ze swojego ślubu, to powtarzała:
O matko, ile ja się nacierpiałam w tej sukni! Piękna, wiadomo, ale jaka ciężka i niepraktyczna! Gdybym jeszcze raz wychodziła za mąż, to wybrałabym jakąś lekką, zwiewną, nie to co ta!
Wszyscy myśleli, iż żartuje. Śmiali się razem z nią. I w sumie to był żart, bo przecież Justyna wyszła za Maćka z prawdziwej miłości. Zaczęło się banalnie wakacyjna miłość nad polskim morzem. Ona ledwie 21 lat, on starszy, już po przejściach, 28 wiosen.
Środek sierpnia, szum fal w Międzyzdrojach, lampka szampana, nocne spacery pod rozgwieżdżonym niebem Wiesz jak to jest. Magia lata. Z wakacyjnej znajomości zrobiła się sprawa poważna ślub cywilny w Gdańsku, a wcześniej Maciek musiał załatwić rozwód z drugą żoną, a Justyna przeprowadziła się do jego rodzinnego Poznania.
No i przez kolejne dziesięć lat trasa Poznań Gdańsk Poznań była jej jak druga linia papilarna. Ale wtedy, na początku, wynajęli razem mieszkanie. Wiesz, Maciek zostawił swoje mieszkanie dla drugiej żony, bo robiła dramaty, straszyła, iż go otru… Już się śmieję, ale wtedy to chyba nie było do śmiechu! Druga żona z czasem się wyciszyła. Może Maciek coś jej obiecał? O pierwszej żonie nie gadał, krótko byli razem. choćby wydał ją potem za swojego kumpla. Na luzie.
No a druga trzy lata, i Maciek zrozumiał, iż to nie jego bajka. Dzieci nie chciała, innych ludzi dzieciaki nazywała ludzkimi pisklętami czy jakoś tak… Justynie te wszystkie dramaty były kompletnie obojętne. Czuła się wyjątkowa, piękna, wiedziała co chce od życia, a Maciek nosił ją na rekach, dosłownie. Kwiaty na kilogramy, futra na sztuki, a butów miała z 20 par, mogła przebierać codziennie. Zabierał ją na wycieczki po Europie był i Londyn, był Paryż, Czarnogóra. Chciał, żeby jego żona żyła pełną piersią, zanim zostanie mamą.
Jak się urodziła ich córeczka Zosia, Justyna poświęciła jej pierwszy rok. A Maciek? Kupił domek poza miastem, urządził wszystko sam, żeby kobietom było dobrze. Wreszcie była okazja na parapetówkę! Zosię zapisali do przedszkola.
Justyna jednak ciągnęła do Gdańska tam jej mama, przyjaciółki, znajome ulice, ulubione kawiarnie pod lipami, tam choćby przechodnie wydawali się lepsi. Więc na studia podyplomowe wróciła do Gdańska i tak jakoś zostało Zosię zostawiała z teściową, która oszalała na punkcie wnuczki, a sama zrywała kontakt na sesje egzaminacyjne. Maciek jeździł za nią, czasem robił szpiegowskie zasadzki, jakby spodziewał się nie wiadomo czego. Ale Justyna, wtedy przynajmniej, nie dawała powodów do niepokoju.
No, tylko powiedziawszy szczerze ona od zawsze chciała od tej codziennej rutyny uciec. Studia, kursy, szkolenia byle nie myć garów, nie trzepać dywanów, nie zajmować się domem. Miała takie poczucie, iż życie umyka, a ona zasiedziała się w roli kury domowej. Skoro urodziła dziecko, to misja zakończona, koniec.
Z czasem w torebce nosiła trzy czerwone dyplomy. Z psychologii była najlepsza, pracę szukała wszędzie. Maciek uwielbiał ją, ale nie dopuszczał myśli, iż miałaby iść do pracy:
Przecież mamy z czego żyć! Zwariuję, zanim cię zobaczę po pracy! Może drugiego dzieciaka zróbmy? Syn, córka dla mnie wszystko jedno, tylko bądź przy mnie.
Ale Justyna nie miała ochoty na kolejne dziecko. Wystarczyło jej jedno. Teściowa widząc to, zaproponowała, iż zajmie się Zosią na stałe, a Justyna będzie robić co chce póki dojrzeje.
Justyna bez wahania się zgodziła. Bez słowa ostrzeżenia. Po prostu wyjechała do Gdańska, dzwoniąc do Maćka dopiero z pociągu.
A tam… czekał na nią Maciek. Już znał jej sztuczki:
Justyna, gdzie Zosia? Czemu ty tutaj, a nie w Poznaniu? Nowy facet?
Nie, Maciek! Nikt mnie nie poderwał. Jest mi z tobą po prostu nudno. Chcę być wolna powiedziała spokojnie.
Wolna? Od córeczki? Od męża? Przecież była miłość. Zgasła? Może przezywasz kryzys? Przejdziemy przez to razem!
Nie przejdziemy postawiła sprawę jasno Justyna.
Maciek pobiegł do jej mamy po pomoc. Ta tylko wzruszyła ramionami:
Zięciu, ja nie pomogę. Justyny nie przekonasz, jest uparta jak osioł.
Maciek wrócił do Poznania sam. Nie miał pojęcia, jak poskładać rodzinę.
Dni, tygodnie mijały. Justyna nie przyjeżdżała, odbierała telefony chłodno: U mnie OK.
W końcu Maciek postanowił wszystko sprzedać, zabrał Zosię, przeprowadził się do Gdańska, byleby jeszcze posklejać rodzinę. Justyna patrzyła na pomysł jak na zbytek mówiła, iż po co Zosię stresować, nowe przedszkole, nowe koleżanki… Ale prawda była taka, iż smakowała wolność. Miała swoje mieszkanie, prowadziła własną małą pracownię krawiecką. Ukochanych wokół nie brakowało, dystansu nigdy.
Maciek próbował ratować rodzinę, ale Justyna była obojętna, zamknięta jak kamień. W końcu powiedziała:
Maciek, zostaw mnie. Rozwiedźmy się. Zosię mogę przygarnąć na weekendy.
A Zosia miała już 11 lat, tata i babcia byli najważniejsi. Mama kochała, ale nie rozumiała, czemu ta tak po prostu odeszła…
Życie jednak płynie dalej.
Maciek przestał się oszukiwać, iż jeszcze wróci do Justyny. Chwilę później zakochał się w Halinie. Kobiecie twardo stąpającej po ziemi, z poprzedniego małżeństwa miała dwóch synów. Nie chciała Londynów i futer, tylko gumowce na jesień i ciepłą kurtkę, żeby można było wypasać krowy i wychować dzieciaki.
Maciek znalazł przy niej to, czego szukał spokój, czułość i uczucie bez szaleństwa i dramatów. Po roku urodziła im się córeczka. Maciek wreszcie poczuł, co to znaczy szczęście choć dopiero za czwartym podejściem.
Justyna cóż, mieszka u mamy. Z biznesu nici wspólnik wykiwał ją na kasę, pracownia padła, a wielbiciele się rozpłynęli. Została posada psychologa w szkole. Wiedza na coś się przydała, choć może nie do końca tak, jak sobie wyobrażała. Często powtarza, iż o nic nie żałuje choć kto wie, co tam jej w duszy gra.
A Zosia dorosła w końcu, wyszła za mąż i mieszka z babcią w Poznaniu. Na swoim ślubie miała lekką, zwiewną sukienkę, którą podarowała jej mama. I takie to losy, przyjaźń i miłość, euforii i pożegnania jednym słowem: życie.





