Zosia wróciła do domu trzy dni wcześniej, niż uzgodniła z rodzicami, przywożąc ciężkie torby pełne domowych specjałów. Chciała zrobić mężowi niespodziankę, ale Michał zamiast serdecznego powitania wysłał ją do sklepu. Nikt nie spodівався takich konsekwencji.
Ramiączko torby tak boleśnie uciskało bark, iż Zosia aż jęknęła. Od dwóch miesięcy narzekała na ból pleców, który towarzyszył jej już nieustannie. Ostrożnie postawiła siaty na dziurawym chodniku przystanku.
Z głębokim westchnieniem spróbowała uspokoić swe rozkołatane serce. Maluch w brzuchu poruszył się niespokojnie szósty miesiąc ciąży dawał się we znaki. Szczególnie, gdy nagle decydujesz się wrócić z rodzinnego domu do Warszawy, tęskniąc za mężem, tak bardzo, iż ostatnie sto kilometrów w autobusie liczyła niemal słupki przy drodze.
Co teraz porabia Michał? Pewnie nie spodziewa się, iż już jest tak blisko zaledwie dziesięć minut pieszo od bloku. Droga od przystanku do klatki schodowej wydawała się nie mieć końca. Torby wypchane konfiturami, swojską kiełbasą, kiszonymi ogórkami i jabłkami z sadu rodziców, wydawały się ważyć tonę.
Po przejściu pięćdziesięciu metrów Zosia zrozumiała, iż dalej nie da rady. Plecy nie wytrzymają.
Wyjęła telefon i zadzwoniła do męża.
Michaś, to ja wyszeptała, gdy już odebrał.
Zosia? Co się stało? odpowiedział przestraszony głos po drugiej stronie.
Nic się nie dzieje. Po prostu już wróciłam! Stoję na przystanku pod domem. Przyjdź po mnie, proszę. Mama tak naładowała te torby, iż nie dam rady sama
Zapadła niezręczna cisza, przez moment Zosia aż sprawdziła, czy rozmowa trwa.
Ty już jesteś na przystanku? Teraz? Czemu nic nie powiedziałaś? Miałaś być w czwartek! w głosie Michała pobrzmiewała panika.
Chciałam ci zrobić niespodziankę naburmuszyła się Zosia. Nie cieszysz się? Jestem wykończona. Wyjdź, proszę.
Zaczekaj! przerwał jej. Nie chodź tutaj. Tzn. idź ale słuchaj, w domu nie ma nic do jedzenia. Wczoraj wszystko dojadłem. Idź do tego całodobowego, za rogiem. Kup mi polędwicę wołową, ze 700-800 gramów. Mam dzisiaj wolne, chciałem ci przyrządzić obiad, żeby uczcić twój powrót.
Michał, chyba sobie żartujesz?! Zosia aż przyklękła na ławce. Słyszysz się w ogóle? Jestem w szóstym miesiącu ciąży, stoję pod blokiem z siatami nie do udźwignięcia! Mam ból pleców i zaraz się przewrócę… W domu są jajka, ziemniaki. Po prostu przyjdź po mnie i mi pomóż!
Zosiu, nie rozumiesz, naprawdę chcę, żeby wszystko było idealnie. Przecież sklep jest tuż obok. Weź mięso, parę ziemniaków, bo nasze już spleśniały. Poproś kogoś o pomoc, albo pomału… dla nas to robię. Przygotuję tu wszystko!
Spojrzała na czerwone od wysiłku dłonie. Fala gorącej rozpaczy zalała jej serce.
Ty poważnie? głos zadrżał jej od wściekłości. Ja mam teraz, w takim stanie, iść po mięso, bo ci się obiad wymarzył?
Nie możesz po prostu wyjść i mi pomóc?
Już zacząłem przygotowania! Teraz wyjdę i wszystko zepsuję! Proszę cię, Zosiu, dla mnie… gramów osiemset, wiesz, polędwica. I mały worek ziemniaków, w siatce. Zaraz ci pomogę!
Rozłączył się. Zosia patrzyła w ciemniejący ekran. Miała ochotę płakać pod chłodnym światłem latarni. Zamiast czułych objęć i ciepłej herbaty w perspektywie wyprawa do nocnego sklepu. Może naprawdę szykuje coś niezwykłego? Westchnęła i kuśtykając, ruszyła do sklepu po mięso i ziemniaki.
Przepychając wózek miedzy regałami, przyjmowała litościwe spojrzenia znużonej kasjerki. Wołowina była ciężka, ziemniaków całego worka niemal nie dało się utrzymać w rękach. Gdy wyszła z marketu, dłoni już nie czuła palce zrobiły się sztywne jak haki.
Telefon znów zadzwonił.
Kupiłaś? zapytał Michał beztrosko.
Tak odpowiedziała z zaciśniętymi zębami. Jestem pod klatką. Otwieraj.
Czekaj, nie wchodź teraz! Usiądź na ławce przed blokiem, naprawdę, tylko dziesięć minut.
Żartujesz?! Michał, ja mam już spuchnięte nogi, nie mam siły stać!
Jeszcze chwila, Zosiu, niespodzianka niegotowa! Usiedź pięć minut, błagam, bo nie zdążę!
Opadła ciężko na ławkę pod blokiem, torby uderzyły o chodnik. Miała ochotę rzucić tym mięsem w okno na trzecim piętrze. Minęło dziesięć, potem dwadzieścia minut. W końcu po trzydziestu pięciu minutach z klatki wyskoczył Michał w koszulce na lewej stronie, mokry jak szczur i rozczochrany.
Jesteś! Czego tak siedzisz skwaszona? Pogoda fajna! uśmiechał się krzywo, chwytając siaty.
Dlaczego jesteś cały spocony, a od ciebie wali chemią na kilometr? zapytała, próbując podnieść się z ławki.
Przekonasz się! rzucił i wybiegł do windy.
Na górze uroczyście otworzył drzwi mieszkania. Zosia weszła do przedpokoju i aż zaniemówiła zapach chloru i taniego odświeżacza aż dusił. Przeszła przez pokoje. Wszędzie czyściutko, podłoga jeszcze mokra. Ulubione figurki ustawione równiutko w kącie, wszystko wysprzątane na błysk.
No i? Michał uśmiechał się z dumą.
I to wszystko? szepnęła.
Jak to wszystko?! oburzył się. Trzy godziny zasuwałem! Umyłem podłogi, naczynia, łazienkę… Chciałem, byś wróciła do czystego domu, żebyś odpoczęła! Musiałem cię zatrzymać, żeby zdążyć. A ty choćby nie podziękujesz!
Zosię ogarnął żal, który z trudem tłumiła.
Robiłeś porządki, a nie mogłeś po prostu zejść po mnie? Byłam zmęczona do granic.
Chciałem dobrze! Zawsze narzekasz, iż nie pomagam! Ty przyszłaś wcześniej i wszystko popsułaś! wrzeszczał Michał.
Ale mi nie chodzi o czystość! Potrzebowałam po prostu twojej obecności i pomocy. Jestem w ciąży. Mnie trzeba było wsparcia, a nie mopowania!
Michał poczerwieniał i rzucił szmatą o zlew.
Inna by się cieszyła, iż mąż sprząta i gotuje! wykrzyknął. Ty tylko narzekasz!
Ty w ogóle nie rozumiesz… szepnęła Zosia, ukrywając twarz w dłoniach.
Nie doceniasz mnie. To ty przyjechałaś za wcześnie, to ty wszystko zepsułaś! stanowczo oznajmił.
Trzasnął drzwiami do sypialni.
Maluch w brzuchu znów się poruszył. Zosia wolno usiadła przy stole, patrząc na mięso, którego nikt nie włożył do lodówki. Robiło jej się coraz słabiej.
Po dziesięciu minutach Michał wrócił.
Robić to mięso, czy znów się obrażasz? mruknął.
Zostaw, nie mam ochoty na nic odparła bez siły. Chcę po prostu odpocząć.
Proszę bardzo! burknął i wrócił do sypialni.
Zosia podniosła się i powlokła do łazienki. Przeglądając się w lusterku, zobaczyła zmęczoną, bladą twarz z podkrążonymi oczami. Przypomniała sobie, jak marzyła o mężowskim uścisku, o słowach: Dobrze, iż jesteś już w domu. Niestety, miała tylko czyste podłogi.
Gdy po kolejnej kłótni w kąpieli miała dość, bez słowa spakowała dokumenty i wyszła z domu. Na szczęście nie zdążyła się przebrać i od razu pojechała z powrotem do rodziców.
Rodzina i znajomi przekonywali ją, żeby nie brała rozwodu rodzice Michała, jego siostra, choćby dalsi krewni. Michał też dzwonił, próbował załagodzić sytuację, twierdził, iż wszystko zrozumiał. Ale Zosia wiedziała już jedno: nie chce żyć z człowiekiem, dla którego czystość mieszkania jest ważniejsza od zdrowia jej i ich dziecka.
Czasem najbardziej liczy się nie wysprzątana podłoga, ale gotowość podać komuś rękę i dostrzec jego zmęczenie. Tego warto się nauczyć bo żadna nieskazitelna czystość nie zastąpi obecności i zrozumienia.















