Dusza zamknięta w złomie

glosswidnika.pl 2 godzin temu

Z pozoru to stare rury, zawory, fragmenty rowerów, zegarów czy metalowe elementy, które dla większości osób nie mają już żadnej wartości. Dla Marcina Robaka są jednak początkiem czegoś nowego. Świdnicki artysta daje przedmiotom drugie życie, tworząc z nich niezwykłe lampy. Jak sam mówi – czasem wystarczy spojrzeć na kawałek metalu, by zobaczyć w nim gotową historię.

– Kiedy pojawiła się u Pana potrzeba tworzenia? Czy był jakiś konkretny moment, kiedy pomyślał Pan: “chcę robić właśnie takie rzeczy”?

– Tak naprawdę zaczęło się już w dzieciństwie. Zawsze miałem zdolności plastyczne, lepiłem różne rzeczy z plasteliny. Pamiętam, iż robiłem choćby postacie z bajek – Asterixy, Obelixy i inne figurki. Plastelina była dla mnie lepsza niż modelina, bo można było cały czas coś poprawiać, dokładać, zmieniać.

Natomiast takie rzeczy, które robię teraz, zaczęły się około sześciu–siedmiu lat temu. Zrobiłem pierwszą lampę na próbę. Spodobała się znajomym i wtedy pomyślałem, iż może warto iść dalej.

Wtedy zacząłem odwiedzać skupy złomu, szukać ciekawych elementów, czyścić je i łączyć ze sobą.

– Ta pierwsza lampa przez cały czas istnieje?

– Tak. Kolega ma ją cały czas na swoim biurku. Właśnie dlatego zacząłem robić kolejne rzeczy – zobaczyłem, iż komuś się to podoba. Później zacząłem umieszczać swoje prace w internecie. Chciałem pokazać ludziom, iż można zrobić coś interesującego z rzeczy, które inni już dawno skreślili.

– Większość osób widząc stary metalowy element pomyślałaby raczej: “to trzeba wyrzucić”. Pan widzi w nim coś zupełnie innego.

– Dla mnie skup złomu to idealny sklep dla artysty. Naprawdę. Są tam rzeczy, których nie można kupić normalnie w sklepie. Najważniejsza jest patyna. To, iż coś jest stare, trochę zniszczone, ma ślady czasu. Właśnie to daje temu charakter. Nowa rzecz jest nowa. Można ją zrobić, ale ona nie ma jeszcze swojej historii.

– Czy najpierw ma Pan pomysł, a potem szuka odpowiednich elementów?

– Nie. U mnie to działa odwrotnie. Jadę na skup złomu, widzę jakiś element i od razu zaczyna mi się układać w głowie, co można z niego zrobić.

Patrzę na przedmiot i myślę: “to będzie pasować tutaj, a to można dołożyć tam”. Kupuję element, przywożę do domu i dopiero tworzę.

– Czyli rzeźba powstaje trochę w trakcie pracy?

– Dokładnie. Ja adekwatnie niczego wcześniej nie planuję. To się rodzi na bieżąco. Czasami siedzę wieczorem i w mojej głowie rodzi się pomysł. Bywa, iż później chodzę zmęczony, bo zamiast iść spać, tworzę.

Przy takich rzeczach nie można się spieszyć. Trzeba pokręcić, poprzekładać i zobaczyć, co pasuje.

– Pana prace wyglądają, jakby wymagały dużo spawania. Tymczasem okazuje się, iż często jest zupełnie inaczej.

– Ja praktycznie nie spawam. Oczywiście potrafię, czasami ktoś mi coś pomoże dospawać, kiedy musi być stabilniejsze, ale większość rzeczy jest skręcana. I to ma swój cel. Jak coś jest pospawane, to później już nie można tego zmienić. Trzeba ciąć i robić od początku. A kiedy wszystko jest skręcane, mogę odkręcić jedną śrubkę, przełożyć element, zmienić coś i złożyć jeszcze raz. To daje dużą możliwość zabawy.

– Jak długo powstaje jedna praca?

Sama lampa, kiedy mam już wszystkie części, to mniej więcej dwa popołudnia. Czyli około ośmiu–dziesięciu godzin pracy. Oczywiście większe rzeczy zajmują więcej czasu. Przy dużych konstrukcjach trzeba się bardziej namęczyć, ustawić je, poprawiać błędy. Czasami coś z bliska wygląda dobrze, ale człowiek odejdzie kilka metrów dalej i widzi, iż jednak coś trzeba zmienić.

– Kiedy uznaje Pan, iż dzieło jest skończone?

– Kiedy mi się podoba i kiedy podoba się innym. Często wołam żonę i pytam: “jak myślisz?”. jeżeli powie: “wow, fajne”, to wiem, iż jest dobrze. Ale wiadomo – każdy ma inny gust. Jednemu się spodoba, drugiemu nie. I to jest normalne.

– Czyli jest Pan artystą, który potrafi dostosować swoje prace do odbiorcy?

– Tak. Mogę zrobić komuś lampę według jego pomysłu. jeżeli powie, co chciałby mieć, ja spróbuję to stworzyć.

– W swoich pracach często wykorzystuje Pan stare przedmioty. Czy uważa Pan, iż takie rzeczy mają swoją duszę?

– Każda rzecz ma duszę. Tylko trzeba ją dostrzec. Ja od kilkunastu lat zbieram stare przedmioty. Zawsze lubiłem takie rzeczy, jeszcze od czasów mojego ojca. Mam zegary i różne stare przedmioty.

Kiedyś ludzie wkładali w rzeczy dużo pracy i serca. Robili je manualnie. Dzisiaj wiele rzeczy jest produkowanych masowo. Kupujemy coś, używamy, wyrzucamy i zastępujemy to nowym produktem. A stare rzeczy mają historię. Widać po nich upływ czasu, widać, iż ktoś tego używał, iż to komuś służyło.

– Czy ta miłość do starych przedmiotów wpływa też na Pana twórczość?

– Bardzo. Ja lubię łączyć stare z nowym.

Nie chodzi o to, żeby wszystko było stare. Czasami trzeba użyć nowego elementu, ale dokładam do niego stare części – stare kolanka, nyple, zawory. Wtedy to się fajnie przeplata. Nowe i stare razem tworzą coś innego.

– Czy ma Pan swoją ulubioną pracę?

– Mam. Jest taka jedna postać, którą zrobiłem i zostawiłem dla siebie. Całe wnętrzności jej świecą. Nie jest to żadna mroczna rzecz, chociaż może tak wyglądać na zdjęciu. Jak ktoś zobaczy ją na żywo, odbiera ją zupełnie inaczej.

– W Pana pracach można znaleźć sporo skojarzeń – z filmami, fantastycznymi postaciami, maszynami. Inspiruje się Pan czymś konkretnym?

– Wszystko powstaje w mojej głowie. Czasami ktoś powie: “to wygląda jak z filmu”, “jak z gry”, ale to przypadek. Ja po prostu widzę jakiś element i tworzę z niego swoją rzecz.

Miałem na przykład starą beczkę, dołożyłem różne elementy z zegarów, motocykla i żelazka. Z maszyny do szycia powstała konstrukcja przypominająca lokomotywę. Czasami sam jestem ciekawy, co z tego wyjdzie.

– Od dawna chciał Pan pokazać swoje prace szerszej publiczności?

– Tak. Ta wystawa była moim marzeniem od dawna. Chciałem pokazać ludziom, iż można bawić się metalem, iż ze starych rzeczy można zrobić coś nowego, żeby ktoś zobaczył i pomyślał: “może ja też mam w domu coś, co można wykorzystać?”.

– Wiele osób ma jakieś hobby, ale często nie pokazuje swoich prac innym. Dlaczego Pana zdaniem?

– Czasami ludzie boją się krytyki. Każdy może tworzyć. To nie musi być od razu wielka sztuka. Ktoś może robić domki z zapałek, ktoś może składać origami. Najważniejsze, żeby próbować.

A krytyka? Każdemu nie da się dogodzić. Jednemu się spodoba, drugiemu nie. I trzeba to zaakceptować.

– Co chciałby Pan przekazać osobom, które patrzą na stare przedmioty i widzą tylko niepotrzebny złom?

– Że warto spojrzeć inaczej. To nie jest wstyd wziąć coś ze złomu. To jest właśnie recykling. Dajemy rzeczom drugie życie. Czasami człowiek wyrzuca coś, co dla niego nie ma wartości, a dla kogoś innego może być początkiem czegoś wyjątkowego.

– Gdyby miał Pan nieograniczone możliwości, co chciałby Pan stworzyć?

– Dużo rzeczy. Naprawdę dużo. Chciałbym robić większe konstrukcje, większe lampy i pokazywać je większej liczbie osób. Ale wiadomo – wszystko kosztuje. Czasy są takie, jakie są.

– Jak chciałby Pan, żeby w przyszłości patrzono na Pana twórczość?

– Nie wybiegam tak daleko. Za marzenia się nie płaci, można marzyć, ale nigdy nie wiadomo, co będzie jutro. Trzeba żyć tym, co jest teraz.

– A czego życzy sobie Marcin Robak?

– Otwartości ludzi. Żeby byli bardziej przyjaźni dla siebie i mniej oceniali innych. Każdy człowiek ma swoją historię. Życzyłbym sobie też, żeby ludzie bardziej szanowali innych, bo wtedy wszystkim żyłoby się po prostu lepiej.

Idź do oryginalnego materiału