Dzienna kukułka przekukała
Nie, ona się chyba ze mnie nabija! wybuchnąłem, stając w progu łazienki. Jurek, chodź tu natychmiast!
Mój mąż, dopiero co zrzuciwszy adidasy w przedpokoju, zajrzał do łazienki, rozpinając w biegu kołnierzyk koszuli.
Aleksandra, znowu coś? Dopiero wróciłem z pracy, głowa mi pęka…
Co znowu?! wskazałem ręką na brzeg wanny. Spójrz uważnie! Gdzie jest mój szampon? Gdzie maska do włosów, którą wczoraj kupiłem?
Jurek mrużył oczy, przypatrując się rządkom kosmetyków.
Stał tam wielki flakon szamponu brzozowego, litrowa butla Rumianku i szklany słoik kremu gęsty, brązowy, jakiegoś domowego wyrobu.
Eee… To mama przyniosła swoje rzeczy. Jej chyba wygodniej, jak ma wszystko pod ręką… wymamrotał, unikając mojego spojrzenia.
Wygodniej? Jurek, ona tu nie mieszka! A teraz spójrz na dół!
Przykucnąłem i wyciągnąłem spod wanny plastikową miskę. W niej walały się moje drogie francuskie kosmetyki, leżała tam też moja gąbka i maszynka do golenia.
To znaczy co? Wrzuciła moje rzeczy do tej brudnej miski, a swoje poustawiała na brzegu!
Stwierdziła chyba, iż moje nadają się tylko pod szmatę do podłogi, a jej Rumianek zasługuje na honorowe miejsce!
Jurek westchnął ciężko.
Aleksandra, nie denerwuj się. Mamie ostatnio bardzo ciężko, wiesz przecież. Przestawię wszystko z powrotem, zjemy kolację, dobrze? Mama zrobiła gołąbki.
Nie będę jeść jej gołąbków powiedziałem twardo. I w ogóle, skąd ona się tu znowu wzięła? Dlaczego rządzi się w moim domu, Jurek?!
Czuję się tu jak jakiś lokator, któremu łaskawie pozwolono korzystać z łazienki.
Wyminąłem męża i wyszedłem z łazienki, a Jurek cicho wsunął miskę z moimi rzeczami z powrotem pod wannę.
Problem mieszkaniowy, który życie uprzykrzył milionom, nas nie dotyczył.
Jurek odziedziczył po dziadku przestronną kawalerkę na nowym osiedlu.
Ja dostałem w spadku małe, przytulne mieszkanie po babci.
Po ślubie postanowiliśmy zamieszkać u Jurka był tam świeży remont i klimatyzacja, a moje mieszkanie oddaliśmy miłemu małżeństwu.
Kontakt z rodzicami Jurka opierał się na zasadzie uzbrojonej neutralności, czasem choćby uprzejmej sympatii.
Jadwiga i jej mąż, cichy i dystyngowany Pan Stanisław, mieszkali na przeciwległym końcu Warszawy.
Raz w tygodniu herbatka, pytania o zdrowie, trochę kurtuazji i uśmiechy.
Oj, Olu, taka wychudzona mówiła Jadwiga, dokładając kolejne ciastko. Jurku, ty w ogóle żony nie karmisz?
Mamo, po prostu chodzimy na siłownię machał ręką Jurek.
I tyle. Żadnych niespodziewanych wizyt, żadnych rad o prowadzeniu domu.
Nawet chwaliłem się kumplom:
Mam szczęście do teściowej. Złota kobieta nie wtrąca się, nie poucza, Jurka o nic nie męczy.
Wszystko legło w gruzach pewnego deszczowego wtorku, gdy pan Stanisław, po trzydziestu dwóch latach małżeństwa z Jadwigą, spakował walizkę, zostawił karteczkę: Jadę nad morze, nie szukaj! i zniknął.
Okazało się, iż kryzys wieku średniego nie jest tylko metaforą konkretnie chodziło o filigranową recepcjonistkę z sanatorium w Kołobrzegu, gdzie z żoną jeździli ostatnie lata.
Dla sześćdziesięcioletniej Jadwigi świat się przewrócił.
Były łzy, telefony o trzeciej nad ranem, niekończące się roztrząsania:
Jak on mógł? Za co? Olu, jak to możliwe?!
Współczułem szczerze. Sam zanosiłem jej melisę, słuchałem po dziesiąty raz opowieści o starym imprezowiczu i kiwnąłem głową, kiedy go przeklinała.
Szybko jednak kończyła mi się cierpliwość teściowa ze swoim wiecznym biadoleniem zaczęła mnie irytować.
Jurek, dzwoniła pięć razy przed południem powiedziałem przy śniadaniu. Prosiła, żebym przyjechał i wymienił żarówkę. W korytarzu.
Rozumiem wszystko, ale… Kiedy to się skończy?
Mąż spochmurniał:
Jest jej bardzo samotnie, Olu. Całe życie była przy mężu, a tata ją tak… Nie bądź dla niej surowa, błagam.
Przecież żarówkę można samemu wymienić lub wezwać konserwatora. Ale jej zależy, żebyś to właśnie ty albo ja przyjechał. To ja już mam dość.
Potem zaczęły się noclegi u mamy Jurek biegał między dwoma domami.
Olu, mama boi się sama zasypiać mówił z przepraszającą miną, pakując torbę. Przeszkadza jej cisza. Zostanę u niej na dwie noce, dobrze?
Dwie noce? skrzywiłem się. Jurek, dopiero się pobraliśmy, a ty już uciekasz! Nie chcę spać sam pół tygodnia.
Olu, to chwilowe. Zaraz dojdzie do siebie i wszystko się ułoży.
Chwilowe przeciągnęło się do miesiąca.
Jadwiga wymagała obecności syna przez cztery wieczory i noce w tygodniu.
Symulowała napady ciśnienia, ataki paniki, a choćby zatykała zlewy własnoręcznie.
Obserwowałem, jak mąż pada z nóg, rozrywając się między dwoma domami, i zrobiłem wtedy błąd, którego potem żałowałem codziennie.
***
Postanowiłem szczerze porozmawiać z teściową.
Słuchaj, Jadwigo rzuciłem podczas niedzielnego obiadu. Skoro tak bardzo nie znosisz być sama, może przychodziłabyś do nas w ciągu dnia?
Jurek w pracy, ja często pracuję z domu. Spędzisz czas w centrum, możesz się przejść do parku, posiedzieć u nas. Wieczorem Jurek odwiezie cię na Pragę.
Jadwiga spojrzała na mnie dziwnie.
Olu… jakaż ty mądra. Rzeczywiście, po co kisić się w tamtych czterech ścianach?
Sądziłem, iż odwiedzi nas może dwa razy w tygodniu, dobra, przyjdzie koło południa, wyjdzie zanim wróci Jurek…
Ale Jadwiga miała własną wizję sytuacji zjawiła się punkt siódma rano.
Kto tam? wymamrotał półprzytomny Jurek, słysząc dzwonek do drzwi.
Poszedł sam otworzyć.
To ja! rozbrzmiał w domofonie rześki głos teściowej. Przyniosłam wam świeżutki twarożek!
Naciągnąłem kołdrę na głowę.
Co za… warknąłem. Jurek, jest siódma rano! Gdzie ona zdobyła twarożek o tej porze?!
Mama zawsze wcześnie wstaje Jurek już się ubierał. Śpij, ja otworzę.
Od tego momentu życie zamieniło się w piekło. Jadwiga nie tyle przychodziła, co rezydowała w naszym mieszkaniu przez osiem godzin.
Próbowałem pracować przy laptopie, ale nad uchem brzęczało bez przerwy:
Olu, czemu nie starłeś kurzu z telewizora? Mam tu ściereczkę, zaraz przetrę.
Jadwigo, pracuję, za pięć minut mam wideokonferencję!
Ach, jakie tam pracuję, siedzisz i obrazki oglądasz.
A poza tym, synkowi źle prasujesz koszule. Kanty mają być ostre jak brzytwa.
Pokażę ci, zanim się tym swoim klientom połączysz.
Wszystko było krytykowane.
Jak pokroiłem warzywa: Jurek lubi w słupki, a ty w kostkę, jak w stołówce.
Jak zasłałem łóżko: Narzuta powinna opadać do podłogi, a u ciebie ledwo co wystaje.
Jak pachniało w łazience: Powinno być miło, a u ciebie wilgocią ciągnie.
Olu, nie obrażaj się zaglądała do garnka ale przesoliłeś zupę.
Juruś od małego jadł dietetycznie. Żołądek ma wrażliwy, nie wiedziałeś o tym?
Zabijesz go tym gotowaniem. Odsuń się, zagotuję jeszcze raz.
Zupa pyszna syknąłem przez zęby. Jurek zjadł wczoraj dwie miski!
O, a to przez grzeczność. Nie chce ci sprawiać przykrości, to je, biedaczek.
Około południa zwykle byłem już na skraju wytrzymałości.
Długo siedziałem w kawiarni, byle nie słyszeć głosu teściowej.
A gdy wracałem, byłem tylko bardziej zły.
Najpierw na kuchence pojawił się ulubiony kubek teściowej: wielki, krzykliwy, z napisem Najlepszej Mamie.
Potem w przedpokoju dyndał jej płaszcz, a po tygodniu w szafie całkiem zwolniła półkę na zamienną odzież i kilka szlafroków.
Po co pani szlafroki? zapytałem, widząc jej różowe frotte wiszące obok moich koszul nocnych.
Jak to? Przecież cały dzień tu siedzę. Zmęczona po mieście, chcę się przebrać w coś domowego.
Teraz jesteśmy rodziną, czemu tak się nadymasz?
Na wszystkie moje żale Jurek odpowiadał tak samo:
Aleksandra, bądź mądra. Mama przeżywa ciężki czas. Straciła męża, musi poczuć się potrzebna. Szkoda ci półki?
Nie szkoda mi półki! Ale twoja mama mnie wypiera z własnego mieszkania!
Przesadzasz. Pomaga przecież gotuje, sprząta. Sam mówiłeś, iż nie lubisz prasować.
Wolę chodzić wygnieciony niż w to, co ona wyprasowała! krzyknąłem.
A mąż jakby mnie nie słyszał.
***
Kosmetyki w łazience były ostatnią kroplą.
Jurek, chodź zjeść zawołała Jadwiga z kuchni. Gołąbki stygną!
Aleksandra, dla ciebie włożyłam mniej ostrej papryki, wiem, iż nie lubisz.
Wpadłem do kuchni, gdzie teściowa już rozdzielała talerze.
Pani Jadwigo zapytałem celowo spokojnie. Czemu schowała pani moje kosmetyki pod wannę?
Nawet nie drgnęła. Odłożyła widelec przy talerzu Jurka i uśmiechnęła się.
Oj, Aleksandro, te twoje buteleczki? Przecież już prawie puste, tylko miejsce zajmowały.
I zapach taki… mocny, aż mi się od tego głowa rozbolała.
Swoje ustawiłam, sprawdzone. Twoje grzecznie schowałam, by nie przeszkadzały.
Nie masz chyba nic przeciwko? I tak trzeba było zrobić porządek.
Mam przeciwko podszedłem do stołu. To moja łazienka. Moje rzeczy. I mój dom!
No jaki twój, kochana? Jadwiga przysiadła teatralnie. Przecież mieszkanie jest Jurka.
Tu, fakt, jesteś gospodynią, ale… trzeba szanować matkę męża.
Jurek zbladł.
Mamo, czemu tak mówisz… Aleksandra też ma mieszkanie, po prostu tu mieszkamy…
Ach, co to za mieszkanie? machnęła ręką. Stare, babcine.
Jureczku, jedz, widzisz, żona znowu jakaś niezadowolona, pewnie głodna.
Spojrzałem na męża. Czekałem.
Czekałem, aż powie: Mamo, wystarczy. Przekroczyłaś granicę. Pakuj rzeczy i wracaj do siebie.
Jurek postał chwilę, popatrzył raz na matkę, raz na mnie, po czym… po prostu usiadł do stołu.
Aleksandra, no, usiądź, zjedz. Porozmawiajmy spokojnie. Mamo, ty też nie powinnaś ruszać rzeczy…
Widzisz! triumfowała Jadwiga. Syn rozumie.
A ty, Olu, jakaś jesteś zacięta. Nie można być takim egoistą. Rodzina to znaczy wszystko wspólne.
Moja cierpliwość w końcu pękła.
Wszystko wspólne? powtórzyłem. Dobrze.
Odwróciłem się i wyszedłem z kuchni.
Jurek coś krzyczał za mną, ale nie słyszałem. Spakowałem się w dwadzieścia minut, wszystko do walizek.
Kosmetyków z łazienki nie brałem kupię nowe.
Wychodziłem przy wtórze dwóch głosów: mąż marudził, błagając, żebym wrócił, a teściowa jęczała i kąśliwie podsumowywała po swojemu.
***
Nie miałem zamiaru wracać do Jurka niemal od razu złożyłem pozew o rozwód.
Mąż, jeszcze chwilowo legalnie, dzwoni codziennie i prosi, żebym wrócił, a Jadwiga powoli przenosi swoje rzeczy do kawalerki Jurka.
Jestem pewien, iż właśnie o to jej chodziło.











