Echo w nocy
Do oddziału rehabilitacyjnego trafiłam dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Wcześniej się nie udało nie było miejsc.
Zdrowie to rzecz poważna, dlatego kiedy dostałam skierowanie, poczułam się naprawdę szczęśliwa: o tym ośrodku mówiło całe miasto, sami lekarze z polecenia.
Mimo to gdzieś w środku odezwała się lekka obawa: święta za pasem, a ja bez wigilii, bez makowca, bez całej tej domowej krzątaniny
Odkąd pamiętam, kochałam ten czas. Ubieranie choinki, strojenie mieszkania, atmosfera szaleństwa przedświątecznego. Teraz z tego wszystkiego musiałam zrezygnować.
Od pierwszego dnia powtarzałam sobie, iż nie ma w tym tragedii, iż to nie ostatnia Wigilia w moim życiu, a na Święta pewnie już będę z powrotem w domu.
Powoli udawało mi się w to uwierzyć.
***
Umieszczono mnie w przytulnej, dwuosobowej sali z telewizorem. Już była tam kobieta dosłownie o połowę młodsza ode mnie. Zlecono mi szereg pożytecznych zabiegów i rehabilitacji, choćby zapisałam się na ćwiczenia fizjoterapeutyczne bardzo przypadła mi do gustu instruktorka.
Lekarze chwalili, iż robię postępy, iż rekonwalescencja idzie wzorowo.
Uśmiechałam się do nich, przytakiwałam, choć w środku cały czas było mi po prostu smutno.
Pierwszy raz w życiu nie przygotowywałam się do świąt. Nie kupowałam prezentów, nie planowałam sałatki jarzynowej, nie wybierałam sukienki na wigilijną kolację.
Święta mijały gdzieś obok, jakby ich nie było.
„Zdrowie jest najważniejsze”, powtarzałam sobie za każdym razem. „Jeszcze będzie okazja świętować, najwyżej spędzę wigilię z koleżanką z sali”.
30 grudnia ją wypisali. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, zostałam sama. Całkowicie. W zupełnej ciszy.
***
31 grudnia rano zadzwoniły dzieci złożyły życzenia, dopytały o zdrowie, obiecały wpaść po świętach.
To oczywiste mają swoje rodziny, własne sprawy. W ciągu dnia parę znajomych przysłało SMS-y z noworocznymi życzeniami
Potem zapadła noc.
***
Po orędziu prezydenta rozbrzmiały z korytarzy okrzyki: „Szczęśliwego Nowego Roku! Dużo zdrowia!”
Ale ja nie podniosłam się z łóżka.
Czułam, jakby dzieliła mnie od tej euforii przezroczysta ściana.
I iż jestem zupełnie niepotrzebna nikomu
***
Złapałam telefon do ręki: tak bardzo chciałam usłyszeć czyjś głos!
Ale do kogo zadzwonić?
Tyle kontaktów
„Marysia” koleżanka z podstawówki, od lat się nie widziałyśmy, chociaż przyklaskujemy sobie lajkami na Facebooku.
Wygodne. Ale puste.
„Andrzej” były mąż. Jemu nie mam po co dzwonić.
Szybko przewinęłam dalej.
„Paweł” syn. Oczywiście, odebrałby, rozmawiałby Gdyby trzeba było rzuciłby wszystko, żeby się pojawić.
Ale nie chciałam wyjść na słabą. Syn zawsze widział we mnie silną kobietę
Przeglądałam kolejne nazwiska, ale nigdzie nie znalazłam osoby, do której mogłabym zadzwonić TERAZ, choćby tylko z życzeniami noworocznymi. Mój telefon nagle wydał się zupełnie zbędny. I ja też taka byłam? Co można mówić o innych?
No do kogo zadzwonić chociaż do kogokolwiek wyszeptałam w sterylnej ciszy sali.
I popłakałam się
Miałam wszystko: dom, pracę, doświadczenie, setki znajomych.
I jednocześnie nic. Ani nikogo bliskiego.
***
Ten fakt dotarł do mnie z siłą pioruna. Zdecydowałam, iż nie mogę tu dłużej zostać. Założyłam płaszcz i wyszłam na zewnątrz. Lodowate powietrze przeszyło mi płuca.
Obok ośrodka był mały, zasypany śniegiem skwerek. Poszłam tam, choć nie wiedziałam po co. Po prostu musiałam gdzieś iść.
Na ławce siedział mężczyzna, może w moim wieku, może nieco starszy.
Nie patrzył na iluminacje miasta, wpatrywał się w przestrzeń.
Poczułam ścisk w środku chciałam powiedzieć chociaż jedno słowo tej obcej osobie.
Cicho wyszeptałam:
Dobry wieczór.
Mężczyzna uniósł wzrok. Uśmiechnął się naprawdę, z iskierkami zmarszczek przy oczach.
Dobry wieczór. Wszystkiego najlepszego w nowym roku.
Uśmiechnęłam się odruchowo. Tak zwykłe i proste życzenie. A jednak w środku coś aż zadrżało.
A pan czemu tu jest?
W domu nie mam już z kim porozmawiać powiedział spokojnie. Żona zmarła trzy lata temu. Córka w Niemczech, zadzwoniła w ciągu dnia, złożyła życzenia. Mówiła, iż jest zajęta. Więc przyszedłem tutaj. A pani z ośrodka?
Pokiwałam głową:
Tak. Dochodzę do siebie po chorobie. I wie pan dziś zrozumiałam, iż nie mam do kogo zadzwonić w noc sylwestrową. Na liście setki kontaktów, a nikogo bliskiego.
Nie zdziwił się.
Tak Samotność przychodzi cicho. Pewnego dnia uświadamiasz sobie, iż gdyby coś się stało nikt by się nie dowiedział. Nikt nie usłyszy, nikt nie przyjdzie spojrzał na mnie uważnie. I wtedy, żeby nie zginąć, trzeba się odważyć. Na przykład odezwać się jako pierwszy. Tak jak pani się odważyła. To znaczy, iż jest pani silna.
Zupełnie się tak nie czuję
To nie jest ważne powiedział łagodnie. Siła to nie dar, to wybór. Stajemy się silni, gdy idziemy naprzeciw życiu. choćby jeżeli ono się odwraca. A wie pani o ile jutro pani nie przyjdzie, ja i tak będę czekał. Bo już wiem, iż pani istnieje.
Te słowa były tak szczere, iż nagle poczułam przez całe życie czekałam, aż ktoś wybawi mnie z samotności a przecież ja sama mogę być dla kogoś ratunkiem
***
Gdy wracałam do pokoju, w kieszeni miałam kartkę, na której nowy znajomy, drżącym, ale starannym pismem, zapisał swój numer telefonu.
Pustka w środku nie zniknęła. Ale pojawiło się tam coś ciepłego. Echo cudzego głosu:
Będę czekał…
Po raz pierwszy od dawna nie myślałam o tym, co straciłam. Tylko o tym, iż jutro po prostu będzie.
Może zadzwonić? myślałam, zasypiając. Choćby tylko po to, żeby powiedzieć: „Dzień dobry, panie Stefanie”








