EKWADOR – na andyjskim szlaku

pomyslynawyprawy.pl 3 dni temu

Ekwador plan podróży

Ekwador to piękny i zróżnicowany pod względem atrakcji kraj. Tu w jeden dzień można przejechać z ośnieżonych szczytów Andów do tropikalnego wybrzeża. To jeden z niewielu państw na świecie, gdzie na stosunkowo małym obszarze mieszczą się cztery zupełnie różne światy. Andy (Sierra) to usiany wulkanami górski kręgosłup. Tu znajduje się też Quito, wpisana na listę UNESCO stolica Ekwadoru. Amazonia (Oriente), czyli wschodnia część kraju, to fragment amazońskiej dżungli. Wybrzeże (Costa) to pas wzdłuż Pacyfiku z plażami, zatokami i Guayaquil – największym miastem kraju i jego głównym portem. Na koniec zaś absolutnie wyjątkowe Galapagos – archipelag, który zainspirował Darwina do stworzenia teorii ewolucji i jedno z niewielu miejsc na Ziemi, gdzie dzikie zwierzęta wciąż nie boją się ludzi.

Nasz pomysł na Ekwador

(sierpień 2026)

Lecąc do Ekwadoru, postawiliśmy na to, z czym najbardziej kojarzy się ten kraj, czyli wulkany i Andy. Do tego kolonialna Cuenca, inkaskie ruiny i rozległe páramos. Nie mogło zabraknąć też indiańskich targów, jazdy konnej, malowniczych wodospadów oraz stolicy kraju – Quito. A równik? Równik też oczywiście był .

Zaczęliśmy jednak z przytupem – nie na kontynencie, ale na absolutnie wyjątkowych Wyspach Galapagos. O tej części naszej podróży możecie już przeczytać TUTAJ.

Szesnaście dni później wiedzieliśmy jedno: to była jedna z najbardziej niezapomnianych podróży, jakie do tej pory zrobiliśmy.

Transport

Bilety na przelot transkontynentalny kupiliśmy z półrocznym wyprzedzeniem, korzystając z dwóch linii lotniczych: trasę Warszawa – Miami – Warszawa obsługiwał LOT Polish Airlines, a trasę Miami – Guayaquil – Miami Avianca Ecuador. Tą samą linią lecieliśmy również z Guayaquil na Galapagos.

Na kontynencie poruszaliśmy się lokalnymi autobusami, czasami też taksówkami.

Na koniec mieliśmy jeszcze lot powrotny z Quito do Guayaquil, który wynikał z układu naszej trasy – zwiedzaliśmy kraj, jadąc w górę mapy.

Trasa na północ wynikała natomiast z procesu aklimatyzacji. Andy to duże wysokości, wspinaczka po wulkanach (nawet w wydaniu bardzo amatorskim takim jak nasze ) wymaga rozwagi i przygotowania organizmu.

Andy

To najdłuższy łańcuch górski na Ziemi, rozciągający się na ponad 9000 kilometrów. Ciągną się wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej, od zatoki Morza Karaibskiego na północy po Ziemię Ognistą na południu, przechodząc przez terytorium Wenezueli, Kolumbii, Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile i Argentyny.

W Ekwadorze tworzą dwa główne, równoległe pasma górskie – Kordylierę Zachodnią i Kordylierę Wschodnią. Pomiędzy nimi rozciąga się Dolina Międzyandyjska, w obrębie której znajduje się słynna Aleja Wulkanów. Tak w 1802 roku Alexander von Humbolt nazwał ten obszar licznych wulkanów ciągnących się z północy na południe Ekwadoru.

Andy i Aleja Wulkanów będą nam towarzyszyć w tej podróży praktycznie codziennie.

Galapagos

(dzień 1 – 5)

Na archipelagu spędziliśmy 4 pełne dni odwiedzając dwie wyspy – Santa Cruz i Isla Isabela. GALAPAGOS – jedyne takie miejsce na Ziemi!

Przejazd do Cuenca

(dzień 5)

Po wylądowaniu późnym popołudniem na lotnisku w Guayaquil zaczęliśmy szukać autobusu do Cuenca. Na szczęście dworzec autobusowy jest dosłownie przyklejony do terminala lotniskowego.

Trasa Guayaquil – Cuenca to jedynie 200km, ale na tej odległości trzeba z poziomu morza wspiąć się na wysokość 4000 m n.p.m. a następnie znów zjechać na 2500 m n.p.m. Trasa ta jest standardowo rozpisywana na 3h jazdy, ale w 2026 na szosie realizowane są poważne prace modernizacyjne, tak więc z definicji nikt o czasie poniżej 4h nie mówi. Nasza buseta była bezpośrednia, zatrzymaliśmy się tylko raz na toaletę i małą kawę (20$/os.).

Po 21:00 dojechaliśmy na miejsce. Do naszego Airbnb dostaliśmy się taksówką. Tutaj jeździ się na taksometrach i standardowa cena za przejazd z dworca do centrum to w nocy 2$ a w dzień 1,5$.

Cuenca

(dzień 6 i 7)

Cuenca zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie. Czysta, ładna, pełna ludzi – po prostu przyjemna. Czuliśmy się w niej bezpiecznie. Wielu podróżnych uważa ją za najładniejsze miasto tego kraju nazywając klejnotem południa Ekwadoru. Tu rytm życia jest wyraźnie spokojniejszy niż w Quito czy Guayaquil.

Miasto leży na wysokości 2550 metrów n.p.m., powietrze jest tu rześkie i wyraźnie czuć, iż jesteśmy w Andach.

Drewniane balkony toną w pelargoniach, z wież kościelnych słychać dzwony, a pod katedrą w Parque Calderón starsi panowie karmią gołębie. To właśnie z Cuenki pochodzą słynne kapelusze, które świat nazywa panamskimi.

Zabytkowe centrum jest na liście UNESCO, a pod kolonialnymi fasadami kryje się historia starsza, niż się wydaje.

Więcej o Cuence, tym co warto w niej zobaczyć i gdzie pójść znajdziecie TUTAJ

Cuenca była naszą bazą wypadową do Parku Narodowego Cajas oraz ruin Ingapirca.

Park Narodowy Cajas

(dzień 6)

Na wysokości 3100–4450 m n.p.m., w Andach, leży jeden z najbardziej magicznych zakątków Ekwadoru – kraina wysokogórskich łąk, mgieł i setek polodowcowych jezior.

To był nasz pierwszy hiking w Ekwadorze – rozgrzewka i aklimatyzacja.
Pętla 7 km, suma podejść 300 metrów (ale na wysokości 4000 m n.p.m. nie spaceruje się prosto ). Było cicho, pusto, mgliście i magicznie. Pięknie!

Więcej o Cajas i jego szlakach znajdziecie TUTAJ

Z Cuenca dojechaliśmy tam z taksówką. Na szlaku spędziliśmy cały dzień, a do miasta wróciliśmy złapanym na szosie autobusem. Nocowaliśmy w Cuecna, w Airbnb, którego opis jest we wpisie o mieście.

Ruiny Ingapirca

(dzień 7)

Ingapirca to największe i najlepiej zachowane inkaskie stanowisko archeologiczne w Ekwadorze.

Ale Ingapirca to nie tylko Inkowie. Wcześniej żyła tu i rozwijała się kultura Cañari, której ślady są również wyraźnie widoczne. Ingapirca jest zatem miejscem, w którym łączy się dziedzictwo obu kultur – Cañari i inkaskiej.

Więcej o kompleksie archeologicznym oraz o tym jak tam dojechać, jak kupić bilet i o zasadach zwiedzania znajdziecie TUTAJ.

Nocna podróż

Na wieczór wróciliśmy do Cuenca. Po kolacji pojechaliśmy na dworzec, odebraliśmy bagaże z przechowalni i o 23:30 wsiedliśmy w nocny autobus do Ambato (13$/os.). Naszym celem było Baños de Agua Santa, ale z braku bezpośredniego połączenia musieliśmy zdecydować się na wariant z przesiadką. Odległość Cuenca – Ambato to trasa ponad 300km, ale przez Andy, dlatego rozpisywana jest na 6h jazdy. Opcja nocnego przejazdu jest bardzo dobrym rozwiązaniem – oszczędza czas i pieniądze .

Uwaga! – bardzo istotną kwestią jest fakt, iż autobusy dalekobieżne jadące przez Ambato dalej (np. do Quito – jak nasz), nie wjeżdżają do miasta i nie zatrzymują się na terminalu. Przystanek jest przy szosie.

Nasz kierowca do Ambato dotarł bardzo sprawnie, bo grubo przed planowaną godziną przyjazdu. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy kazano nam wysiąść na szosie, wokół ciemna noc (była około 4:00 nad ranem). Na szczęście okazało się, iż jest to normalna sprawa i zwyczaj ogólnie praktykowany. W tym samym miejscu zatrzymało się jeszcze kilka autobusów w niedługim czasie. Praktyka ta jest oczywiście znakomitą pożywką dla taksówkarzy, którzy w dużych ilościach czekają na kolejne autobusy i z chęcią, niestety po wygórowanych cenach, podwiozą do miasta lub gdzie się uzgodni.

Nasz autobus do Baños de Agua Santa (1,5$/os.) czekał na szczęście po drugiej stronie szosy (niestety ruchliwej, dwupasmowej i bez pasów w zasięgu wzroku). Jak już przeskoczyliśmy przez tę arterię i ulokowaliśmy się na miejscach, czekała nas jeszcze godzina jazdy po wyboistych i krętych drogach. Na dworcu w Baños wylądowaliśmy przed szóstą rano.

Małe śniadanie w lokalnej knajpce, chwila mitrężenia czasu, żeby do zamówionego na booking hostelu nie zajechać przed 8:00 i ruszyliśmy taksówką w drogę.

Baños de Agua Santa

(dzień 8)

Do hostelu Casa Verde dotarliśmy tak wcześnie, iż o dostaniu pokoju choćby nie mieliśmy co marzyć.

Baños de Agua Santa to lokalny kurort – znane i lubiane przez Ekwadorczyków, ale z zagranicznych gości mało kto je odwiedza. Ekwadorskie Baños leżą u podnóża aktywnego wulkanu Tungurahua, około 1800 m n.p.m i słyną z gorących źródeł, wodospadów oraz aktywności takich jak rafting, canyoning, zipline, ferraty, itp.

Byliśmy tam krótko i postawiliśmy na wodospady oraz termalne baseny. Po zostawieniu bagaży od razu ruszyliśmy na szlak.

O atrakcjach Baños de Agua Santa więcej TUTAJ

Następnego dnia po wczesnym śniadaniu wyruszyliśmy z umówionym uprzednio kierowcą w kierunku Chimborazo.

Wulkan Chimborazo

(dzień 9)

Chimborazo (6263 m n.p.m.) – to najwyższy wulkan i szczyt Ekwadoru.

Tutaj byliśmy najbliżej Słońca i kosmosu – bo Chimborazo leży prawie na równiku, gdzie Ziemia jest najszersza.

Tutaj pobiliśmy nasz rekord wysokości, na którą się kiedykolwiek w życiu wspięliśmy. I mieliśmy szczęście zobaczyć go w pełnej krasie, bo niestety zwykle tonie w chmurach.

Jak przebiegała nasza trasa, skąd startowaliśmy, dokąd doszliśmy i jak to zorganizowaliśmy oraz jaką mieliśmy aklimatyzację i inne szczegóły znajdziecie TUTAJ

Po zejściu ze szlaku nasz kierowca odwiózł nas na dworzec autobusowy w Ambato, skąd ruszyliśmy w dalszą drogę do Latacunga.

Trasa Ambato – Latacunga nie jest długa, to zaledwie 40km, a autobusy kursują dość często. Za bilet zapłaciliśmy po 2$ od osoby. Niemniej jednak tutaj znów autobusy przelotowe nie wjeżdżają do centrum miasta. Zatrzymują się przy rondzie (skrzyżowanie E30 i E35). Tu, podobnie jak w Ambato, roi się od taksówkarzy, którzy za wygórowaną cenę podwożą do centrum Latacunga (ok. 6km). Prawdopodobnie można tam złapać jakiś lokalny autobus, ale my byliśmy już tak zmęczeni po hikingu na Chimborazo, iż zapłaciliśmy 4$ i pojechaliśmy taksówką.

Latacunga

To leżąca na wysokości 2860 m n.p.m. stolica prowincji Cotopaxi.

Spełnia ona rolę tranzytową, jest główną bazą wypadową (tzw. hubem transportowym) dla Cotopaxi i Quilotoa. Nie jest natomiast turystyczna w dosłownym tego słowa znaczeniu, dlatego jest tu bardzo lokalnie i można znaleźć naprawdę dobry nocleg w bardzo konkurencyjnej cenie (my spaliśmy w Golden Rest Latacunga: 44$/pokój trzyosobowy, rez. booking).

Dodatkowo spotkała nas tam bardzo miła niespodzianka. Trafiliśmy na imprezę uliczną – konkurs tańców tradycyjnych.

Laguna Quilotoa

(dzień 10)

Rano wsiedliśmy w lokalny autobus i pojechaliśmy nad Lagunę Quilotoa.

Jechaliśmy tam ponad 2h w jedną stronę, ale było warto. Tu na wysokości ok. 3900 m n.p.m. leży jedno z najbardziej niesamowitych jezior, jakie widzieliśmy – szmaragdowozielona laguna wypełniająca krater wulkanu Quilotoa.

O dojeździe tam i szlakach wokół laguny przeczytacie TUTAJ

Chatka pod Cotopaxi

Pod wieczór, gdy już odebraliśmy zdeponowane w hotelu bagaże, złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy 30km na północ do małej wioski San Juan de Pastocalle, gdzie mieliśmy zamówione dwa noclegi w Wasi Andina Lodge – chatce pod wulkanem Cotopaxi.

Ależ to było niesamowite miejsce!

Więcej o nim we wpisie o Cotopaxi TUTAJ.

Wily, gospodarz, jest jednocześnie przewodnikiem górskim. Można z nim wspiąć się na sam szczyt Cotopaxi albo choćby zorganizować wielodniowy trekking po Alei Wulkanów. My nie jesteśmy jednak aż takimi górskimi wyczynowcami i skorzystaliśmy z jego pomocy jedynie w temacie całodniowego transportu na kolejny dzień.

Wulkan Cotopaxi

(dzień 11)

Cotopaxi (5897 m n.p.m.) to jeden z najwyższych aktywnych wulkanów świata.

To drugi najwyższy szczyt Ekwadoru i chyba najbardziej rozpoznawalna sylwetka wulkanu, jaką można zobaczyć – niemal podręcznikowy, idealnie symetryczny stożek pokryty lodową czapą.

Zaczęliśmy od Laguny Limpiopungo i wspięcia się szlakiem na północne páramo. Następie podjechaliśmy na parking pod wulkanem i doszliśmy do schroniska Jose Rivas (a niektórzy choćby dalej ).

Tego dnia widzieliśmy wszystkie jego pogodowe oblicza – od skąpanego w słońcu, po zasnuty ciemnymi gradowo-śniegowymi chmurami.

Jak przebiegała nasza trasa, skąd startowaliśmy, dokąd doszliśmy i jak to zorganizowaliśmy oraz inne szczegóły znajdziecie TUTAJ

Przejazd na północ

(dzień 12)

Pierwsza połowa dnia była zdecydowanie tranzytowa. Ruszyliśmy na północ i mimo iż od celu dzieliło nas jedynie 100km, podróż wymagała aż 4 przesiadek.

Po śniadaniu pojechaliśmy taksówką na dworzec do Machachi (35km, 20$), stamtąd autobusem do Quito Quitumbe (25km, 0,85$/os.). Następie przesiedliśmy się w metro, którym przejechaliśmy do stacji Labrador (cała linia, 1,35$/os.). Tam złapaliśmy taksówkę do Mitad del Mundo (20km, 10$). Na koniec zaś jechaliśmy camionetą 4×4 do Pululahua (20$).

Pululahua

Ta mała miejscowość pod Quito leży dosłownie na dnie kaldery uśpionego wulkanu.

To jedna z nielicznych na świecie stale zamieszkanych i uprawnych kalder wulkanicznych. Jej zbocza porośnięte są lasem mglistym.

Na stałe żyje tam jedynie kilkadziesiąt osób, a jedną z jej głównych atrakcji są cabalgatas, czyli przejażdżki konne.

Będąc w Ekwadorze chcieliśmy gdzieś przejechać się na koniach – padło na Pululahua.

Więcej na ten temat – tematy organizacyjne oraz wrażenia – TUTAJ

Mitad del Mundo

Mitad del Mundo, czyli Środek Świata, to tak naprawdę kompleks turystyczny, gdzie wejście jest biletowane (5$/os.) i gdzie na trawniku stoi obelisk, a przez środek strefy biegnie wymalowana żółta linia – Równik. Jest tylko jeden szkopuł – według najnowszych pomiarów prawdziwa linia 0°00’00” przebiega około 200 metrów dalej. Niemniej jednak zarówno obelisk jak i linia są związane z historycznym wyznaczeniem równika, więc nie ma co się za bardzo czepiać.

Późnym popołudniem zjechaliśmy więc camionetą do Mitad del Mundo, kupiliśmy bilety i weszliśmy na teren strefy. Obeszliśmy ją chyba dosłownie w 10-15 minut, zrobiliśmy kilka zdjęć, postawiliśmy jajko na gwoździu i… złapaliśmy taksówkę do centrum Quito (15$), gdzie w hostalu Mía Leticia mieliśmy zamówiony nocleg.

Quito

(dzień 12-14)

Leżące w Andach Quito jest jedną z najwyżej położonych stolic świata. Miasto otaczają potężne wulkany, a jego kolonialna starówka należy do najlepiej zachowanych w Ameryce Południowej.

O atrakcjach Quito, komunikacji po mieście oraz naszym noclegu przeczytacie TUTAJ

W Quito spędziliśmy w sumie trzy wieczory. Liczę tak dlatego, iż w dzień zwiedzaliśmy okolicę: Pululahua i Mitad del Mundo, Otavalo oraz Rucu Pichincha.

Rucu Pichincha

(dzień 13)

4696 m n.p.m., około 800 metrów sumy podejść i widok na całe Quito ze szczytu wygasłego wulkanu. Tak wyglądał nasz ostatni hiking w Ekwadorze.

Z samego rana kolejką TelefériQo wjechaliśmy na Cruz de Loma (3950 m n.p.m.). Następnie idąc przez andyjskie páramos wspinaliśmy się wyżej i wyżej. A potem zaczęły się skały. Jeszcze trawers po wulkanicznym pyle i już sama poszarpana erozją skała. To był chyba nasz najbardziej wymagający hiking podczas całej podróży.

Opis szlaku, czas, trudności i wskazówki dojazdu oraz odpowiedź na pytanie po co uczyć się twierdzenia sinusów znajdziecie TUTAJ

Otavalo

(dzień 14)

To malowniczo położne na wysokości ok. 2500 m n.p.m. andyjskie miasto znajduje się około 110km na północ od centrum Quito. Miejscowa ludność – rdzenny lud Otavalo – słynie przede wszystkim z tradycji tkackich, a targ na Plaza de los Ponchos to jeden z największych targów wyrobów rzemieślniczych w Ameryce Południowej.

Największy targ odbywa się w soboty, w środy trochę mniejszy. W pozostałe dni tygodnia również funkcjonuje, ale w ograniczonym stopniu. My wybraliśmy się tam w środę. Rano wyruszyliśmy w dwugodzinną podróż autobusem z Quito Carcelen.

O miasteczku Otavalo, ludziach i targu więcej TUTAJ

Guayquil

(dzień 15)

Rano pojechaliśmy taksówką na lotnisko Aeropuerto Internacional Mariscal Sucre (ok. 40km z centrum Quito, 20$), skąd mieliśmy lot do Guayaquil (Avianca Equador, 1h).

Do Miami nasz samolot startował dopiero o 19:00, a w Guayaquil wylądowaliśmy o 12:00, tak więc mieliśmy około 5 godzin czasu w spokojny spacer po promenadzie i obiad. Już jak tylko wysiedliśmy z samolotu uderzyło w nas gorące, tropikalne powietrze. Odzwyczailiśmy się od tego upału w Andach, oj odzwyczailiśmy .

Guayaquil to największe miasto Ekwadoru i jego główny port.

Nie słynie niestety z bezpieczeństwa. My byliśmy tam bardzo krótko, w dzień i jedynie w kilku miejscach. Nie czuliśmy się zagrożeni, było spokojnie i przyjemnie, ale nie jest to niestety regułą.

Taksówką podjechaliśmy na promenadę (z lotniska 5$). Malecón 2000 ciągnie się wzdłuż rzeki na odcinku 2,5 km. Nasz spacer zaczęliśmy od jej północnych krańców, czyli od podnóża położonej na wzgórzu (Cerro Santa Ana) dzielnicy Las Peñas. Dawniej zamieszkiwana przez rybaków i rzemieślników dała początek miastu. Dziś to jedna z najciekawszych i najładniejszych dzielnic metropolii. Spacerując wzdłuż rzeki Guayas możemy zobaczyć miejską kolejkę gondolową (Aerovía), która łączy centrum Guayaquil z sąsiednią miejscowością Durán. Na koniec poszliśmy jeszcze do słynnego Parque Seminario, gdzie można spotkać wolno żyjące, przechadzające się po uliczkach iguany. Po obiedzie w lokalnej knajpce i ostatnim cazuela de camarón, czyli tradycyjnym daniu z ekwadorskiego wybrzeża (potrawa na bazie zielonych bananów z dodatkiem krewetek, orzeszków ziemnych, przypraw i ziół, podawana się ją z ryżem i limonką) wróciliśmy taksówką na lotnisko. Odebraliśmy bagaże z przechowalni (15$) i czekaliśmy na nasz wieczorny lot do USA.

Miami

(dzień 16)

Bardzo późno w nocy wylądowaliśmy na Miami International Airport. Uber do położonego dosłownie 6km dalej hotelu kosztował nas 18$. Ok, była to taryfa nocna, ale jednak różnica rzeczywistości cenowych była szokiem. Zresztą za pokój w średnioniskiej klasy enVision Hotel Miami International Airport zapłaciliśmy 100$/noc (rez. booking).

Po krótkiej nocy zostawiliśmy rzeczy na recepcji w hotelu (tu trzeba oddać, iż obsługa tego przybytku była bardzo miła) i ruszyliśmy na podbój Miami.

O atrakcjach Miami przeczytacie więcej już niedługo TUTAJ

Wieczorem tego dnia mieliśmy lot powrotny do Warszawy.


KOSZTY ( 3pax, sierpień 2026)

– Przelot:

  • transkontynentalny: Warszawa – Miami – Warszawa (LOT) ; Miami – Guayaquil – Miami (Avianca Ecuador): 4120zł od osoby
  • na Galapagos: Guayaquil – Galapagos Baltra – Guayaquil (Avianca Ecuador): 1550zł od osoby
  • wewnętrzny Quito – Guayaquil: 320zł od osoby

Loty z bagażem podręcznym i przedmiotem osobistym, kupowane z półrocznym wyprzedzeniem.

– Noclegi: średnio płaciliśmy 50$/noc w pokoju trzyosobowym (część ze śniadaniami)

– Wyżywienie: Obiad/kolacja: na kontynencie średnio: 12$/os., na Galapagos średnio 20$/os ;

kawa: 2$, wyciskany sok owocowy: 3-4$, woda 1,5l: 1$

– Zwiedzanie: wycieczki na Galapagos: od 10 do 45$/os. ; na kontynencie wejścia do atrakcji turystycznych to koszt 2-4$/os.; kierowca na cały dzień (Chimborazo, Cotopaxi): 100-120$ (szczegóły w poszczególnych wpisach)

– Transport lokalny:

  • Lokalne autobusy dalekobieżne na kontynencie: 13-20$
  • Lokalne autobusy na krótszych dystansach na kontynencie: 1-4$
  • Taxi w mieście: 1-2$ (taksometr)
  • Taxi poza miastem: 10-20$/kurs
  • Galapagos prom na Isla Isabela: 30$/os. w jedną stronę
  • Galapagos water taxi: 1$/os. za kurs
  • Galapagos autobus lotniskowy: 5$/os.
  • Galapagos autobus do Puerto Ayora: 5$/os. ; taxi: 30$

(szczegóły w poszczególnych wpisach)

– Galapagos koszty wjazdowe:

  • Wejście do parku narodowego: 200$/os.
  • Karta turystyczna: 20$/os.
  • Opłata za wjazd na wyspę Isabela: 10$/os.

Doliczywszy do tego dodatki, jakieś soki, owoce, pamiątki oraz koszt 1 noclegu i dnia w Miami w USA budżet naszej wyprawy wyniósł 36.000 zł (3 osoby, 16 dni na miejscu, 18 z przelotami)


Wszystkie wpisy o Ekwadorze znajdziecie tutaj: EKWADOR

Podobał Ci się wpis? Będzie mi bardzo miło, o ile podzielisz się nim ze znajomymi i zostaniesz moim stałym czytelnikiem na blogu, Facebooku i

Idź do oryginalnego materiału