Można narzekać na kuchnię angielską, na niewielki jej wpływ na kuchnię europejską, na pospolitość potraw wywodzących się z tej tradycji, ale kuchnia Londynu jest inna. Każda osiadła tutaj nacja ma swoją kuchnię. Tu właśnie ten galimatias ras, języków i religii jest największy, rozkwita różnorodnością i bogactwem propozycji.
Ograniczę się do typowych londyńskich pubów. Inaczej niż u nas, do pubu idzie się nie tylko na piwo, można tu też coś zjeść. Fisch and chips (ryba z frytkami) to flagowe danie, ale są też inne, często bardzo smaczne i podane z dobrymi dodatkami. Generalnie kuchnia w Londynie – w tym ta tradycyjna angielska – jest na wysokim poziomie, dania są z dobrych, świeżych składników a obsługa z reguły uprzejma.
Kiedy Anglicy idą do pubu na drinka, to mają też w zanadrzu coś do przegryzienia. Tradycją jest tutejszy sunday rost, czyli niedzielna pieczeń. To obiad serwowany od wczesnych godzin popołudniowych z tego, co akurat w pubie upieką, przeważnie jest to jakaś pieczeń z baraniny, wieprzowiny czy wołowiny, serwowana z wieloma dodatkami, tylko klusek brak. Wszędzie są też obecne wersje wegetariańskie.
Na South Kensigton przechodziłem obok obu polskich kulinarnych miejsc: Ogniska i Dalquizi. To drugie ma być ponoć niedługo zamknięte, bo budynek będzie wyburzony i właściciel, czyli Brytyjskie Koleje, wypowiedział umowy najmu. Młoda migracja przyciągnęła polskie sklepiki, kawiarnie i restauracje, czy powstanie coś na miarę Dalquizi?
Nie byłem w Londynie już rok. Ostatnio zdziwiłem się wszechobecnością pieczywa na zakwasie, które choćby w tutejszych barach oferują jako zamiennik zwykłego, białego pieczywa tostowego. Ten proces postępuje. Wszędzie, gdzie się stołowałem, było pieczywo na zakwasie, smaczne i dobrze podane, często jako grzanka. Na śniadanie taka grzanka z sadzonym jajem i płynnym żółtku smakuje wybornie. Całe to typowe angielskie śniadanie wyglądałoby dobrze – szczególnie iż kiełbaski też są coraz lepsze – gdyby nie fasolka podawana z bardzo słodkim sosem pomidorowym. Czy to nie wpływy zza oceanu?
Lot powrotny do Krakowa był prawie pusty. Dominowała grupa rozgadanych chasydów. Gadali między sobą nieustannie, jak rozświergotane nastolatki; zagadywali stewardesy, zmieniali miejsca. Zastanawiałem się, jaka jest różnica między nimi, a ich arabskimi sąsiadami. Ta sama umiejętność dyskutowania i negocjowania, a w końcu niezamawiania niczego, ta sama rozlewność, emocjonalność i histeryczność. Jak bracia. No, ale nie bracia, tylko zapiekli wrogowie.
W połowie lotu jeden z nich podszedł do przednich drzwi, założył czarny pas na głowę i zaczął kręcić tułowiem w jakimś modlitewnym tańcu, kłaniał się od czasu do czasu swojemu Bogu. Mojemu też. Na wysokości 10 kilometrów wszyscy: muzułmanie, buddyści, ateiści, żydzi i katolicy mają już tylko jednego Boga. Boga wspólnego losu i bezpiecznego lądowania.
Alamira, bloger Salonu 24













