Podczas gdy prosi o jedzenie na wystawnym weselu, dziewczynka zastyga w bezruchu.
Jej imię brzmiało Jagoda. Miała dziesięć lat.
Jagoda nie miała rodziców.
Pamiętała tylko, iż gdy była jeszcze bardzo mała może miała dwa lata pan Franciszek, bezdomny staruszek z ul. Tamka w Warszawie, znalazł ją w plastikowej wanience, unoszącą się w kałuży po ulewie, tuż przy moście Świętokrzyskim.
Jeszcze nie potrafiła mówić. Chodziła chwiejnym krokiem. Płakała, aż straciła głos.
Jedyną rzeczą na jej drobnej ręce była:
czerwona, wyszywana bransoletka, stara i postrzępiona;
oraz wilgotny skrawek papieru, na którym można było z trudem odczytać:
Proszę, niech ktoś dobrego serca zaopiekuje się tym dzieckiem. Nazywa się Jagoda.
Pan Franciszek nie miał nic: ani domu, ani złotówki, ani rodziny.
Tylko zmęczone nogi i serce, które wciąż umiało kochać.
Mimo wszystko wziął dziewczynkę pod opiekę i wychowywał tak, jak potrafił: suchym chlebem, zupą z Caritasu, oddanymi butelkami po mleku.
Często powtarzał Jagodzie:
jeżeli kiedyś odnajdziesz swoją mamę, wybacz jej. Nikt nie porzuca dziecka bez bólu w duszy.
Jagoda dorastała pomiędzy straganami bazarowymi, wejściami do metra i mroźnymi nocami pod mostem. Nie pamiętała twarzy matki.
Pan Franciszek powiedział jej tylko, iż gdy ją znalazł, na kartce była czerwona plama po szmince, a w bransoletce uwikłany czarny, długi włos.
Myślał, iż jej mama była bardzo młoda może za młoda, by wychować dziecko.
Pewnego dnia pan Franciszek zachorował poważnie na płuca i trafił do szpitala na Czerniakowskiej. Bez pieniędzy, Jagoda musiała żebrać bardziej niż zwykle.
Tego popołudnia usłyszała przechodniów mówiących o wielkim weselu w pałacyku pod Warszawą, najbardziej wystawnym w tym roku.
Z pustym brzuchem i zaschniętym gardłem postanowiła spróbować szczęścia.
Stała nieśmiało przy wejściu.
Stoły uginały się od jedzenia: pierogi, pieczenie, wykwintne ciasta, zimne kompoty.
Kucharka ją zauważyła, zrobiło jej się żal, podała jej gorący talerz.
Usiądź tu i zjedz szybko, dziecko. Lepiej, żeby nikt cię nie zauważył.
Jagoda podziękowała jej i jadła cicho, obserwując salę.
Muzyka Chopina. Fraki, smokingi, połyskujące suknie.
Pomyślała:
Moja mama mieszka w takim miejscu czy też jest biedna jak ja?
Nagle odezwał się głos wodzireja:
Szanowni państwo oto panna młoda!
Melodia się zmieniła. Wszystkie spojrzenia skierowały się na schody udekorowane białymi kwiatami.
I ona weszła.
Śnieżnobiała suknia. Spokojny uśmiech. Czarny, falisty włos.
Cudowna. Promienna.
Ale Jagoda zamarła.
Nie jej piękno ją zatrzymało, ale czerwona bransoletka na jej ręce.
Ta sama. Ta sama nitka. Ten sam sprany węzeł.
Jagoda przetarła oczy, wstała gwałtownie i podeszła drżąc.
Proszę pani powiedziała łamiącym się głosem ta bransoletka czy pani jest moją mamą?
Zapanowała cisza.
Muzyka leciała dalej, ale nikt nie śmiał oddychać.
Panna młoda zatrzymała się, spojrzała na nadgarstek, potem wzniosła wzrok na dziewczynkę.
I rozpoznała jej spojrzenie.
To samo.
Zgięły się jej kolana. Uklękła przed Jagodą.
Jak masz na imię? zapytała, głosem drżącym.
Jagoda mam na imię Jagoda odpowiedziała, łkając.
Mikrofon wypadł z ręki wodzireja i upadł na parkiet.
Przebiegły szepty:
Czy to jej córka?
Czy to możliwe?
Jezu
Pan młody, wysoki, spokojny mężczyzna, podszedł bliżej.
Co się dzieje? zapytał cicho.
Panna młoda wybuchła płaczem.
Miałam osiemnaście lat Byłam w ciąży sama bez wsparcia. Nie umiałam jej zatrzymać. Zostawiłam ją ale nigdy nie zapomniałam. Przez cały ten czas trzymałam tę bransoletkę, modląc się, iż jeszcze ją znajdę
Objęła mocno Jagodę.
Wybacz mi, córeczko wybacz mi
Jagoda przytuliła ją.
Pan Franciszek mówił, żebym cię nie nienawidziła. Nie mam żalu, mamo Chciałam tylko cię odnaleźć.
Biała suknia zbrudziła się łzami i kurzem. Nikt nie zwrócił uwagi.
Pan młody milczał.
Nikt nie wiedział, co teraz zrobić.
Odwołać ślub? Przyjąć dziecko? Udawać, iż nic się nie stało?
Wtedy podszedł
I nie podał ręki pannie młodej, by ją podnieść.
Przykucnął przy Jagodzie, na jej poziomie.
Chciałabyś zostać z nami na kolacji? zapytał łagodnie.
Jagoda pokręciła głową.
Chcę tylko mamę.
Uśmiechnął się.
I objął obie ramionami.
jeżeli chcesz od dziś masz mamę i tatę.
Panna młoda spojrzała na niego w rozpaczy.
Nie gniewasz się? Ukrywałam to przed tobą
Nie poślubiłem twojej przeszłości wyszeptał. Poślubiłem kobietę, którą kocham. Im więcej wiem o tym, co przeszłaś, tym mocniej cię kocham.
To wesele przestało być wystawne.
Przestało być światowe.
Stało się święte.
Goście bili brawo, ze łzami w oczach.
Już nie świętowali tylko ślubu, ale spotkanie.
Jagoda złapała rękę mamy, potem dłoń człowieka, który właśnie nazwał ją córką.
Nie było już bogatych i biednych, żadnych barier ani różnic.
Tylko szept w sercu dziecka:
Panie Franciszku widzi pan? Odnalazłam mamęUdało sięznalazłam dom.
Wśród światła lampionów, srebrzystej muzyki i zapachu świeżych kwiatów, Jagoda stała pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy właśnie na jej oczach stali się rodziną. Głód i chłód minionych lat rozpływały się z każdym dotykiem ich dłoni.
Kucharka przyniosła jej nowy talerz, już nie z litości, ale z zaproszeniem do wspólnego stołu.
Ktoś odwrócił się do Jagody z uśmiechem, ktoś wręczył jej kawałek ciasta, ktoś jeszcze pogłaskał po głowie.
A potem rozległy się dźwięki walca i panna młoda, jej mama, wyciągnęła rękę:
Chciałabyś zatańczyć?
Dziewczynka nie umiała. Ale zatańczyła. Potrącała innych, śmiała się przez łzy, obracała się w ramionach, które już nigdy nie zamiały jej puścić.
Było późno, gdy usnęła w objęciach matki, pierwszy raz od dawna spokojna.
A gdzieś daleko, pod mostem Świętokrzyskim, wiatr szarpał stary papier i czerwoną nitkę bransoletki.
Bo dobro czasem przychodzi niespodziewanie. I zostaje, jeżeli tylko ktoś ma odwagę je przyjąć.
I tak Jagoda odnalazła swój początek i rozkwitła, jak jej imię.
