Wojciech wszedł do pokoju, gdzie żona oglądała serial.
— Dzwonił Brat — powiedział spokojnie. — W sobotę przyjedzie z Kasią.
— Świetnie, lubię gości — uśmiechnęła się Weronika.
— Mówił, iż sprawa jest poważna. Bez małżonków, tylko we dwóch.
— Nie domyślasz się, o co chodzi? — zesztywniała.
Wojciech spuścił wzrok. Zrozumiał od razu: chodzi o spadek.
Dwa miesiące wcześniej zostali spadkobiercami.
Ciotka Ludmiła, siostra ich matki, nie miała dzieci.
Była samodzielna i twarda całe życie.
Gdy zdrowie jej szwankowało, poprosiła o pomoc siostrzeńców.
Tylko Wojciech i Weronika się nią zajmowali.
Wołali lekarzy, kupowali leki, płacili opiekunkę.
Reszta rodziny wysyłała kartkę na święta.
Ciotka zostawiła im mieszkanie w Krakowie i domek za miastem.
Nic w tym dziwnego, mówiła Weronika.
Nadeszła sobota. Kasia i Marek przyjechali punktualnie.
Bez uśmiechów, bez zbędnych słów usiedli w salonie.
— Mieszkanie wam zostawiła, dobra — zaczął Marek. — Ale domek to przesada.
— Myśmy się nim zajmowali! — dodała Kasia. — Kosiliśmy trawę, podlewaliśmy kwiaty.
— A ciotkę choć raz tam zabraliście? — zapytała spokojnie Weronika.
— Prosiła was, żebyście ją wywieźli na wieś. Odetchnąć świeżym powietrzem.
— Mieliśmy swoje sprawy. Dzieci, praca — burknęła Kasia.
— Właśnie. Dlatego ciotka zdecydowała sama — powiedział tylko Wojciech.
— Omotaliście ją! — wybuchnął Marek. — Co z ciebie za facet, iż z rodziną się nie dzielisz?!
— A ty jesteś facetem, jeżeli walczysz o ruinę? — odparł spokojnie brat.
Goście odeszli wściekli.
Następnego ranka zadzwonił telefon.
— Zmieniłeś zamki? — wrzeszczał Marek. — Przyjechaliśmy po rzeczy, nie możemy wejść!
— Zmieniłem. Nie uprzedziliście. Przyjeżdżajcie w sobotę, będziemy sprzątać — odpowiedział Wojciech i odłożył słuchawkę.
— Jak to przewidziałaś? — zdziwił się, patrząc na żonę.
— Nie znasz swojej rodziny? Zabraliby choćby meble, bez wątpienia.
Po miesiącu sprzedali domek i mieszkanie.
Kupili przestronne mieszkanie nad morzem, w Sopocie.
Cichy podwórzec, szkoła pod nosem.
Wojciech zatrudnił się w porcie, Weronika w podstawówce.
Córka Kinga została w mieszkaniu ciotki, studiowała w Krakowie.
Wydawało się, iż życie się ułożyło.
Od marca zaczęły się jednak telefony.
— Domku już nie mamy — mówiła Kasia. — Więc przyjedziemy do was. Na początku lipca.
— I weźmiemy Małgosię! — dodała.
— Rezerwujcie hotel — odparł spokojnie Wojciech. — My tu mieszkamy, nie odpoczywamy.
— Gości nie przyjmujemy — dodał.
— A twoi teściowie byli u was we wrześniu! — oburzyła się Kasia.
— Bo to rodzice mojej żony — odpowiedział krótko.
Kasia zamilkła na chwilę.
— Więc rodzina rodziną, a nas nie chcecie? — zapytała cicho.
— Chcemy. Ale na własnych warunkach — powiedział Wojciech.
Odłożył telefon i spojrzał na Weronikę.
— Myślisz, iż to już koniec? — zapytała.
— Nie sądzę — odpowiedział. — Ale tym razem jesteśmy gotowi.
Rodzina wciąż puka do drzwi. Nie zawsze trzeba otwierać.











