Gdy Teściowa Przesadza: Trzy Lata Krytyki, Porównań z Idealną Marią i Walka o Własny Dom – Historia Natalii, Która Wreszcie Powiedziała „Dość!”

newskey24.com 1 dzień temu

Rozpuścili się całkiem

Zosieńko, czy ty już w ogóle przestałaś odkurzać? Od tego kurzu oczy mi łzawią. Spójrz, tu już dywan pod nim leży…

Zofia zacisnęła pięści pod stołem, obserwując, jak pani Eugenia po raz kolejny krąży po mieszkaniu z wyrazem inspektora sanepidu. Teściowa zatrzymywała się w każdym kącie, krytycznie oglądała półki, marszczyła nos z powodu wyimaginowanego kurzu na parapecie i z dezaprobatą kiwała głową na widok porozrzucanych zabawek dzieci. Trzy lata takich wizyt zamieniły każdą obecność pani Eugenii w domu Zofii w prawdziwą udrękę.

Przecież wczoraj sprzątałam, odkurzałam i ścierałam kurz próbowała mówić spokojnie Zofia. Dzieci rano się bawiły.
Sprzątać trzeba wtedy, gdy trzeba, a nie kiedy pasuje. Za moich czasów…

Pani Eugenia opadła na fotel z miną królowej zniżającej się do rozmowy z poddanym. Jej palce mechanicznie przesunęły się po poręczy, sprawdzając czystość.

W moich czasach podłogi aż błyszczały, można było się w nich przeglądać jak w lustrze. Dzieci zawsze jak spod igły, ani fałdki na sukienkach. A porządek był taki, iż teść, niech mu ziemia lekką będzie, mógł w każdej chwili zrobić inspekcję i nigdy nie znalazłby choćby pyłku. O tak!

Zofia słuchała w milczeniu, z zaciśniętymi zębami. Historię o błyszczących podłogach słyszała już chyba z pięćdziesiąt razy, a może i sześćdziesiąt? Pogubiła się już w liczeniu.

A co dzisiaj dzieciom na obiad gotowałaś?
Zupę jarzynową.
W lodówce stoi? Pani Eugenia już podnosiła się z fotela, zmierzając do kuchni. Chodź, obejrzę.

Teściowa wyciągnęła garnek, powąchała, nabrała łyżką i spróbowała z wyrazem twarzy, jakby kosztowała trucizny.

Przesoliłaś. I tej marchewki za dużo skwitowała. Dzieci to nie króliki, po co im tyle marchewki? Zbyszkowi gotowałam zupełnie inaczej. Wszystko wyjadał do ostatniej łyżki, jeszcze dokładkę prosił.

Zofia nic nie odparła. Przekonywanie nie miało sensu.

A kaszę na śniadanie jaką dajesz? Te sklepowe płatki znowu? Ile razy mówiłam tylko zwykła kasza! Ewa, żona Tomka, zawsze kaszę na noc zalewa, rano świeżą gotuje. U niej dzieci nigdy nie chorują.

Znowu ta Ewa. Idealna Ewa z idealnymi dziećmi i idealnie namoczoną kaszą.

Pani Eugenio, płatki owsiane to też naturalny produkt.
Oj, nie rozśmieszaj mnie! Cały ten wasz fast food Za moich czasów choćby takich słów nie znali fast food! Wszystko samemu się robiło, z miłością, pół dnia przy garach.

Teściowa zaczęła uważnie oglądać pokój dziecięcy.

A spać o której kładziecie? Wczoraj dzwoniłam o dziewiątej, Marysia jeszcze nie spała.
zwykle o dziewiątej trzydzieści.
Za późno! Dla dzieci to świętość rytm dnia! Zbyszek o ósmej już leżał w łóżku i ani pisnął. Bo była dyscyplina. A tu tylko rozpieszczanie, pobłażanie

Zofia przygryzła wargę. Miała ochotę powiedzieć, iż czasy się zmieniły, iż psycholodzy radzą inaczej, iż jej dzieci to nie Zbyszek sprzed trzydziestu lat. Ale po co? Pani Eugenia słyszała tylko siebie.

I te wasze kółka i warsztaty ciągnęła teściowa, przeglądając rysunki dzieci. Lepienie, rysowanie zabawa dla zabawy! Zbyszka na basen, na szachy woziłam. To jest rozwój! A rysować można w domu, po co pieniądze wydawać.
Marysia lubi rysować. Ma talent.
Talent?! parsknęła Eugenia. W studio tak mówią, żeby więcej kasować. Jaki tam talent w wieku czterech lat?

Znów usiadła na fotelu, złożyła dłonie na kolanach.

Powiem ci, Zosiu. Rozpuściły się te nowoczesne matki. Tylko w tych telefonach i internecie siedzą. Dom zaniedbany, dzieci niewychowane, mężowie głodni chodzą. A Ewa, żona Tomka, i pracuje, i dom w idealnym porządku, i trójka dzieci zadbana. U ciebie dwoje, a nie możesz ogarnąć.

Znowu Ewa. Święta Ewa z aureolą wykrochmalonych prześcieradeł.

Ja też pracuję, pani Eugenio.
Wiem, wiem. Siedzisz przy komputerze cały dzień, papiery przewracasz. To praca? Ja w twoim wieku westchnęła teściowa z rozmarzeniem, troje dzieci, działka, gospodarstwo, a wszystko na czas. Do tego teściową szanowałam i ani razu nie powiedziałam złego słowa.

Zofia próbowała tłumaczyć, iż jej praca wymaga skupienia, iż prowadzi poważne projekty, iż Ale jej słowa rozbijały się o pobłażliwy uśmiech pani Eugenii. Teściowa kiwała głową z miną wyrozumiałej mentorki tolerującej naiwność niezaradnej uczennicy.

Każda wizyta zamieniała się w egzamin, którego Zofia była z góry skazana nie zdać. Teściowa znajdowała wady wszędzie: źle złożone ręczniki, za gorąca herbata, zwiędłe kwiaty na parapecie, firanki do prania. Trzy lata takiego nacisku doprowadziły Zofię na skraj wytrzymałości, ale milczała. Dla Zbyszka. Dla spokoju w domu.

Tego dnia pani Eugenia była wyjątkowo nie w humorze. Od razu poszła do kuchni, cmoknęła widząc nieumywaną patelnię w zlewie.

Piotruś, czteroletni synek Zofii, marudził przy stole, dłubiąc łyżką w zupie.

Nie chcę! Niedobre!
No widzisz?! triumfalnie wykrzyknęła Eugenia. Mówiłam! Dziecko nie je zupy, bo ty gotować nie umiesz. Pokażę ci zaraz jak powinno się dzieciom gotować. Bierzesz kurę, tylko wiejską nie tę sklepową gumę

Coś w Zofii pękło. Cicho, bezgłośnie, ale mocno jakby wewnątrz przerwała się napięta struna.

Lata przykrości, upokorzeń, ciągłych porównań do idealnej Ewy, aluzji do własnej bezwartościowości, uwag, westchnięć i kręcenia głową wszystko naraz wrzało, już bez możliwości powrotu.

Zofia powoli wstała od stołu. Spojrzała na teściową zupełnie nowym wzrokiem chłodnym, zdecydowanym.

Pani Eugenio. Pani trafiła do domu synowej czy przyjęła u siebie syna?

Eugenia zamarła z łyżką w powietrzu. Na sekundę wyglądała, jakby zapomniała, jak się oddycha.

Co?
Pytam: gdy pani wychodziła za mąż, to mąż do pani przyszedł czy pani do niego poszła?
Do męża, oczywiście wydukała zaskoczona Eugenia. Ale co to ma
A ja Zbyszka tutaj przyprowadziłam. Do tego trzypokojowego mieszkania. Które kupiłam za swoje pieniądze. Zarobione właśnie tym przekładaniem papierów przy komputerze.

Twarz teściowej zaczęła blednąć.

Więc to ja decyduję, jaką zupę gotować, o której kłaść dzieci i na jakie zajęcia je zapisywać mówiła spokojnym, równym głosem Zofia. I jeszcze ciekawostka. Ile pani kiedyś zarabiała? Czy całe życie na utrzymaniu męża i w gospodarstwie?

Eugenia poczerwieniała.

Ty Jak ty możesz mnie tak obrażać?!
Nie obrażam, po prostu pytam. Dla informacji: moja pensja to osiem tysięcy złotych. Dwa razy więcej niż Zbyszek. I jak następnym razem będzie pani chciała mnie pouczać, niech pani to sobie przypomni.

W kuchni zapanowała cisza gęsta jak mleko. choćby Piotruś przestał grzebać w zupie, z szeroko otwartymi oczami patrząc to na mamę, to na babcię.

Nagle zatrzasnęły się drzwi. Zbyszek wrócił z pracy i od razu zatrzymał się w przedpokoju, wyczuwając dziwną atmosferę.

Zbysiu! Eugenia rzuciła się do syna. Zbyszku, wiesz co twoja żona mi powiedziała? Upiokorzyła mnie, obraziła!
Stop Zbyszek podniósł rękę. Zaczekaj. Zosiu, co się stało?

Zofia zaczęła mówić cicho, zmęczonym głosem. O trzech latach. O ciągłych porównaniach. O krytyce każdego kroku. O wiecznych aluzjach do swego braku wartości jako matki i gospodyni. O niekończącym się wtrącaniu w wychowanie dzieci.

Zbyszek słuchał w milczeniu. Zofia widziała, jak zmienia mu się wyraz twarzy od zdziwienia, przez zrozumienie, aż po coś jakby zażenowanie. Zacisnął szczękę, przetarł ręką czoło, jak ktoś, kto właśnie uświadomił sobie coś smutnego o sobie samym.

Zbysiu, chyba nie wierzysz tej tej Eugenia zaplątała się w słowach. Jestem twoją matką! Wychowałam cię, żywcem siebie oddałam!
Mamo Zbyszek spojrzał na nią, a Zofia ze zdziwieniem zauważyła, iż nie było w jego oczach dawniej łagodności. A naprawdę przez trzy lata Zosię denerwowałaś?
Ja?! Denerwowałam?! To tylko rady A ona
Rady Zbyszek powoli pokiwał głową. O zupie. O zajęciach. O tym, kiedy dzieci spać kłaść. O kurzu. Za każdym razem, tak?

Eugenia otworzyła usta, ale syn nie pozwolił jej przerwać.

Zauważałem. Po twoich wizytach Zosia chodziła jak nieprzytomna. Myślałem, iż jest tylko zmęczona. A ona znosiła to wszystko, żebyśmy się nie kłócili.
Zbyszek!
Mamo westchnął ciężko. jeżeli jeszcze raz zaczniesz dogadywać mojej żonie drzwi tego domu są dla ciebie zamknięte.

Eugenia zesztywniała. Jej palce ścisnęły brzeg stołu, aż pobielały.

Naprawdę? Przez nią? Przez tę
Przez moją żonę poprawił Zbyszek. Matkę moich dzieci. Kobietę, która tak przy okazji TU kupiła mieszkanie. I trzy lata znosiła cicho twoje docinki. Tylko dlatego, iż nie chciała mnie martwić. Tak, mamo. Jestem poważny.

Przez chwilę Eugenia patrzyła na syna jak ktoś, kto widzi obcą osobę. Chwilę później chwyciła torebkę z wieszaka i ruszyła do wyjścia. Na progu odwróciła się, jej usta drżały od gniewu i żalu, ale coś w twarzy Zbyszka sprawiło, iż nie odezwała się ani słowem. Tylko machnęła ręką czy na pożegnanie, czy na znak rezygnacji i wyszła.

W zapadłej ciszy słychać było tylko tykanie zegara w kuchni i Piotrusia, który zapomniał już o swojej zupie.

Zbyszek objął żonę, przyciągnął do siebie. Zofia wtuliła się w jego pierś i dopiero teraz poczuła, jak bardzo zesztywniały jej ramiona jakby przez te trzy lata niosła na nich jakiś nienaturalny ciężar.

Czemu tak długo milczałaś? Zbyszek mówił do jej włosów, gładząc ją po plecach. Trzy lata, Zosiu. Trzymałaś to w sobie
Nie chciałam was kłócić. To przecież twoja mama.
Ty moja nieśmiała przytulił ją mocniej, a Zofia poczuła jego ciepły oddech przy skroni. Ty i dzieci to moja rodzina. Mama będzie musiała to zaakceptować. Albo nie widzieć wnuków.

Zofia spojrzała na Zbyszka. Chciało jej się śmiać. Po raz pierwszy od trzech lat nie czuła ucisku w piersi, po raz pierwszy mogła wziąć głęboki oddech.

Mamo, mamo! zagadał Piotruś. Babcia poszła? A zupy już nie trzeba jeść?

Zbyszek i Zofia spojrzeli na siebie i wybuchli śmiechem. Dawno już nie śmiali się razem tak szczerze.

Zupę powiedziała Zofia dziś jeszcze zjemy. Ale jutro ugotuję taką, jaką lubisz.

Bo szczęście i spokój w domu zaczynają się wtedy, kiedy mamy odwagę zadbać o siebie i swoje granice. Szacunek do innych zaczyna się od szacunku do siebie samego.

Idź do oryginalnego materiału