Goście Radziwiłłów: Wioletta Arleta Jaworska

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. J. Jurek


Program „Goście Radziwiłłów” został zainicjowany przez Samorząd Województwa Wielkopolskiego w roku 2020.

Rezydentów zaprosił Pałac Myśliwski Książąt Radziwiłłów w Antoninie – Dom Pracy Twórczej.

Jedną z uczestniczek Programu „Goście Radziwiłłów” była Wioletta Arleta Jaworska, która w czasie pobytu w Antoninie pracowała nad nową książką poetycką. Jej fragmenty prezentujemy poniżej:

jeśli czas jest Bogiem

zmięte powłoki szyi narzucone na kark jak pościel
po nieudanym śnie albo pomarszczony aerostat Hynka
rozwleczony nie tam gdzie powinien puzzle
starczych plam na dłoni rozbiegane z niepokojem
odkrywam różnicę wieku między mną a światem
bezwzględność wszystkich teorii czasu pokazuje
lustro brutalny przyjaciel gdzie upodabniam się
do swoich przodków za wszelką cenę
próbuję przebić pokoleniową ścianę
by nie przeżyć życia w jednej wsi jednym domu
osiadłej babki która nigdy nie pojęła mechanizmu roweru
matki która nie zrobiła prawa jazdy kategorii A ani B
ojca uczepionego krwawicy niczym koła ratunkowego
łamię stereotypy zaprzeczam teorii powtarzalności
wytyczam nowe szlaki by zdobyć szczyty
jeśli czas jest iluzją naszych umysłów stoi
a my podróżujemy w czasie
który nie rodzi się nie umiera
bez krwi i kości starczej skóry
jakby mówił: jestem który jestem
teraz

Gusła

fot. J. Jurek

Babka i ciotka powtarzały historię
o zadanych kołtunach. Że jak komuś źle
z oczu patrzy, to oprzyroczy. Że jak złorzeczy,
coś przylgnie do skóry. Odtąd
wszystko, co boli, będzie węzłem gordyjskim.
Konkretnie skupiały się na mojej matce.
Nadwaga, kłótnie z mężem, choroby —
nie brały się z zaniedbania, ale na pewno
ze złego wejrzenia. A urok trzeba odczynić.
Chowały przed obcym kurczęta, prosiaki,
a choćby krowy, żeby mleko się nie psuło.
Wiązały czerwone kokardy niemowlętom nad wózkiem,
a mnie — we włosy.

Źródła

Od tygodnia ojciec nie odzywa się do matki
jakby połknął stado owiec. Jakby ktoś wyciął mu język,
zasznurował usta, zmumifikował go przed telewizorem.
Od czasu do czasu łypie okiem. A cisza
wyrasta jak monstrualne ciasto drożdżowe. Ale tu nie ma
łamania chleba, tu łamie się niewidzialne kości, zaciska
imadło na gardle. By nie doszła krew i życiodajny tlen.
Bo rozmowa jest krwią, słowa biegną krwioobiegiem
wnikając w każdą szczelinę ciała. Grzeją. Karmią.
Bez dialogu nie ma pojednania.

Zaś

I
Na prośbę, pod koniec życia, a podczas choroby
wynosiliśmy z bratem stare weka, kompoty. Umywaliśmy
słoiki, ręce. Układaliśmy. Się dla dobra (którego nie było
widać) matki nawykłej do chomikowania, zbierania na „zaś”. Siedziała
przy stole i żarliwie płakała. Za każdym przetworem
nad którym kiedyś niecierpliwie stała. A mnie tak samo uporczywie
pulsowało tętno w płacie skroniowym, gdzie migdali się ciało
migdałowate. Ściągaliśmy z szaf mąkę z larwami, ziarna ryżu i skostniały cukier.
Wystany, wydreptany w czasach PRL-u. (Wtedy sąsiadka kupiła ciążową sukienkę
córce w liceum, która do dziś nie urodziła. Nie wyszła za mąż.
Los sukienki nieznany).
A kiedy już wszystko uprzątnęliśmy, był lipiec. Pora kładzenia
ogórków. I właśnie wtedy udar matki przerwał proceder. Zostały.

II
Przyglądam się szybom meblościanki zza których wyzierają przykurzone
bibeloty. Zegar – jubileuszowa pamiątka. Mnóstwo talerzy, filiżanek
dla gości, którzy już nie przyjdą. Bieliźniane szuflady, regały
z ubraniami. Czy ktoś je kiedyś założy, jeżeli oddamy do pojemników
PCK-a? Wypierze z ostatniej kropli
z zapachu perfum. Z oddechu.

Dziecko

Z pogrzebu pamiętam upał,
słońce i czarne lakierki
rozgrzane do granic wytrzymałości.
A stopy w nich rosły, rosły
jak pokiereszowane ciało w trumnie.
Choć matka gładząc twoją twarz,
powtarzała mantrę, iż ładnie wyglądasz.
U matki czas nie dotyczy dziecka.

Idź do oryginalnego materiału