Dziś był dzień. Dzień, w którym postanowiłem wywrócić swoje życie do góry nogami i poczuć się młodo. A może po prostu głupio? Zresztą co za różnica? Piszę ten dziennik, bo czasem trzeba się wygadać, gdy serce niespokojne, a rozum pyta: gdzie się podziało to twoje rozsądne Ja, Władysławie?
Odchodzę do młodej! oznajmiłem głośno, jakbym zapowiadał podróż na koniec świata. Słowa te padły z moich ust w kuchni naszego mieszkania w Warszawie, podczas gdy pakowałem walizkę – a w niej moją ulubioną kratkowaną narzutę, która ewidentnie nie chciała ruszyć się z domu.
Grażyna, moja żona od ponad czterdziestu lat, prasowała właśnie moją białą koszulę na swoje na moje? imieniny. Z łoskotem, ale i równą nonszalancją przesuwała żelazkiem raz za razem, nie podnosząc oczu. Syczenie pary rozpraszało ciszę.
Słyszę, Władku odpowiedziała spokojnie. Ale powiedz, zabrałeś ciepłe kalesony? Listopad, wiesz, a ta twoja młoda nie będzie ci nerek ogrzewała.
Zamarłem, z zaskoczenia ściskając w dłoni wełnianą skarpetę w powietrzu. Stary już jestem, swoje widziałem, ale nie spodziewałem się, iż moje dramatyczne odejście zostanie przyjęte pytaniem o gacie. Oczekiwałem scen może rozbity talerz, może potok łez.
Co mają do tego kalesony, Grażyna?! zawołałem urażonym tonem. O miłości mówię! O nowej przygodzie! O odrodzeniu!
Wcisnąłem ostatecznie tę narzutę, docisnąłem wieko ciałem, zamykając walizkę siłami, które jeszcze pozostały, a ona jęknęła tak żałośnie, jak czasem moje kolana o poranku.
A ty mi o kalesonach Wszystko w tobie takie ziemskie, nudne! Tam z młodą to będzie polot! Tam energia!
Ta twoja energia ma chociaż imię? Grażyna odwiesiła moją koszulę na wieszak i podała mi ją z takim spokojem, jakby nic się w naszym życiu nie działo. Czy występuje w twoim telefonie jako Króliczek?
Ma na imię Dobrosława! ogłosiłem dumnie. I nie jest zwykłą kobietą. To natchnienie!
Grażyna chrząknęła, jakby coś jej zaległo w gardle. Wiem dobrze, iż z moją poezją to tylko toast na imieninach kolegów.
Dobrosława… Ładnie. I ile ma lat to twoje natchnienie?
Dwadzieścia osiem! rzuciłem wyzywająco, patrząc na żonę.
Spojrzała na mnie z tego swojego dystansu, jak na starą szafę trochę krzywą, ale swoją.
Władku, masz sześćdziesiąt pięć lat. Po każdej wizycie w toalecie bolały cię lędźwie przez pół dnia, a wątroba domaga się diety. Co ty zrobisz z dwudziestoośmioletnią Dobrosławą? Będziesz jej czytał wiersze?
Nie twoja sprawa! fuknąłem, podnosząc walizkę. Będziemy podróżować! Chodzić nocą pod księżycem! Jeszcze nie powiedziałem życia ostatniego słowa!
Walizka była ciężka przypomniała mi o starych schorzeniach, ale zmusiłem się, by nie zdradzić bólu.
Nie zapomnij leków na nadciśnienie, Casanova rzuciła jeszcze Grażyna, powracając do prasowania poszewki. Leżą w górnej szufladzie komody. I maść na stawy.
Nie potrzeba mi żadnych leków! skłamałem, choć serce biło jak oszalałe. Przy niej czuję się na trzydzieści! No to idę. Mieszkanie zostawiam ci, jestem dżentelmenem.
Dzięki, żywicielu uśmiechnęła się lekko. Klucze zostaw na stoliku. I weź śmieci z korytarza, skoro wychodzisz.
To mnie dobiło. Żadnej histerii, łez tylko weź śmieci. Chwyciłem worek i wyszedłem, unosząc brodę dumnie. Drzwi cicho się zamknęły.
Stanąłem na klatce. Pachniało tu kocim losem i smażonymi kartoflami, jak zwykle. Walizka ciążyła, a telefon niepokojąco wibrował. Dobrosława pewnie czekała. Wywołałem windę i sięgnąłem po komórkę:
Kochany, jesteś już blisko? Zarezerwowałam stolik. A tak poza tym musisz przeleć mi pilnie dwa tysiące złotych. Mama potrzebuje na leki, ja limit wyczerpałam. Oddam przy spotkaniu, obiecuję!
Zmarszczyłem brwi. Dwa tysiące? Dziwne. Wczoraj prosiła o trzysta na taksówkę, wcześniej pięćset na internet. Tydzień temu przelałem jej pięć tysięcy na jakieś kursy inspiracji. Walizkę wciągnąłem do windy, na pierwsze piętro. Lustro pokazało mi starszego pana z czerwonymi policzkami i mętnym wzrokiem.
Odchodzę do młodej, powtórzyłem w myślach. Ale już brzmiało to niewesoło.
Na zewnątrz listopadowa plucha, wiatr zdzierał resztki liści. Szedłem z walizką na przystanek, bo Dobrosława mieszka na drugim końcu Warszawy, w nowym bloku. Usiadłem na mokrej ławce pod wiatą i wyjąłem telefon, by zrobić przelew. Ręce mi marzły, a na koncie 1900 złotych. Emerytura dopiero za tydzień.
Cholera mruknąłem.
Napisałem: Dobro, kochanie, mam tylko 1900 na karcie. Przywiozę gotówkę, mam odłożone.
Natychmiast przyszła odpowiedź emotikon z przewracającymi oczami, a potem: Władek, serio? Pożycz od kogoś! Mamie źle! jeżeli kochasz znajdziesz sposób!
Władek. Nie Władysław, nie kochanie Władek. Jak kot sąsiadki.
Coś ścisnęło mi serce. Nie miłość, ale lepka niepewność.
Zdałem sobie sprawę, iż nigdy nie rozmawiałem z Dobrosławą przez wideo. Zawsze kamera zepsuta, internet pada. Ale zdjęcia w profilu jak z Vivy! samej. Wybrałem numer długie sygnały, rozłączyła.
Nie mogę rozmawiać. Płaczę!
Siedzę na przystanku, tuląc walizkę. Samochody chlapią brudną wodą. Moknę coraz bardziej, a ból w krzyżu narasta do granic.
Powiedziałem na głos: Dobrosława. Brzmiało plastikowo.
Telefon znowu zabzyczał: Co z przelewem? Nie przyjeżdżaj, jak nie pomożesz. Nie chcę mężczyzny, który nie potrafi ogarnąć zwykłej sprawy.
Patrzę na ekran przez łzy i deszcz. I nagle widzę Grażynę sprzed oczu jak wczoraj, gdy wmasowywała mi maść w plecy. Jak gotowała parowane pulpety, choć wolałbym schabowego, ale zdrowie najważniejsze. Jak znała rozkład moich skarpet lepiej ode mnie.
Nie chcę. Dobrosława tylko żąda, nie daje. I czy, gdyby złapał mnie lumbago w jej mieszkaniu, posmarowałaby mi plecy? Czy fuknęła i wyszła do drugiego pokoju?
Powoli wstałem, kości strzykały jak gałęzie pod butem. Nadjeżdżał autobus do Białołęki. Zamiast wsiąść zostałem na miejscu. Pojechał bez mnie, zostawiając tylko chmurę spalin.
Nawet nie czułem żalu. Odruchowo zawróciłem, zabrałem walizkę i poszedłem do domu.
Droga powrotna ciężka. Winda nie działa rzecz oczywista. Wlokłem walizę na trzecie piętro, przystając, sapiąc i ścierając pot z czoła.
Stanąłem pod drzwiami. Zadzwoniłem. Cisza. Raz, drugi. Nikt nie otwierał. Panika, czy aby nie zamknęła zostawiłem przecież klucze na szafce! Jeszcze raz: Grażyna!
Rozległ się klik zamka pojawiła się w szlafroku, jakby nic się nie stało. Stałem mokry, zziębnięty, z walizką w ręku. Po policzkach spływały mi łzy goryczy i wstydu.
Ja Grażyna autobus deszcz pomyślałem
Nie mogłem wypowiedzieć tej prawdy, przyznać się, iż Dobrosława okazała się tylko wyłudzaczką. Zbyt gorzkie.
Spojrzała na mnie, potem na walizkę i westchnęła.
Wyrzuciłeś chociaż śmieci? zapytała.
Rozejrzałem się pusta ręka, zapomniałem worka na przystanku.
Zapomniałem niemal szeptem.
Pokręciła głową i odsunęła się w bok.
Wchodź, Romeo. Herbata stygnie. I ręce umyj, cały jesteś utytłany.
Wciągnąłem walizę do przedpokoju. Ten znajomy zapach prania i leków był najlepszym zapachem na świecie.
Umyłem twarz lodowatą wodą, zmyłem łzy i upokorzenie. Kiedy wszedłem do kuchni, Grażyna stawiała już przysadzistą szklankę parującej herbaty i talerz pulpetów.
Grażynko Wybacz mi, staremu głupcowi. Widziałem świat przez różowe okulary.
Jedz, bo wystygną powiedziała beznamiętnie.
Naprawdę, cały ten zamęt przez tę Dobrosławę A ona zobacz tylko pali papierosy i przeklina! okłamałem, by zachować odrobinę godności.
Popatrzyła na mnie przez okulary. W jej oczach mignęły iskierki, które starała się ukryć.
Taki już jesteś wrażliwiec, Władku powiedziała całkiem poważnie. Poetycka dusza.
Jasne! Powiedziałem: Droga Pani, twój język nie pasuje do urody. Cóż zrozumiałem swój błąd. Głęboką pustkę ducha.
Dobrze, iż na przystanku ten wniosek cię dopadł, a nie w urzędzie stanu cywilnego.
Wyjęła z szafki maść, położyła na stole.
Plecy pewnie cię bolą po walce z walizką?
Zarumieniłem się.
Troszkę.
Zdejmuj koszulę. Posmaruję.
Kręcąc się i stękając, pozwoliłem jej rozsmarować leczniczą maść po krzyżu. Bolało, ale jakby lżej na duszy.
Grażyna
Tak?
Ty wiedziałaś, iż wrócę?
Bez wątpienia.
Dlaczego?
Klepnęła mnie lekko z boku, kończąc masaż.
Bo nie zabrałeś ani kalesonów, ani skarpet, ani leków. Do walizki włożyłeś narzutę i moją starą futrzaną kurtkę, której już pół roku proszę, byś oddał do pralni.
Zamarłem.
Kurtkę?…
Kurtkę. Rano widziałam, jak ją upychałeś. Myślałeś, iż nie zauważę? Bez okularów ślepy jesteś jak kret.
Zawisła cisza, przetrawiałem tę informację. Wychodziłem w nowe życie z narzutą i futrem żony.
I wtedy coś we mnie pękło zacząłem się śmiać. Najpierw cicho, potem głośniej i głośniej. Śmiech przerodził się w kaszel, potem znów w śmiech.
Grażyna spojrzała na mnie z rozbawieniem.
No, stary dziad jesteś, Władek. Dobrze. Jedz kotleta, bo jutro działka trzeba słoiki przenieść do piwnicy. Będzie i ruch, i świeże powietrze.
Pojedziemy, Grażynko. Pojedziemy otarłem łzy.
Telefon zawibrował raz jeszcze. Dobrosława: Ty gdzie? Mama kona! Prześlij choć 500 zł!.
Bez wahania Zablokuj. Potem Usuń czat. Odłożyłem telefon ekranem do dołu.
Grażyna, może odpuśćmy z tymi słoikami? Może po prostu zrobimy grilla na działce? Zamarynuję mięso sam. Tak jak lubisz, z cebulką.
Uniósła brwi nowość, bo od lat nie podchodziłem do grilla.
Grill? A twoja wątroba?
A niech ją diabli. Raz się żyje.
Wziąłem jej spracowaną dłoń i nieporadnie ucałowałem.
Dzięki, iż mnie wpuściłaś.
Wyzwoliła się z uścisku powoli, bez złości.
Jedz, Don Juanie, bo wystygnie.
Za oknem szarpał deszcz, a w kuchni było ciepło, pachniało herbatą i maścią na stawy. Na krześle wisiała wyprasowana koszula.
I ten zapach był dla mnie piękniejszy niż najdroższe perfumy.
Patrzyłem na Grażynę i myślałem, iż dwadzieścia osiem lat to piękny wiek. Ale tylko ktoś, kto zna twoje skarpetki lepiej niż ty sam, przyjmie znów do domu, choćby gdy wracasz z futrem i narzutą w walizce.
Grażyna
No?
Futro do pralni jednak oddam. Jutro zaniosę.
Zaniosłeś zgodziła się. Tylko rozpakuj walizkę i wyjmij narzutę. Bo mi w nogi zimno.
Skinąłem głową i z apetytem zabrałem się za pulpet. Życie trwało dalej i, cholera, wcale nie było takie złe.





