Idę do młodej! oznajmił dziadek, 65 lat, pakując walizkę. Godzinę później wrócił roztrzęsiony, ze łzami w oczach.
Idę do młodej! powtórzył, próbując wepchnąć do walizki swoją ukochaną, kraciastą narzutę, która najwyraźniej nie chciała się przeprowadzać.
Wacław Stanisławowicz powiedział to tak, jakby ogłaszał wielką wyprawę do Ameryki albo na Księżyc. Głośno, dramatycznie, licząc na efekt bomby rzuconej w sam środek kuchni.
Ale bomba nie wybuchła. Powietrze choćby nie zadrżało.
Jego żona, Eugenia, stała przy desce do prasowania i spokojnie przesuwała żelazko po jego odświętnej koszuli. Sycząca para przerywała błogi spokój mieszkania.
Słyszę cię, Wacławie odpowiedziała cicho, nie podnosząc wzroku. Majtki na bawełnianej podszewce już spakowałeś? Listopad jest, twoja młoda nie będzie ci leczyła nerek.
Wacław zamarł z wełnianą skarpetką w powietrzu. Spodziewał się wszystkiego: potłuczonych talerzy, apopleksji, błagań, żeby został albo gróźb, iż zadzwonią do dzieci.
Ale nie takiego pytania o bieliznę. Ot, zwykła codzienność.
Eugenia, co mają majtki do rzeczy?! wyrzucił z siebie, robiąc się czerwony ze wstydu. Ja tu o miłości, o nowym życiu, o renesansie!
W końcu wepchnął pled, przysiadł na walizce całym ciężarem i zamek zaskrzypiał żałośnie, jak jego własne stawy, ale uległ.
Ty tylko o majtkach! Cała ty! Przyziemna jesteś, nudna! zaczerpnął tchu. A tam lot, energia!
A to ta energia ma jakieś imię? Eugenia powiesiła koszulę na wieszaku i podała mu ją spokojnie. Czy po prostu Kotka w twoim telefonie?
Ma na imię Jagoda! wyprostował się Wacław z dumą, chwytając koszulę. I to nie byle kobieta, to muza.
Eugenia parsknęła, dobrze wiedząc, iż jedyną poezją, którą Wacław kiedykolwiek cytował, były toasty na imieninach kolegów.
No dobrze, Jagoda. Pięknie. A ile lat ma twoja muza?
Dwadzieścia osiem! palnął dziadek, spoglądając wyzywająco na żonę.
Eugenia aż odstawiła żelazko i popatrzyła na niego długo, z uwagą, niczym na stary, ulubiony kredens, któremu właśnie odpadły drzwiczki.
Wacławie powiedziała łagodnie, acz stanowczo. Ty masz już sześćdziesiąt pięć lat. Krzyż boli cię, jak za długo posiedzisz, a wątroba marudzi. Dietę ci doktor przepisał.
Westchnęła i dodała:
Co ty zrobisz z dwudziestoośmioletnią Jagodą? Będziesz jej recytował wiersze?
To nie twoja sprawa! odparł zły, chwytając za rączkę walizki. Będziemy podróżować! Spacerować po Krakowie nocą! Korzystać z życia! Jeszcze nie jestem dinozaurem!
Spróbował podnieść walizkę, ale ta była cięższa, niż się spodziewał. W plecach zapiekło, ale zaciśnięte zęby utrzymały godność.
Nie wolno okazać słabości przy żonie, prawie już byłej żonie.
Nie zapomnij leków na ciśnienie, Casanovo rzuciła Eugenia, wracając do prasowania poszewki. Są w górnej szufladzie komody. I smar na stawy.
Nie potrzebuję leków! skłamał, choć serce łomotało mu w klatce. Przy niej czuję się na trzydzieści! Zostawiam ci mieszkanie, jestem honorowy.
Dziękuję, żywicielu skinęła głową. Tylko klucze zostaw na komodzie. I śmieci wynieś, skoro masz po drodze.
To dobiło go całkiem. Żadnego dramatu, żadnych łez. Tylko wynieś śmieci.
Chwycił worek stojący przy drzwiach i z wysoko podniesioną głową wyszedł na klatkę. Drzwi zamknęły się za nim cicho, bez echa.
Na korytarzu pachniało stęchłą kocią karmą i smażonymi ziemniakami sąsiadów. Walizka ciążyła, plecy bolały, a w kieszeni wibrował telefon.
To pewnie Jagoda czekała na swojego rycerza.
Wezwał windę. Serce łopotało radośnie, gdy otworzył telefon. Wiadomość w komunikatorze: Kochanie, długo jeszcze? Mam już dla nas zarezerwowany stolik. No i mam mały problem
Czyta uważnie: Wacek, proszę, mama potrzebuje leków, musisz mi przeleć pięć tysięcy złotych, mam dzienny limit. Oddam ci wszystko przy spotkaniu!
Zmarszczył brwi. Pięć tysięcy. Wczoraj prosiła o trzy tysiące na taksówkę. Przedwczoraj dwa na internet. Tydzień temu wysłał jej dziesięć tysięcy na kurs inspiracji.
Winda przyjechała. Waciągnął walizkę do środka, wcisnął przycisk parteru. W lustrze jawił się starszy, zmęczony człowiek w kaszkiecie, o czerwonej twarzy i niepewnym spojrzeniu.
Idę do młodej, pomyślał, ale to hasło straciło nagle całą magię.
Na zewnątrz było zimno; kropił deszcz, wiatr zdzierał z drzew resztki liści. Wacław dociągnął walizkę na przystanek Jagoda mieszkała na drugim końcu miasta, w nowych blokach.
Usiadł na mokrej ławce i chciał przelać pieniądze z telefonu. Palce sztywniały od zimna. Bank pokazuje saldo: 4800. Emerytura dopiero za tydzień.
No trzeba mieć pecha mruknął pod nosem.
Odpisał: Jaguś, nie mam teraz na karcie. Przyjadę dam ci gotówką, mam w skarpecie na czarną godzinę.
Odpowiedź natychmiast: emota przewracająca oczami, potem: Wacek, co jak dziecko? Pożycz od kogoś! Mamie źle! jeżeli mnie kochasz, znajdziesz sposób!
Wacek. Nie Wacław, choćby nie kochanie, tylko Wacek jak sąsiedzkiego kota.
Coś nieprzyjemnego ścisnęło mu serce. To już nie była miłość, a jakieś klejące podejrzenie.
Nagle przypomniał sobie, iż z Jagodą ani razu nie rozmawiał przez kamerkę. Zawsze zepsuta, nie działa net. Za to zdjęcia jak z żurnala.
Postanowił zadzwonić. Długie sygnały, potem rzucone.
I SMS: Nie mogę rozmawiać, płaczę!
Wacław siedział, trzymając kurczowo walizkę. Samochody trąbiły, ochlapywały go błotem.
Zimno przenikało kości, chociaż miał na sobie odświętną koszulę i jesienną kurtkę. Plecy bolały, aż chciało się wyć.
Jagoda wymówił cicho. To imię smakowało plastikiem.
Telefon znów zawibrował: Co z przelewem? jeżeli nie nie przyjeżdżaj. Nie chcę faceta, który nie umie nic załatwić.
Zamiast znajomego ciepła poczuł pustkę.
Przypomniał sobie Eugenię. Wczoraj cicho smarowała mu plecy maścią, gdy złapało go przeziębienie. Gotowała parowane pulpety, za którymi nie przepadał, ale jadł je z pokorą, bo wątroba nie była z żelaza.
Znała lepiej od niego, gdzie leżą jego skarpetki.
Nie chcę faceta
Wyobraził sobie siebie w mieszkaniu tej Jagody. Obcy zapach, obcy fotel, cudze reguły. Ciągłe udawanie, być ogo-go.
Ciągle płacić. Za iluzję młodości.
A jak go chwyci krzyż? Czy Jagoda posmaruje go maścią? Czy powie fuj i zniknie do sąsiedniego pokoju?
Wacław powoli wstał, kolana chrupały jak suche gałązki. Spojrzał na nadjeżdżający autobus do nowych bloków, ale nie ruszył się z miejsca.
Autobus odjechał, wzbijając chmurę spalin.
Jeszcze chwilę stał na pustej ulicy. Potem odwrócił się, zarzucił walizkę na ramię i skierował się ku temu, co naprawdę znał. Do domu.
Droga powrotna była długa. Winda nie działała, no bo klasyka. Walizkę musiał dźwigać na trzecie piętro.
Na każdym półpiętrze zatrzymywał się, sapiąc jak stary niedźwiedź.
Przy swoich drzwiach zatrzymał się, odstawił walizkę i zadzwonił dzwonkiem. Cisza. Nikt nie otwierał.
Pojawił się strach taki zimny i ciężki. Może już jej nie ma? Może zmieniła zamki?
Przecież zostawił klucze jak głupi na komodzie. Zadzwonił jeszcze raz, długo i rozpaczliwie.
Eugenia! wychrypiał. Eugenia, otwórz!
Zamek szczęknął i drzwi się uchyliły. Eugenia, spokojna, w szlafroku, patrzyła na niego.
Wacław wszedł w kapeluszu przemoconym przez deszcz; brudny, mokry, do poł roztrzęsiony. Po policzkach spływały mu łzy gorzkie łzy wstydu do samego siebie.
Ja zaczął, głos mu drżał. Eugenia Ten autobus No i deszcz I ja sobie pomyślałem
Nie potrafił przyznać prawdy. Nie potrafił powiedzieć, iż Jagoda okazała się zwykłą naciągaczką. To było zbyt upokarzające.
Eugenia spojrzała na niego, potem na walizkę, westchnęła.
Wyniosłeś śmieci? zapytała.
Wacław rozejrzał się pustą rękę, bez worka.
Zapomniałem szepnął, spuszczając głowę.
Eugenia pokręciła głową i odsunęła się, by mógł wejść.
Wchodź, Romeosie. Herbata stygnie. I umyj ręce, cały jesteś w błocie.
Wszedł do przedpokoju, ściągnął walizkę. Znany zapach prania i aptecznych lekarstw uderzył mu w nos.
Ten zapach był najlepszy na świecie.
Rozebrał się, poszedł do łazienki. W lustrze spojrzał na starego, zmęczonego człowieka. Umył twarz lodowatą wodą i zmył łzy oraz wstyd.
Gdy wszedł do kuchni, Eugenia nalewała mu herbatę do jego ulubionego wielkiego kubka. Na stole czekały parowane pulpety.
Eugenia wyszeptał, siadając przy stole. Wybacz mi, głupiemu. Diabeł mnie podkusił.
Jedz odparła krótko, nie patrząc na niego. Stygną.
Naprawdę Jaka Jagoda, jaka muza Przecież ja choćby sam nie wiem, gdzie trzymam polisę na życie
W teczce z papierami, w górnej szufladzie odpowiedziała automatycznie, siadając naprzeciwko. Wacław, proszę cię, nie rób przedstawienia drugi raz. Wróciłeś to wróciłeś.
Żuł pulpeta, który wydawał mu się najsmaczniejszy na świecie.
A ta Jagoda odważył się skłamać dla honoru. Okazało się, iż pali i klęła nie gorzej od szewca.
Eugenia spojrzała na niego znad okularów; w oczach zatańczyły iskierki rozbawienia.
Strach pomyśleć, jakie to okropność powiedziała poważnie. Oczywiście, taki esteta nie mógł tego znieść.
Oczywiście! odetchnął Wacław. Powiedziałem jej: Pani, twój język nie przystaje do urody! a ona
Machnął ręką:
W każdym razie zrozumiałem, iż to nie to. W środku pustka. Totalny próżniak.
Rozumiem przytaknęła. Dobrze, iż to zrozumiałeś na przystanku, a nie przed urzędem stanu cywilnego.
Podniosła się, podeszła do szafki i wyjęła tubkę maści. Położyła przed nim na stole.
Znowu cię złapało w krzyżu od tej walizki?
Wacław zaczerwienił się.
Tylko trochę.
Zdejmuj koszulę, posmaruję cię.
Zsunął koszulę, wzdychając i grymasząc, i poczuł znajome, pewne ręce żony na plecach. Rozcierała maść silnie, fachowo.
Piekło, ale leczyło.
Eugenia wymamrotał.
No?
Wierzyłaś, iż wrócę?
Oczywiście.
Skąd wiedziałaś?
Poklepała go po zdrowym ramieniu.
Bo nie spakowałeś majtek, skarpet ani leków. Tylko pled i moją starą futrzaną kurtkę, którą prosiłam oddać do pralni.
Wacław zamarł i powoli odwrócił się.
Kurtkę?
Kurtkę. Widzę takie rzeczy, choćby bez okularów.
Zapadła cisza. Docierało do niego, iż chciał iść w nowe życie z pledem i futrem żony.
Nagle zaczął się śmiać. Najpierw po cichu, potem głośniej. Śmiech zamienił się w kaszel, potem znów w śmiech.
Eugenia patrzyła na niego, a w jej oczach także zaczęły igrać wesołe ogniki.
Ty to jednak stary pień powiedziała z czułością. Dobra, podróżniku, jedz pulpetę. Jutro jedziemy na działkę, trzeba wnieść słoiki do piwnicy. Będzie ci fitness, będzie świeże powietrze.
Pojedziemy, Eugeniuś. Pewnie, iż pojedziemy przytaknął, ocierając łzy ze śmiechu.
Znowu zawibrował telefon. Jagoda: Gdzie jesteś?? Mama umiera!! Podeślij chociaż tysiąc!!
Wacław zdecydowanym ruchem wcisnął blokuj. Skasował rozmowę i położył telefon ekranem do stołu.
Eugenia, a może by wszystko rzucić w cholerę? spojrzał na żonę nowymi oczami. Może po prostu zrobimy grilla? Zamarynuję mięso, jak lubisz z cebulką.
Eugenia aż podniosła brwi. To była nowość Wacław nie lubił grilla od dekady.
Grill? A wątroba?
Kie diabli z wątrobą machnął ręką. Żyje się raz.
Wziął jej rękę szorstką i ciepłą i niezdarnie, ale szczerze pocałował.
Dziękuję, iż otworzyłaś, Eugeniu.
Nie wyrwała się gwałtownie, tylko lekko się uśmiechnęła.
Jedz, Don Juanie, bo wystygnie.
Za oknem deszcz stukał w szyby. W kuchni pachniało herbatą, lekarstwami i domowym ciepłem.
A ten zapach był lepszy od wszystkich perfum świata.
Wacław patrzył na żonę i myślał, iż dwadzieścia osiem lat to fajny wiek ale kto ci wybaczy taką walizkę z futrem i znowu wpuści do domu?
Eugenia odezwał się jeszcze.
Co znów?
Tę kurtkę to chyba faktycznie trzeba oddać do pralni. Jutro zawiozę.
Odwieź, tylko walizkę najpierw rozpakuj. I wyjmij pled, bo mi nogi marzną.
Wacław przytaknął i z apetytem wgryzł się w pulpetę.
Życie toczyło się dalej i, co tu dużo gadać, wcale nie było takie złe.





