„Idę do młodej”, — ogłosił 65-letni dziadek, pakując walizkę, ale po godzinie wrócił we łzach.

twojacena.pl 1 dzień temu

Dziś rano podjąłem decyzję niecodzienną: Odchodzę do młodej! oznajmiłem Halinie, stojąc pośrodku salonu i upychając w walizce mój ulubiony pled w kratę, który zdawał się mieć do tej przeprowadzki równie mało entuzjazmu jak ja. Powiedziałem to tak patetycznie, z intonacją godną odkrywców nowego lądu i z nadzieją na efekt bomby lub przynajmniej dramatycznej sceny, jak z filmu. Nie wybuchło nic. choćby nie sykło.

Halina, moja żona od czterdziestu lat, prasowała w tym czasie moją koszulę wizytową. Żelazko syczało cicho, pachniało parą, a samo mieszkanie było przesiąknięte spokojem i zapachem czystości.

Słyszę, Zenku odpowiedziała spokojnie, nie odrywając wzroku od deski do prasowania. Spakowałeś kalesony? Listopad mamy, nowa nie będzie ci leczyć zapalenia nerek.

Znieruchomiałem. Ręka z wełnianą skarpetą zawisła w powietrzu. Spodziewałem się fali, złości, łez… a tu pytanie, czy wrzuciłem bieliznę. Zalała mnie fala zażenowania.

O kalesony tu chodzi, Hala?! zaprotestowałem, a policzki zapiekły mnie ze wstydu. Ja tu o wielkiej miłości, o nowym życiu, o renesansie!

Ostatecznie domknąłem walizkę, zapinając ją z jękiem nie swoim przecież, a walizki dźwiękiem znajomo przypominającym moje własne stawy.

A ty mi o kalesonach! Wiecznie przyziemna, nudna… Tam, gdzie idę, jest lot, jest energia!

A energia ma jakieś imię? Halina powiesiła koszulę na wieszak i czule mi ją podała. Czy może w twoim telefonie widnieje tylko Koteczek?

Agnieszka! Ma na imię Agnieszka! wyprostowałem się z dumą. Ona jest moją muzą.

Halina prychnęła pod nosem, dobrze wiedząc, iż poezję toleruję tylko przy toastach na imieninach kolegów.

Agnieszka, piękne imię. A ile lat ma twoja muza?

Dwadzieścia osiem! rzuciłem z wyzwaniem.

Halina choćby odłożyła żelazko i popatrzyła na mnie długo i uważnie, jak patrzy się na wysłużony kredens, który nagle zostałby rozłożony na części.

Zenku zaczęła łagodnie, choć w jej głosie czuć było stal. Masz sześćdziesiąt pięć lat. Bolą cię plecy od siedzenia z gazetą w łazience, do tego dieta lekkostrawna, bo wątroba już nie ta.

Westchnęła i dodała:

A z Agnieszką co będziesz jej wiersze recytował?

To nie twoja sprawa! machnąłem ręką, walcząc z gryzącą irytacją. My będziemy podróżować! Spacery pod księżycem, korzystać z życia! Jeszcze mogę!

Walizka, miast podskoczyć w górę, została na podłodze jak zaklęta. Syknęły mi plecy, zaciągnąłem się powietrzem, udając, iż nic się nie dzieje.

Nie dać się po sobie poznać. Była a może już była żona stała tyłem.

Nie zapomnij leków, amancie rzuciła, wracając do prasowania poszewek. Są w górnej szufladzie komody. I maść na stawy.

Nie są mi potrzebne leki! skłamałem, choć serce kołatało mi jakby siedziało na przelewkach. Przy Agnieszce czuję się na trzydzieści! Zostawiam ci mieszkanie, jestem rycerski.

Dziękuję, rycerzu. Klucze zostaw na komodzie. A śmieci możesz wynieść leżą przy drzwiach.

To już mnie dobiło gdzie dramat, gdzie płacz, gdzie prośby o litość? Wynieść śmieci i już. Chwyciłem worek, głowę uniosłem dumnie i wyszedłem na klatkę schodową. Drzwi nie trzasnęły, zamknęły się cicho.

W bramie śmierdziało kotami i smażonymi ziemniakami od sąsiadki. Walizka ciążyła, plecy bolały, a telefon zawibrował w kieszeni. To pewnie Agnieszka czekała na swojego rycerza.

Czekałem na windę. Serce mi zamierało, gdy czytałem wiadomość: Zenku, kochany, długo jeszcze? Już zarezerwowałam nam stolik. Tylko jest drobna sprawa…

Kliknąłem a tam: Muszę natychmiast przelać dwa tysiące złotych mamie na leki, a mam limit. Przelej mi, błagam, oddam jak się zobaczymy!

Zmarszczyłem brwi. Dwa tysiące. Przedwczoraj chciała sześćset na internet. Wcześniej trzysta na taksówkę. A tydzień temu przelałem jej pięć na kurs inspiracji.

Winda przyjechała. W lustrze zobaczyłem starszego pana w czapce z czerwonymi policzkami i rozbitym spojrzeniem.

Idę do młodej powtarzałem w myślach, ale już bez uniesienia.

Na zewnątrz listopadowy deszcz i wiatr targały ostatnie liście. Ciągnąłem walizkę na przystanek Agnieszka mieszkała daleko, na nowym osiedlu. Usiadłem na mokrej ławce pod wiatą, dygocąc z zimna, i odpaliłem aplikację bankową.

Saldo: 1700 zł. Emerytura dopiero za tydzień.

Cholera wymamrotałem.

Wysłałem: Aguś, mam na karcie tylko trochę. Przyniosę ci gotówkę, mam schowaną.

Odpowiedź zaraz przyszła: emotikonka z przewracającymi oczami. Potem: Zenuś, przestań być dzieckiem. Pożycz skądś! MAMA JEST CHORA! Jak mnie kochasz, to coś wymyślisz!

Zenuś tak czasem babcia wołała kota sąsiadki.

Zadrżało we mnie coś paskudnego. Podejrzenie, nie miłość. Uświadomiłem sobie, iż nigdy nie rozmawialiśmy z Agnieszką przez kamerę zawsze miała zepsuty sprzęt, a przecież fotki miała jak z magazynu.

Wybrałem numer. Długo dzwoniło, potem odrzut.

Przyszła wiadomość: Nie mogę gadać, bo płaczę!

Siedziałem skulony z walizką i patrzyłem na przejeżdżające auta, które oblewały mnie brudną wodą.

Przemarznięty do kości, przypomniałem sobie Halinę. Jak wczoraj bez słowa smarowała mi plecy, gdy bolały. Jak gotowała mielone na parze, których nie znoszę, ale jadłem bo wątroba nie z gumy. Jak zawsze wiedziała, gdzie są moje skarpetki lepiej niż ja sam.

Nie potrzebuję faceta… brzmiała wiadomość Agnieszki.

Wyobraziłem sobie cieńszy zapach obcego mieszkania Agnieszki, jej chłodne spojrzenie, jej reguły. Oraz ciągłe: płać, płać, płać.

A potem zobaczyłem siebie zwiniętego z bólem na jej kanapie czy pomogłaby mi z maścią, czy po prostu uciekłaby do drugiego pokoju?

Powoli wstałem, kolana trzeszczały. Spojrzałem na autobus jadący w stronę nowych bloków i zostałem na ławce.

Gdy odjechał, poczułem tylko wilgoć i pustkę. Ruszyłem z powrotem.

Droga powrotna dłużyła się niemiłosiernie. Winda się popsuła klasyka. Wciągałem walizkę na trzecie piętro, zatrzymując się na każdym podeście, sapiąc i ścierając pot.

Pod drzwiami stanąłem z uczuciem, iż zaraz mi serce wyskoczy. Co jeżeli naprawdę się obraziła? Może zmieniła zamki? Przecież klucze zostawiłem na komodzie.

Zadzwoniłem. Cisza.

Halu szepnąłem w końcu Otwórz.

Zamek kliknął i w drzwiach stała Halina. Wyglądała jak zawsze spokojna, w domowym szlafroku. Ja mokry, zmazany od błota, z czapką zjechaną na czoło, łzą toczącą się po policzku.

I zacząłem się jąkać:

Wiesz, Hala… ja… Tam był autobus i deszcz… Ja tak pomyślałem…

Nie potrafiłem powiedzieć prawdy. Że Agnieszka okazała się wyciągaczką pieniędzy. Za bardzo bolałoby mnie poniżenie.

Halina popatrzyła na moją rękę.

Śmieci wyrzuciłeś?

Zapomniałem… szepnąłem, spuszczając wzrok.

Pokiwała głową i przesunęła się, robiąc mi miejsce.

No wejdź już, Romeo. Herbata stygnie. I ręce umyj, cały jesteś w błocie.

Zapach znanego domu, prania i trochę apteczki uderzył mnie jak najpiękniejszy perfum.

Rozebrałem się, przemyłem twarz zimną wodą, próbując zmyć łzy i upokorzenie.

A gdy wszedłem do kuchni Halina nalewała mi herbatę do największego kubka, postawiła na stole talerz z mielonymi.

Hala… zacząłem cicho, siadając naprzeciw. Wybacz mi. Stary dureń ze mnie.

Jedz, przerwała mi beznamiętnie. Bo wystygnie.

Naprawdę już wiem dodałem ciszej. Żadna Agnieszka, żadna muza… Przecież ja bym choćby nie wiedział, gdzie polisa leży.

W teczce z dokumentami, górna szuflada odpowiedziała rzeczowo. Zenku, tylko cię proszę: nie zaczynaj drugi raz tych igrzysk. Wróciłeś, i już.

Żułem mielonego i wtedy wydawał się lepszy niż każdy polędwicowy w najlepszej restauracji.

A ta… Agnieszka… spróbowałem się ratować resztkami godności. Okazała się nie w porządku. Pali, wyobrażasz sobie? I przeklina.

Halina spojrzała na mnie ponad okularami, w jej oczach tliły się iskierki.

No popatrz, jaki okropny typ rzuciła poważnie. A ty przecież taki esteta, nie mogłeś tego znieść.

No pewnie! Powiedziałem jej: Pani, słownik nie przystaje do urody… a ona…

Machnąłem ręką i dokończyłem z westchnieniem:

Ostatecznie pustka. Nic tam nie było.

Dobrze, iż przejrzałeś na przystanku, a nie w USC, odparła. Wyjęła maść z szafki i położyła na stole.

Plecy, co? Boli po targa-nim walizki?

Poczerwieniałem.

Trochę.

Rozbieraj się. Posmaruję.

Ściągnąłem koszulę z jękiem, ale i ulgą czułem znane, silne ruchy jej dłoni wcierające maść. Piekło, ale dobrze.

Hala… wymamrotałem.

Co?

Wiesz, iż ja wrócę?

Oczywiście.

Dlaczego?

Klepnęła mnie lekko w ramię.

Bo nie wziąłeś ani kalesonów, ani skarpet, ani leków. Schowałeś tam tylko pled i moją starą futrzaną kurtkę, którą prosiłam oddać do pralni.

Zamarłem, odwróciłem głowę.

Kurtkę?

Kurtkę. Myślisz, iż nie zauważyłam? Bez okularów chodzisz jak kret.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Dotrarło do mnie, iż odchodziłem… z futrem żony i pledem.

Wyparsknąłem śmiechem. Początkowo cicho, potem coraz głośniej. Aż się zachłysnąłem, aż zaczęło mnie dusić, ale śmiałem się i śmiałem.

Halina patrzyła na mnie, same kąciki jej ust też się poruszyły.

No, Zenek, ty to jesteś typowy stary pniak mruknęła bez złości. Dobra, podróżniku. Jedz. Jutro jedziemy na działkę, trzeba znosić słoiki. I masz rozumieć to twój fitness i świeże powietrze!

Pewnie, Halinka. Pojedziemy skinąłem, ocierając łzy śmiechu.

Wtedy znów zawibrował telefon. Na ekranie: Agnieszka: Zenek, gdzie jesteś??? Mama umiera!! Przelej chociaż pięćset!!

Nacisnąłem: Zablokuj. Potem: Usuń rozmowę. Odłożyłem telefon ekranem do stołu.

Wiesz co, Hala, może odpuśćmy dziś te słoiki? Zrobimy grilla. Sam zamarynuję karkówkę. Z cebulką, jak lubisz.

Uniosła brwi Zenek przy grillu? Niebywałe.

Grill? A wątroba?

A niech to, raz się żyje! rzuciłem z rozmachem.

Ująłem jej rękę, tą popękaną i ciepłą i choć niezgrabnie, to ucałowałem.

Dziękuję, iż wpuściłaś, Hala.

Odstawiła dłoń bez gniewu.

Jedz już. Bo zziębnie.

Za oknem deszcz i wiatr, ale w kuchni pachniało lekarstwami, praniem i herbatą. I ten zapach był najlepszy ze wszystkich.

Patrzyłem na Halinę i myślałem, iż dwadzieścia osiem lat jest piękne.

Ale kto oprócz niej wie, iż mogę zapakować do walizki futro przypadkiem i zawsze wrócić do domu?

Hala zawołałem.

No co?

A futro jednak wyślę do pralni. Jutro zaniosę.

Zanieś! zgodziła się. Tylko walizkę rozpakuj. I wyjmij pled, bo marzną mi nogi.

Pokiwałem głową i z apetytem ugryzłem mielonego.

Życie toczy się dalej. I, do licha, wcale nie jest takie złe.

Idź do oryginalnego materiału