Idę do młodej! obwieścił dziadek, lat sześćdziesiąt pięć, pakując do walizki kraciasty koc, który wcale nie miał zamiaru ruszać się z miejsca.
Bronisław Władysławowicz wypowiedział to tak, jakby ogłaszał lot na Marsa albo odkrycie nieznanego lądu. Głośno, z dramatyzmem, licząc na efekt bomby atomowej.
Tyle iż bomba nie wybuchła, choćby nie syknęła.
Jego żona, Ludmiła Zygmuntowna, stała przy desce do prasowania i uważnie prowadziła żelazkiem po jego wyjściowej koszuli. Para syczała, zakłócając ciszę mieszkania z bloku na ursynowskim osiedlu.
Słyszę cię, Bronku odparła spokojnie, nie podnosząc wzroku. Spakowałeś grube kalesony? Listopad, młoda ci nerek nie ogrzeje.
Bronek zaniemówił. Jego dłoń z wełnianą skarpetą zamarła. Spodziewał się wszystkiego: rzuconej filiżanki, ataku serca, błagań, żeby został, pogróżek, iż zawiadomią dzieci.
A tymczasem zwyczajne pytanie o bieliznę.
No weź, Ludka, o czym ty mówisz?! Ja mówię o miłości, nowym życiu, odrodzeniu, rozumiesz?!
Ostatkiem sił upchnął koc, walczył chwilę z pokrywą walizki, aż wreszcie zamek zamknął się ze skrzypnięciem przypominającym stawy samego Bronisława.
A ty o kalesonach! Ot, cała ty! Przyziemna, nudna! sapnął. A tam będzie lot! Energia!
A to ta energia ma przynajmniej jakieś imię? Ludmiła powiesiła jego koszulę na wieszak i podała mężowi. Czy po prostu Zajączek w telefonie?
Ma na imię Jagoda! Bronisław wyprostował się, odbierając koszulę. I nie jest zwykłą kobietą. Jest moją muzą.
Ludmiła tylko chrząknęła, wiedząc dobrze, iż jedyną poezją, jaką Bronek cenił, były toasty na andrzejkach.
Jagoda, piękne imię. Ile lat ma ta twoja muza?
Dwadzieścia osiem! wypalił Bronisław, patrząc wyzywająco.
Ludmiła aż odstawiła żelazko i spojrzała na niego, jak się patrzy na stary kredens, któremu właśnie drzwi odpadły.
Bronku rzekła miękko, choć w jej głosie kryło się żelazo masz sześćdziesiąt pięć lat, rwę kulszową od siedzenia w łazience i ścisłą dietę przez wątrobę.
Westchnęła, dodając:
I co ty z tą dwudziestoośmioletnią Jagodą zrobisz? Wiersze jej poczytasz?
Nie twoja sprawa burknął, łapiąc walizkę za rączkę. Będziemy podróżować! Spacerować pod księżycem! Korzystać z życia! Jeszcze jestem gość!
Podniósł walizkę z wysiłkiem zdradziecko ciążyła. Kręgosłup zaprotestował, ale Bronek ścisnął zęby i nie dał po sobie poznać bólu.
Nie wolno pokazać słabości przed przyszłą byłą
Tabletek na ciśnienie nie zapomnij, donżuanie rzuciła Ludka, wracając do prasowania powłoczki. Są w komodzie, w górnej szufladzie. I ta maść na plecy.
Nie potrzebuję tabletek! skłamał, chociaż serce waliło mu pod żebrami. Przy niej czuję się na trzydzieści! Zostawiam ci mieszkanie, jestem szlachetny.
Dziękuję, żywicielu skinęła głową. Klucze połóż na szafce. I weź śmieci, jak już idziesz.
To go dobiło. Zero dramatu, zero szlochu; po prostu: Weź śmieci.
Chwycił worek, uniósł dumnie głowę i wyszedł na klatkę. Drzwi zamknęły się cicho.
Na klatce schodowej pachniało kotami i smażonymi ziemniakami od sąsiadki. Telefon w kieszeni zawibrował.
Czekała chyba Jagoda.
Wezwał windę. Wyjął telefon, serce lekko mu zadrżało. Wiadomość na messengera: Kochany, długo jeszcze? Zarezerwowałam stolik. Mała sprawa możesz przelać mamie dwa tysiące złotych? Potrzeba na leki. Przy okazji oddam!
Bronisław zmarszczył brwi. Dziwne. Wczoraj były tysiąc na taksówkę, wcześniej pięćset na internet. Tydzień temu dał cztery tysiące na kurs inspiracji.
Winda przyjechała. Rzucił walizkę do środka, wcisnął 0. W lustrze odbijał się starszy pan w marynarce, z czerwonymi policzkami i zagubionym spojrzeniem.
Idę do młodej powtórzył w myślach, ale to już nie brzmiało dumnie.
Na dworze padał drobny deszcz. Bronek ciągnął walizkę na przystanek, bo Jagoda mieszkała w nowym bloku na drugim końcu Warszawy.
Usiadł na ławce i wyjął telefon, by przelać pieniądze. Palce zgrabiały i odmawiały posłuszeństwa. Wpisał PIN do bankowości.
Saldo: 1200. Emerytura dopiero za tydzień.
Cholera jasna mruknął.
Napisał: Jagódko, mam teraz kilka na koncie. Przyjadę, przyniosę w gotówce, mam schowane.
Odpowiedziała natychmiast: emoji przewrócenia oczami. Potem: Broniu, no nie bądź dzieckiem! Pożycz od kogoś! Mama cierpi! Jak mnie kochasz, znajdziesz sposób!
Broniu. Nie Bronisław, nie kochany, tylko jak kota sąsiadki.
Coś lepkiego i nieprzyjemnego pojawiło mu się na sercu. Nie miłość, tylko podejrzenie.
Przypomniał sobie, iż z Jagodą nigdy nie rozmawiał przez wideo. Zawsze miała zepsutą kamerę i słaby internet, za to fotki w profilu modelki.
Wybrał jej numer, żeby usłyszeć głos. Długie sygnały potem rozłączyła.
Przyszła wiadomość: Nie mogę rozmawiać, płaczę!
Bronek siedział na ławce, tuląc walizkę. Samochody pryskały wodą, moknął coraz bardziej.
Zimno przeszywało, plecy bolały przejmująco.
Jagoda wymówił głośno jej imię. W smaku miało plastik.
Telefon znów się odezwał: I co? Przelałeś? Jak nie, to nie przyjeżdżaj. Nie potrzebuję faceta, który nie załatwi prostej sprawy.
Patrzył na ekran, litery rozmazywały się.
Myślał o Ludmile. O tym, jak wczoraj po cichu posmarowała mu maścią kręgosłup, kiedy nie mógł się ruszyć. Jak gotowała parowane pulpety, których nie cierpiał, ale jadł, bo wątroba nie guma.
Jak wiedziała, gdzie leżą jego skarpetki, lepiej niż on sam.
Nie potrzebuję faceta
Wyobraził sobie siebie w mieszkaniu Jagody. Obca kanapa, obcy zapach, obce reguły. I ciągle płacić, płacić, płacić za prawo do młodości.
A potem, iż go znowu złapie w krzyżu. Czy posmaruje maścią, czy powie fuj i pójdzie do drugiego pokoju?
Bronisław powoli wstał kolana trzeszczały jak suche gałęzie. Spojrzał na autobus odjeżdżający w stronę nowych osiedli, ale nie ruszył się z miejsca.
Odjechał, zostawiając go w kłębie spalin.
Jeszcze chwilę stał na pustej ulicy. Potem zawrócił, podniósł ciężką walizkę i ruszył z powrotem. Do domu.
Droga powrotna dłużyła się niemiłosiernie. Winda nie działała klasyka. Trzeba było wdrapać się na trzecie piętro.
Na każdym półpiętrze przystawał, sapiąc i ocierając pot z czoła. Serce już nie tłukło od emocji, tylko z tachykardii.
Przed drzwiami swojego mieszkania postawił walizkę i nacisnął dzwonek. Cisza.
Ogarnął go lęk. Może wyszła? Może naprawdę się obraziła? Może zmieniła zamki?
Klucze zostawił, jak głupek, na szafce w przedpokoju! Zadzwonił jeszcze raz, długo i stanowczo.
Ludka! zawołał ochryple. Ludka, otwórz!
Zamek zazgrzytał i w drzwiach pojawiła się Ludmiła Zygmuntowna, równie opanowana, w szlafroku.
Bronek stał przed nią mokry, umorusany, z kaszkietem w dłoni. Po policzkach płynęły mu łzy.
Prawdziwe, gorzkie łzy żalu do siebie, własnej głupoty i tej starości, która przyszła nie z mądrością, tylko z głupotą.
Ja zaczął, głos mu się załamał. Ja Tam autobus I deszcz I tak sobie pomyślałem
Nie potrafił powiedzieć prawdy. Że Jagoda okazała się pustą, interesowną kobietą. To byłoby zbyt upokarzające.
Ludmiła spojrzała na niego, potem na walizkę i westchnęła.
Wyrzuciłeś śmieci? zapytała.
Zerknął na pustą dłoń. Zostawił worek na ławce przy przystanku.
Zapomniałem wyszeptał, spuszczając głowę.
Ludka pokręciła głową i odsunęła się, puszczając go do środka.
Wchodź już, Romeo. Herbata wystygnie. I ręce umyj, cały jesteś w błocie.
Przeciągnął walizkę do korytarza. Znajomy zapach prania i leków uderzył w nozdrza. Najlepszy zapach świata.
Rozebrał się, poszedł do łazienki. W lustrze spojrzał na siebie stary, zmęczony człowiek. Umył twarz zimną wodą, zmył łzy i nieudane marzenia.
Wszedł do kuchni, gdzie Ludmiła już nalewała herbatę do jego ulubionego, dużego kubka. Na stole para z pulpetów.
Ludko mruknął, siadając przy stole. Przepraszam. Starego głupca. Diabeł podkusił.
Jedz rzuciła krótko, nie patrząc na niego. Zaraz wystygną.
Naprawdę Jaka tam Jagoda? Jaka muza? Bez ciebie przecież choćby nie wiem, gdzie polisa.
W teczce z dokumentami na górnej półce komody odpowiedziała automatycznie, siadając naprzeciwko. Bronek, proszę cię, nie zaczynaj przedstawienia od nowa. Wróciłeś i wróciłeś.
Żuł kotleta. Smakował lepiej niż wszystkie restauracyjne delicje razem wzięte.
A ta Jagoda wyjąkał, próbując ratować godność Okazała się nie taka. Pali. Przeklina. Wiesz?
Ludmiła spojrzała znad okularów. W jej oczach błyskały ukryte iskierki.
No popatrz, jaki horror z powagą powiedziała. A ty, wiadomo, jako esteta nie mogłeś tego znieść.
No ba! Powiedziałem: Jagódko, twój język nie pasuje do twojego wyglądu! A ona
Machnął ręką.
W każdym razie, zrozumiałem, iż się pomyliłem. W środku pustka, Ludka. Sama próżnia.
Dobrze, iż zrozumiałeś to na przystanku, a nie w USC pokiwała głową.
Wstała, podeszła do szafki, wyjęła maść i położyła przed Bronkiem.
Plecy znów bolą od tej walizki, co?
Bronek poczerwieniał.
Trochę.
Zdejmuj koszulę. Posmaruję cię.
Zsunął koszulę, postękując. Poczół znajome, ciepłe dłonie na plecach. Smarowała go mocno, pewnie.
Paliło, ale było uzdrawiające.
Ludka wymamrotał.
Co?
Wiedziałaś, iż wrócę?
Jasne, iż wiedziałam.
Skąd?
Klepnęła go w ramię, sygnalizując koniec zabiegu.
Bo nie spakowałeś ani majtek, ani skarpetek, ani leków.
Uśmiechnęła się kącikiem ust.
Za to upchnąłeś koc i moją starą kurtkę, którą prosiłam zanieść do pralni chemicznej.
Bronek zamarł i powoli odwrócił głowę.
Kurtkę?
Kurtkę. Jeszcze rano widziałam, jak ją tam pakujesz. Myślałeś, iż nie zauważę? Bez okularów przecież jesteś ślepy jak kret.
Na kuchni zawisła cisza. Bronek analizował: szedł w nowe życie z cudzą kurtką i kocem.
Nagle zaśmiał się. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Śmiech przeszedł w kaszel, potem znów w śmiech.
Ludka patrzyła na niego, a kąciki jej warg też drgały.
Stary cap z ciebie powiedziała bez złości. Jedz. Jutro jedziemy na działkę, trzeba wynieść słoiki do piwnicy. Tam będzie i fitness, i świeże powietrze.
Jasne, Ludeczko. Pojedziemy mrugnął Bronek z błyszczącymi od śmiechu oczami.
Telefon znów zawibrował. Spojrzał Jagoda: Gdzie jesteś?? Mama kona! Przelej choć pięćset!!
Pewnie nacisnął blokuj. Potem usuń czat. Odłożył telefon ekranem do dołu.
Ludka, a może te słoiki zostawimy? zaproponował niespodziewanie, patrząc na nią z innym wyrazem twarzy. Może po prostu zrobimy grilla? Ja zamarynuję mięso. Jak lubisz, z cebulą.
Ludmiła zdziwiła się, nie widziała go przy grillu od dziesięciu lat.
Grill? A wątroba?
A niech się goni ta wątroba machnął. Raz się żyje.
Ujął jej dłoni spracowanej i szorstkiej i ucałował nieporadnie, ale szczerze.
Dziękuję, iż otworzyłaś drzwi, Ludka.
Delikatnie, ale bez oporu, wyciągnęła rękę.
Jedz już, Casanovo. Bo wystygnie.
Za oknem lało, wiatr tłukł gałęziami, ale w kuchni było jasno i ciepło. Na krześle wisiała wyjściowa koszula, pachniało maścią i herbatą.
I ten zapach był lepszy niż najdroższe perfumy.
Bronisław patrzył na żonę i myślał, iż dwadzieścia osiem lat to może i piękny wiek ale nikt tak nie wie, iż potrafi spakować do walizki cudzą kurtkę i zawsze zostanie wpuszczony z powrotem.
Ludka odezwał się.
Co znowu?
Kurtkę w końcu trzeba do pralni oddać. Zawiozę jutro.
Zawieź zgodziła się. Najpierw rozpakuj walizkę. I koc wyjmij. Zimno ostatnio.
Bronek kiwnął głową i z apetytem wbił widelec w kotleta.
Życie płynęło dalej i, niech to licho, wcale nie było takie złe.





