„Idę do młodej” – oznajmił 65-letni dziadek, pakując walizkę, ale po godzinie wrócił we łzach

twojacena.pl 1 dzień temu

Idę do młodej! obwieścił dziadek w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, próbując zmieścić w walizce kraciasty koc, który ewidentnie nie chciał się z nim przeprowadzać.

Janusz Stanisławowicz powiedział to takim tonem, jakby ogłaszał lot na Marsa albo odnalezienie nowego kontynentu. Głośno, z emfazą, licząc najwyraźniej na efekt bomby atomowej.

Ale bomba nie wybuchła. Nic nie zasyczało, choćby nie zadymiło.

Jego żona, Genowefa Andrzejewna, stała przy desce do prasowania i spokojnie przesuwała żelazko po jego odświętnej koszuli. Para, wydobywając się z sykiem, rozrywała domową ciszę.

Słyszę cię, Janusz odpowiedziała spokojnie, choćby nie podnosząc wzroku. Spakowałeś kalesony? Listopad mamy, a twoja młoda nie będzie ci leczyć nerek.

Janusz zamarł, z zaciśniętą w ręku wełnianą skarpetą, zawieszoną w powietrzu. Spodziewał się wszystkiego: tłuczonych talerzy, omdlenia żony, błagań, by został lub groźby wezwania dzieci.

Ale nie tak przyziemnego pytania o bieliznę.

Co mają do rzeczy kalesony, Genia?! jęknął, czując jak zaczyna mu płonąć twarz. Ja tu o miłości mówię, o nowym życiu, o… renesansie!

Wreszcie wcisnął koc, przygniótł całym ciałem klapę walizki i szarpnął zamek. Walizka zapiszczała żałośnie, niczym stawy samego Janusza, ale się zamknęła.

A ty mi o kalesonach! Wszystko w tobie takie… płaskie, nudne! burknął, łapiąc oddech. A u niej lot! Energia!

Imię chociaż ta twoja energia ma? Genowefa ostrożnie powiesiła koszulę na wieszak i podała mu ją. Czy tylko Kotku zapisane w telefonie?

Nazywa się Balbina! dumnie się wyprostował, biorąc koszulę z jej rąk. I nie jest zwykłą kobietą. Ona jest moją muzą.

Genowefa parsknęła śmiechem, doskonale wiedząc, iż jedyna poezja, jaką Janusz znał, to toast wujka Wiesława na imieninach.

Balbina. Ładne imię. A ile lat twoja muza liczy?

Dwadzieścia osiem! wypalił Janusz, patrząc na żonę wyzywająco.

Genowefa odłożyła żelazko i przez długą chwilę uważnie mu się przyglądała. Tak jak patrzy się na stary, ale ukochany kredens, któremu nagle odpadły drzwiczki.

Janusz, odezwała się cicho, ale choćby w tym spokoju pobrzmiewała stal. Masz sześćdziesiąt pięć lat. Plecy cię bolą po siedzeniu na sedesie, na wątrobę masz dietę i tabletki.

Westchnęła dodając:

Co zrobisz z dwudziestoletnią Balbiną? Będziesz jej deklamował wiersze?

To nie twoja sprawa! odburknął, łapiąc rączkę walizki. Będziemy podróżować! Spacery po księżycu! euforia z życia! Ja jeszcze nie jestem stary!

Próbował unieść walizkę energicznym ruchem, ale ta okazała się zdradziecko ciężka. W krzyżu zakłuło, jednak Janusz wytrzymał wyraz twarzy.

Nie można się okazać słabym przed byłą. No, już prawie byłą.

Tylko tabletek na ciśnienie nie zapomnij, podrywaczu rzuciła Genowefa z powrotem do prasowania poszewki. Są w górnej szufladzie komody. I maść na plecy.

Nie potrzebuję żadnych tabletek! skłamał, chociaż serce biło jak oszalałe. Z nią czuję się na trzydzieści! To wszystko, Genia. Żegnaj. Mieszkanie ci zostawiam, jestem szlachetny.

Wielkie dzięki, żywicielu skinęła głową. Klucze na szafkę rzuć. I śmieci wynieś, jak idziesz.

To go dobiło. Żadnego dramatu, tylko: wynieś śmieci.

Schwycił reklamówkę przy drzwiach i z wysoko podniesioną głową wyszedł na klatkę schodową. Drzwi za nim nie trzasnęły, tylko cicho puknęły.

Janusz był w klatce pachnącej kotami i smażonymi ziemniakami od sąsiadów. Walizka ciążyła, plecy bolały, a w kieszeni wibrował telefon.

To pewnie Balbina. Czekała swojego rycerza.

Czekał na windę, wyciągnął telefon z sercem przyspieszonym od słodkiej nadziei. Wiadomość w komunikatorze: Kochany, długo jeszcze? Zastrzegłam nam stolik. Słuchaj, jest mały problem.

Janusz dokładnie przeczytał: Muszę pilnie przelać mamie dwa tysiące złotych na lekarstwa, a mam limit dzienny. Przelej, oddam ci przy spotkaniu!.

Zmarszczył brwi. Dwa tysiące Wczoraj były tysiąc na taksówkę. Przedwczoraj pięćset na internet. A tydzień temu wysłał pięć tysięcy na kursy inspiracji.

Winda przyjechała. Wciągnął walizkę, nacisnął parter. W lustrze widział starszego pana w kaszkiecie, z czerwonymi policzkami i zagubionym spojrzeniem.

Idę do młodej powtórzył myślą, ale fraza straciła swój heroiczny blask.

Na zewnątrz było zimno, siąpił deszcz i wiał wiatr zrywający ostatnie liście. Janusz ciągnął walizkę na przystanek bo Balbina mieszkała aż na nowym osiedlu.

Usiadł na mokrej ławce na przystanku, wyjął telefon, żeby zrobić przelew. Palce skostniałe, ledwo słuchały się. Zajrzał do aplikacji bankowej.

Stan: 1800 złotych. Emerytura dopiero za tydzień.

Cholera mruknął.

Napisał: Balbinko, kochanie, mam dziś trochę mało na karcie. Przywiozę gotówkę, mam schowaną.

Odpowiedź natychmiast: buźka z przewracającymi oczami. Zaraz dalsza: Januś, nie bądź dziecinny! Pożycz skądś! Mamie bardzo źle! Jak mnie kochasz, to znajdziesz sposób!

Januś. Nie Janusz, nie kochany, tylko Januś. Jak kot sąsiadki.

Coś nieprzyjemnego zaswędziało w piersi. To już nie była miłość, raczej lepka podejrzliwość.

Przypomniał sobie, iż nigdy z Balbiną nie rozmawiał przez wideo. Zawsze kamera popsuta albo internet słaby. Za to zdjęcia jak z żurnala.

Zadzwonił, żeby tylko usłyszeć głos. Długie sygnały, potem połączenie przerwane.

I wiadomość: Nie mogę rozmawiać, płaczę!

Siedział na ławce, obejmując walizkę. Mijały go gwałtownie samochody, oblewając błotem z ulicy.

Zimno przenikało aż do kości, mimo odświętnej koszuli i jesiennej kurtki. Plecy bolały, aż chciało się wyć.

Balbina wymówił głośno, próbując smaku imienia. Było jak plastik.

Telefon znów zawibrował: No co? Przelałeś? jeżeli nie, to nie przyjeżdżaj. Nie chcę faceta, który nie jest w stanie załatwić prostej sprawy.

Patrzył na ekran, litery się rozmazywały.

Przypomniał sobie Genię. Jak wczoraj cichutko posmarowała mu plecy, gdy go złapało. Jak gotowała kotlety na parze, których nie znosił, ale jadł, no bo wątroba to nie własność państwowa.

Jak wiedziała, gdzie leżą jego skarpetki lepiej niż on sam.

Nie chcę faceta

Wyobraził sobie siebie w mieszkaniu Balbiny. Obca kanapa, obcy zapach, cudze zasady. I obowiązek nieustannie starać się być młodym, wow.

Płacić i płacić. Za prawo do obecności przy młodości.

A potem zobaczył siebie, jak znów łapie go ból pleców tam, u Balbiny. Czy ona by mu posmarowała? Raczej prychnęłaby i zamknęła się w drugim pokoju.

Wstał z trudem, kolana skrzypiały jak suche patyki. Spojrzał na autobus jadący w stronę osiedla, gdzie mieszka Balbina, ale nie podszedł.

Autobus odjechał, pryskając spalinami.

Janusz jeszcze chwilę stał patrząc na pustą ulicę. Potem się odwrócił, podniósł walizkę i ruszył z powrotem do domu.

Droga powrotna ciągnęła się w nieskończoność. Winda oczywiście nie działała. Klasyka. Musiał taszczyć walizkę na trzecie piętro schodami.

Na każdym półpiętrze przystawał, sapiąc ciężko i ocierając pot z czoła. Serce waliło już nie z miłości, a z arytmii.

Pod drzwiami przystanął, odstawił walizkę i nacisnął dzwonek. Cisza.

Zalewała go fala paniki zimna i lepka. Może ona naprawdę wyszła? Może się poważnie obraziła? Może zmieniła zamki?

Klucze zostawił głupi na szafce! Zadzwonił jeszcze raz, długo i uparcie.

Genia! zawołał chrapliwie. Genia, otwórz!

Zamek stuknął cicho i drzwi się rozwarły. Na progu stała Genowefa, spokojna jak zwykle, w domowym szlafroku.

Janusz wszedł do środka przemoknięty, ubłocony, z przemokniętym kaszkietem w dłoni. Po policzkach ciekły łzy.

Prawdziwe, gorzkie łzy żalu do siebie, własnej głupoty, starości, która przyszła nie z mądrością, a z żałosnym szaleństwem.

Ja… zaczął, głos mu się załamał. Genia… ten autobus… i deszcz… i pomyślałem…

Nie miał siły powiedzieć prawdy. Nie umiał przyznać, iż Balbina okazała się pustą skorupą, liczącą na pieniądze. To byłoby zbyt upokarzające.

Genia spojrzała na niego, potem na walizkę, westchnęła.

Śmieci wyniosłeś? zapytała.

Janusz rozglądnął się, zobaczył pustą rękę. Nie miał reklamówki. Zostawił ją na ławce na przystanku.

Zapomniałem… szepnął, spuszczając wzrok.

Genowefa pokręciła głową i odsunęła się.

Wchodź, Romeo. Herbata stygnie. I umyj ręce, brudnyś jak nieboskie stworzenie.

Wszedł do przedpokoju, wciągnął przeklętą walizkę. Znajomy zapach domu świeżego prania i leków uderzył w nozdrza.

To był najlepszy zapach na świecie.

Zdjął buty i poszedł do łazienki. W lustrze spojrzał na niego zmęczony, stary mężczyzna. Obmył twarz lodowatą wodą, zmywając łzy i wstyd.

Kiedy wszedł do kuchni, Genowefa nalewała właśnie herbatę do jego ulubionego kubka. Na stole stała miska z parzonymi kotletami.

Geniu… wyszeptał, siadając przy stole. Wybacz mi, staremu głupcowi. Coś mnie podkusiło.

Jedz odpowiedziała krótko, nie odwracając się. Stygnie.

Naprawdę… Jaka Balbina? Jaka muza? Bez ciebie… nie wiem przecież, gdzie polisa leży.

W teczce z dokumentami, górna szuflada rzuciła automatycznie, siadając naprzeciw. Janusz, błagam cię, nie zaczynaj tej szopki drugi raz. Wróciłeś i tyle.

Przełykał suchą kotletę, która wydawała się lepsza niż każdy restauracyjny przysmak.

A ta… Balbina… odważył się trochę zmyślać dla ratowania resztek godności. Okazała się straszna, pali, przeklina.

Genowefa zerknęła z nad okularów. W jej oczach błysnęła iskierka ironii.

Co za potworność powiedziała poważnie. Ty, jako esteta, nie mogłeś znieść?

Oczywiście! Mówię jej: Proszę pani, pani język do pani urody nie pasuje!. A ona…

Machnął ręką.

Zrozumiałem, iż pomyliłem się. Duszne pustkowie, Geniu. W środku pustka.

No to dobrze, żeś się zorientował na przystanku, a nie w urzędzie stanu cywilnego.

Wstała, sięgnęła do szafki po tubkę maści. Położyła przed nim.

Plecy chyba cię złapały od tej walizki?

Janusz się zaczerwienił.

No… trochę.

Rozbieraj się. Posmaruję.

Zsunął z siebie koszulę, sapiąc i krzywiąc się. Poczuł na plecach znane, pewne dłonie żony. Wcierała maść stanowczymi, przyzwyczajonymi ruchami.

Grzało, aż piekło ale to było lecznicze ciepło.

Genia mruknął do stołu.

Co?

Wiedziałaś, iż wrócę?

Pewnie, iż wiedziałam.

Dlaczego?

Genowefa klepnęła go lekko w zdrowe ramię.

Bo w walizce nie miałeś ani kaleson, ani skarpetek, ani leków, panie Rzymianinie.

Uśmiechnęła się kącikiem ust.

Za to upchałeś tam koc i moją starą futrzaną kurtkę, którą miałeś zanieść do pralni.

Janusz zamarł, powoli spojrzał na nią.

Kurtkę?

Kurtkę. Rano widziałam, jak ją wciskałeś. Myślałeś, iż nie zauważę? Bez okularów nic nie widzisz.

W kuchni zapanowała cisza, Janusz próbował to przetrawić: szedł w nowe życie z kocem i kurtką żony.

Nagle zaczął się śmiać. Najpierw cicho, potem głośniej. Śmiech przeszedł w kaszel, a znowu w śmiech.

Genowefa patrzyła na niego, a jej usta też drgnęły w skrytym uśmiechu.

No stary pień jesteś powiedziała łagodnie. Dobra, podróżniku, jedz tę kotletę. Jutro jedziemy na działkę, trzeba słoiki do piwnicy przenieść. Fitness i świeże powietrze będziesz miał.

Pojedziemy, Genowefko, pojedziemy kiwnął, ocierając łzy śmiechu.

Telefon w kieszeni znów zawibrował. Janusz spojrzał na ekran. Balbina: Gdzie jesteś?? Mama umiera!! Prześlij chociaż pięćset!!.

Zdecydowanie kliknął: Zablokuj. Potem Usuń czat. Odłożył telefon ekranem w dół.

Genia, może damy spokój tym słoikom? nagle zaproponował, patrząc na żonę zupełnie innym wzrokiem. Może po prostu grill? Zamarynuję mięso. Sam. Tak jak lubisz, z cebulką.

Genowefa uniosła brwi. To było coś nowego Janusz nie ruszał grilla od dziesięciu lat.

Grill? zapytała. A wątroba?

A niech tam wątroba machnął ręką. Raz się żyje.

Ujął jej rękę spracowaną, szorstką i pocałował niezdarnie, ale z wdzięcznością.

Dziękuję, iż otworzyłaś, Genia.

Wyciągnęła rękę, nie gwałtownie, raczej swobodnie.

Jedz, Don Juanie, bo już zimne.

Za oknem deszcz siekł szybę, wiatr stukał gałęziami, ale w kuchni było ciepło i jasno. Na krześle wisiała odświętna koszula, pachniało maścią i herbatą.

I ten zapach był lepszy niż wszystkie perfumy świata.

Janusz patrzył na Genowefę i myślał, iż dwadzieścia osiem lat to fajna sprawa. Ale która dwudziestoośmiolatka wiedziałaby, iż potrafiłby zapakować do walizki cudzą kurtkę i wpuścić go z powrotem do domu?

Genia odezwał się.

No co znowu?

Kurtkę naprawdę muszę oddać do pralni. Jutro zawiozę.

Zawieź zgodziła się. Ale najpierw rozpakuj walizkę. I koc wyjmij. Nogi mi marzną.

Janusz kiwnął głową i ze smakiem ugryzł kolejny kawałek kotleta na parze.

Życie toczyło się dalej. I szczerze mówiąc, nie było wcale takie złe.

Idź do oryginalnego materiału