„Idę do młodej,” — oznajmił 65-letni dziadek, pakując walizkę; po godzinie wrócił zapłakany.

newskey24.com 1 dzień temu

Idę do młodej! oznajmił dziarskim głosem dziadek lat sześćdziesiąt pięć, pakując w walizkę swoją ukochaną kratkowaną kołdrę, która wyraźnie nie podzielała entuzjazmu co do tej przeprowadzki.

Zbigniew Stanisławowicz wypowiedział te słowa z takim rozmachem, jakby miał właśnie ogłosić lot na Marsa albo odkrycie nowego lądu. Głośno, z dramatyzmem spodziewając się wybuchu emocji.

Ale bombka nie wybuchła. choćby nie sykła.

Jego żona, Barbara Kazimierowa, stała przy desce do prasowania i z chirurgiczną precyzją wygładzała żelazkiem jego odświętną koszulę. Para syczała, psując ciszę mieszkania.

Słyszę, Zbyszek rzuciła spokojnie, nie podnosząc wzroku. Ciepłe kalesony spakowałeś? Listopad mamy, twoja młoda nie będzie ci nerek grzała.

Zbigniew zamarł, zgnieciona skarpeta zamarła w jego dłoni. Spodziewał się wszystkiego: rzuconych talerzy, zawału, łez, błagań, wyzwisk albo chociaż próby zawiadomienia dzieci.

A tu pytanie o kalesony.

No co mają kalesony do rzeczy, Basia?! jęknął z wyrzutem, czując jak poczerwieniały mu uszy. Ja tu o miłości mówię, o nowym życiu, o renesansie!

Wcisnął kołdrę do walizki, przycisnął klapę całym sobą i z trudem domknął suwak. Walizka wydała jęk godny własnych stawów Zbyszka.

A ty o kalesonach… Cała ty! Przyziemna, nudna! sapnął. A tam tam będzie lot! Energia!

To ta energia ma imię, czy tylko Pisunia w telefonie? zapytała Barbara, wieszając koszulę na wieszak i podając mu ją beznamiętnie.

Ma! Ma na imię Klaudia! wyprostował się Zbyszek dumnie. I ona nie jest zwykłą kobietą. To muza moja jest!

Barbara prychła, doskonale wiedząc, iż jego jedyną poezją były zawsze toasty u znajomych na imieninach.

Klaudia, ładnie, ładnie… A ile twoja muza ma lat?

Dwadzieścia osiem! rzucił dziadek wyzywająco, z cieniem satysfakcji.

Barbara aż przerwę zrobiła z żelazkiem. Popatrzyła na niego z takim rozbawieniem, jak się patrzy na szafę, której wypadły zawiasy.

Zbyszku… Ty masz sześćdziesiąt pięć. Bolą cię plecy jak dłużej posiedzisz na sedesie i masz dietę wątrobową na stałe.

Westchnęła i dodała:

I co ty z tą Klaudią zrobisz? Wiersze recytować będziesz?

A co ci do tego! odburknął, chwytając walizkę. Podróżować będziemy! Nocą pod księżycem! Carpe diem! Jeszcze mogę!

Spróbował podnieść walizkę. Ta okazała się zdradziecko ciężka, coś trzasnęło mu w krzyżu, ale dał radę zachować kamienną twarz.

Nie ma co okazywać słabość przed byłą… teraz już prawie byłą.

Tabletek na ciśnienie nie zapomnij, Casanova… rzuciła Barbara, wracając do prasowania poszewki. Leżą w górnej szufladzie komody. I maść masz.

Nie potrzebuję! zakłamał Zbyszek, choć serce waliło mu jak młot. Przy niej mam trzydzieści lat! Żegnaj, Basia. Mieszkanie ci zostawiam, bo jestem szlachetny.

Dzięki ci, żywicielu pokiwała głową. Klucze połóż na szafce i śmieci wynieś po drodze.

Dopełniło go to całkiem. Żadnej dramy, żadnego płaczu. Ot, śmieci.

Chwycił worek i z podniesioną głową wybiegł na klatkę. Drzwi choćby nie trzasnęły, tylko cicho zaszczękał zamek.

Na klatce pachniało kocim żalem i smażonymi ziemniakami od sąsiadów. Walizka wyciągała mu rękę, krzyż bolał, a w kieszeni wibrował telefon.

Pewnie Klaudia ta czekała na swojego rycerza.

Wezwał windę. Czekając, wyciągnął telefona, serce zabiło szybciej. Wiadomość: Kochanie, już rezerwowałam stolik. Tylko mam malutką sprawę….

Zbigniew czytał dalej: Muszę pilnie przelać dwa tysiące złotych mamie na leki, limit mi się skończył! Przelejesz? Oddam ci jak się zobaczymy :).

Zmarszczył brwi. Dwa tysiące… Wczoraj było tysiąc na taksówkę. Przedwczoraj pięćset na internet. Tydzień temu przelał cztery tysiące na kurs kreatywności.

Winda przyjechała. Zbigniew wtaszczył walizkę, nacisnął parter. W lustrze odbiła się twarz: starszy facet z czerwonym licem i miną zbitego kota.

Idę do młodej… pomyślał, ale brzmi to już jakoś mniej bohatersko.

Na dworze siąpił deszcz, wiatr wyrywał ostatnie liście. Zbigniew pociągnął walizkę na przystanek, bo Klaudia mieszkała na drugim końcu Warszawy, w nowych blokach.

Usiadł na mokrej ławce, wyjął telefon. Palce zmarznięte nie chciały współpracować. Zalogował się do banku.

Saldo: 1800. Do emerytury tydzień.

Cholera mruknął.

Napisał: Klaudynko, akurat mam mało na koncie. Dam ci gotówką, mam trochę schowane.

Odpowiedź natychmiast: emotka z przewracaniem oczami, potem: Zbyszek, no co ty, jak dzieciak! Pożycz od kogoś! Mamie źle! jeżeli mnie kochasz, znajdziesz sposób!

Zbyszek. Nie Zbigniew, nie Skarbie, tylko Zbyszek. Jak tego kota z sąsiedztwa.

Coś nieprzyjemnego ścisnęło mu żołądek. Zresztą… jeszcze ani razu nie rozmawiali przez kamerkę. Zawsze kamera zepsuta, net słaby. Za to zdjęcia w profilu modelki.

Zadzwonił, żeby usłyszeć jej głos. Dłuuugie sygnały. Rozłączone.

SMS: Nie mogę rozmawiać, bo płaczę!

Zbigniew siedział na przystanku, ściskając walizkę. Samochody chlapały go wodą, wiatr szarpał kurtkę. Zimno przenikało kości mimo odświętnej koszuli i jesiennej kurtki.

Klaudia wymamrotał głośno. Imię zabrzmiało jak plastik.

Telefon znów zabrzęczał: No i co? Przelałeś? jeżeli nie, choćby nie przyjeżdżaj. Nie potrzebuję faceta, który NIE POTRAFI załatwić takiej prostej sprawy!

Patrzył na ekran z zamglonymi oczami.

Przypomniał sobie Basię. Jak wczoraj wieczorem bez słowa nasmarowała mu plecy, jak gotowała te parowane klopsiki, których nie znosił, ale jadł bo wątroba jednak nie żelazna.

Jak wiedziała, gdzie ma każdą skarpetę lepiej od niego.

Nie potrzebuję faceta…

Wyobraził sobie siebie w mieszkaniu Klaudii. Obca kanapa, obcy zapach, cudze zasady. I konieczność ciągłego płacenia, by być fajnym.

Płacenia, płacenia, płacenia. Za młodość.

A potem? Jak mu tam krzyż strzeli, to co, Klaudia mu plecy nasmaruje? Czy raczej powie fuj i pomaszeruje do swojej matki?

Zbigniew powoli się podniósł, kolana trzasnęły jak suche gałęzie. Spojrzał na autobus nadjeżdżający pod blok. Ale nie ruszył się z miejsca.

Autobus odjechał, zostawiając go w kłębie spalin.

Jeszcze przez chwilę stał, wpatrując się w pustą ulicę. Potem wciągnął ciążką walizkę i ruszył z powrotem. Do domu.

Droga powrotna wydawała się dwa razy dłuższa. Winda klasyka polskiego bloku akurat nie działała. Musiał taszczyć walizę na trzecie piętro.

Na każdym półpiętrze przystawał, sapiąc i ocierając pot z czoła. Serce biło nie z miłości, ale z tachykardii.

Pod drzwiami własnego mieszkania zatrzymał się, odstawił walizkę i zadzwonił. Cisza.

Strach ścisnął mu gardło. A co jeżeli naprawdę się obraziła? Może wymieniła zamki? Przeca klucze zostawił na szafce… Idiota!

Zadzwonił raz jeszcze długo i natarczywie.

Basia! wychrypiał. Otwórz…

Zamek kliknął, drzwi się uchyliły. W progu stała Barbara Kazimierowa spokojna, w szlafroku.

Zbigniew stał naprzeciw niej przemoczony, cały w błocie, z czapką w dłoni. Po policzkach leciały mu łzy.

Prawdziwe, gorzkie łzy żalu do siebie, do własnej głupoty, do starości, która przyszła bez mądrości.

Ja… zaczął, głos mu się załamał. Ja, Basia… Tam autobus… I deszcz… I ja pomyślałem…

Nie mógł powiedzieć prawdy. Że ta Klaudia okazała się wydmuszką. Za dużo upokorzenia.

Barbara popatrzyła na niego, na walizkę, westchnęła.

Śmieci wyniosłeś? spytała.

Zbigniew spojrzał na pustą dłoń. Worek zapomniał na przystanku.

Nie… szepnął, spuszczając głowę.

Barbara pokręciła głową i odsunęła się.

Wchodź, Romeo. Herbata stygnie. I łapy umyj, bo cały jesteś w błocie.

Wszedł do przedpokoju, przetoczył przeklętą walizkę. Znajomy zapach prania i leków uderzył w nozdrza.

To był najlepszy zapach świata.

Zbigniew rozebrał się, poszedł do łazienki. W lustrze stary, zmęczony facet. Umył się zimną wodą, ścierając łzy i upokorzenie.

W kuchni Barbara nalewała herbatę w jego ulubioną wielką szklankę. Na stole talerz parowanych klopsów.

Basia wyjąkał, siadając. Przepraszam. Stary dureń ze mnie. Jakby mnie kto omamił.

Jedz, bo wystygnie rzuciła krótko.

Naprawdę, Basia… Jaka Klaudia? Jaka muza? Przecież ja bez ciebie… Ja choćby nie wiem, gdzie mam polisę…

W górnej szufladzie, w teczce z dokumentami odparła machinalnie, siadając naprzeciwko. Proszę cię, nie rób znowu szopki. Wróciłeś i tyle.

Żuł tego klopsa, a smakował mu jak rarytas w restauracji.

A ta… Klaudia… odważył się skłamać. Okazała się nie taka, jak myślałem. Papierosy jara i klnie!

Barbara zerknęła ponad okularami. W oczach zatańczyły jej iskierki, tłumione z trudem.

Coś ty! serio zagrała. A ty jako ten artysta, nie mogłeś tego znieść.

No jasne! Zbigniew się ożywił. Rzekłem: Droga pani, pani słownik nie pasuje do pani urody!. A ona…

Machnął ręką.

Generalnie… zrozumiałem swą pomyłkę. Wnętrze puste, Basia. Pustka.

Cieszę się, iż zrozumiałeś na przystanku, a nie w urzędzie cywilnym.

Wstała, sięgnęła po tubkę maści i położyła przed nim.

Pewnie cię w krzyżu łupie od tej walizki?

Zbigniew poczerwieniał.

Trochę.

Rozbieraj się, posmaruję cię.

Zdjął koszulę, sycząc i zginając się poczuł znajome, silne ręce żony. Wsmarowywała maść, mocno, fachowo.

Piekło, ale jak pod opieką.

Basia… mruknął do stołu.

Co?

Ty wiedziałaś, iż wrócę?

Pewnie.

Skąd?

Klepnęła go w ramię.

Bo w walizce nie miałeś ani kalesonów, ani skarpet, ani leków. Zamiast tego napchałeś kołdrę i… moją starą futrzaną czapę, którą miałeś zanieść do pralni.

Zbigniew zamarł i powoli obrócił głowę.

Czapę?

Czapę. Już rano widziałam, jak ją wciskasz. Myślałeś, iż nie zauważę? Bez okularów ślepy jesteś jak kretyn.

Zapadła krótka cisza. Przetrawiał: poszedł w nowe życie z żoniny kołdrą i czapką.

Nagle zaczął się śmiać. Najpierw cicho, potem głośniej. Śmiech przeszedł w kaszel, potem znów w śmiech.

Barbara przyłączyła się pod nosem.

Stary z ciebie osioł rzuciła bez złości. Dobra, podróżniku. Dojadaj. Jutro jedziemy na działkę trzeba słoiki do piwnicy wtaszczyć. Masz tu swój fitness i świeże powietrze.

Jedziemy, Basiu. Jak najbardziej! pokiwał Zbigniew głową, wycierając łzy.

Telefon znów zawibrował. Spojrzał: Klaudia: Gdzie jesteś?! Mama kona! Przelej chociaż tysiąc!.

Spokojnie kliknął zablokuj, potem usuń czat. Odłożył telefon ekranem do stołu.

Basia, a może damy sobie spokój ze słoikami? rzucił niespodziewanie. Może zrobimy grilla? Zamarynuję mięso, sam, jak ty lubisz, z cebulą.

Barbara uniosła brwi z zaskoczeniem. Zbigniew nie podchodził do grilla od dziesięciu lat.

Grill? A wątroba?

A na drzewo z wątrobą! Raz się żyje.

Ujął jej rękę spracowaną, szorstką i niezdarnie pocałował.

Dziękuję, iż otworzyłaś.

Wyciągnęła rękę z jego dłoni, ale bez obrazy raczej z cichym rozbawieniem.

Jedz, Don Juanie, bo wystygnie całkiem.

Za oknem narastał deszcz, gałęzie obijały szyby, ale w kuchni było ciepło i jasno. Na krześle wisiała jego świąteczna koszula, pachniało maścią i herbatą.

Zapach lepszy od najdroższych perfum.

Zbigniew patrzył na żonę i pomyślał, iż dwadzieścia osiem lat to ładny wiek, ale nikt nie pochwali się przed tobą, iż przez roztargnienie może wcisnąć do walizki czyjąś czapę i mimo to być mile widzianym w domu.

Basia?

No?

Z tą czapą do pralni trzeba by w końcu pójść. Zawiozę jutro.

Zawieź. Ale najpierw rozpakuj walizkę i wyciągnij kołdrę, bo mi nogi marzną.

Zbigniew przytaknął i z apetytem odgryzł kawałek klopsa.

Życie trwało. I do cholery wcale nie było takie złe.

Idź do oryginalnego materiału