„Idę do młodej”, oznajmił 65-letni dziadek, pakując walizkę – po godzinie wrócił zapłakany.

polregion.pl 1 dzień temu

Idę do młodej! oznajmił dziadek, lat sześćdziesiąt pięć, stłuszczając w walizce kratkowany pled, który jakby próbował się z niej wyrwać na wolność.

Edward Zieliński wygłosił to tak, jakby zamierzał polecieć w balonie nad Tatrami albo odkryć na nowo Warszawę pod Wawelską Skałą. Głośno, dramatycznie, ze świętym przekonaniem, iż zaraz wybuchnie granat uczuć.

Ale granat nie wybuchł. Nie zaświstał choćby korek od szampana.

Jego żona, Jadwiga, stała przy desce do prasowania, przeciągając żelazko po świeżo upranej koszuli męża. Z żelazka wyrywała się para, ssssycząc i rozbijając ciszę mieszkania.

Słyszę, Edwardzie, odparła spokojnie, choćby nie podnosząc wzroku. Kalesony z polarem spakowałeś? Listopad mamy, twoja młoda nie będzie ci nerek podgrzewać.

Edward zawisł w półruchu, z wełnianą skarpetą w ręce. Spodziewał się wszystkiego: szklanego talerza rzuconego w ścianę, ataku serca, lamentów, przysiąg, gróźb o telefon do córki…

Ale nie pytania o kalesony.

Co mają do tego kalesony, Jadzia?! zawył, czując, iż mu się policzki rumienią. Mówię o miłości, drugim życiu, o… odrodzeniu!

Dociągnął pled w walizce, usiadł na wieku całym ciałem i z zaciętą miną zapiął zamek, który zatrzeszczał litościwie jak jego kręgosłup.

A ty kalesony! Tylko proza życia ci w głowie! Tam jest lot! Tam energia! protestował, łapiąc oddech pomiędzy pretensjami.

Ta energia ma chociaż imię? Jadwiga odwiesiła koszulę na wieszak i podała mu ją wyciągniętą ręką. Czy w telefonie znana tylko jako Kiciuś?

Ona ma na imię Honorata! wyprostował się Edward z godnością, przejmując koszulę. I nie jest tylko kobietą, ona jest moją muzą!

Jadwiga tylko prychnęła, doskonale wiedząc, iż poezja Edwarda kończy się na toastach na urodzinach szwagra.

Honorata. Ładnie. I ile twoja muza ma wiosen?

Dwadzieścia osiem! wyklepał dziadek, wyzywająco patrząc na żonę.

Jadwiga odłożyła żelazko i spojrzała na niego długo i uważnie. Jakby widząc po raz pierwszy stary kredens, który nagle urwał sobie półkę.

Edwardzie rzekła cicho, ale głos miała stalowy. Masz sześćdziesiąt pięć lat. Krzyż cię łupie od stania w kolejkach do apteki, dieta lekarska ogranicza ci wszystko, z wyjątkiem gotowanej jarzyny.

Westchnęła.

A co ty poczniesz z dwudziestoparoletnią Honoratą? Wiersze jej będziesz recytował?

A to już nie twoja sprawa! odburknął, łapiąc za rączkę walizki. Będziemy podróżować! Spacerować pod księżycem! Rozkoszować się życiem! Jeszcze mi daleko do emerytury w głowie!

Próbował podnieść walizkę, ale znienacka ważyła jak głaz. Zęby zacisnął, ale nie pokazał bólu.

Nie można okazać słabości przed byłą. Już prawie byłą.

Tylko nie zapomnij tabletek na ciśnienie, amancie. Są w pierwszej szufladzie komody. I maść do stawów też zabierz. rzuciła Jadwiga, wracając do prasowania poszewek. Zresztą i tak pewnie zapomnisz.

Nic mi nie trzeba! skłamał, czując, jak serce bije mu gdzieś pod podbródkiem. Przy niej znów mam trzydzieści lat! Jadwiga, żegnaj. Mieszkanie zostawiam, jestem dżentelmen.

Dziękuję, żywicielu. Klucze połóż na komodzie. A, i śmieci wynieś, skoro idziesz.

To była kropla, która przelała czarę: żadnej tragedii, żadnego szału. Po prostu śmieci wynieś.

Chwycił worek stojący przy drzwiach i z wysoko podniesioną głową ruszył na klatkę. Drzwi nie trzasnęły, tylko cicho kliknęły zamkiem.

Edward Zieliński znalazł się w korytarzu, w którym pachniało stęchlizną i smażoną cebulą z mieszkania sąsiadki. Walizka ciągnęła rękę w dół, plecy bolały, a w kieszeni zawibrował telefon.

Pewnie Honorata czeka już na swojego rycerza.

Przywołał windę i, czekając na nią, sprawdził telefon. Serce załomotało słodko. Wiadomość: Kochany, już czekam! Zarezerwowałam nam stolik. Maleńki problem….

Edward czytał uważnie: Muszę natychmiast przelać mamie dwa tysiące złotych na leki, a mam limit. Możesz mi pożyczyć? Oddam ci przy spotkaniu!.

Westchnął. Dziwne. Wczoraj taxi kosztowało tysiąc. Przedwczoraj trzysta na internet. Tydzień temu poszło pięć tysięcy na warsztaty marzeń.

Winda przyjechała. Edward wtaszczył walizę, wcisnął parter. W lustrze widział starzejącego się mężczyznę w kaszkiecie z czerwonymi policzkami i zdezorientowanym spojrzeniem.

Idę do młodej powtórzył w myślach, ale fraza już nie skrzyła się bohaterskim światłem.

Na dworze było zimno i padał drobny, lodowaty deszcz, wiatr zrywał resztki liści. Sunął z walizką do przystanku Honorata mieszkała na drugim końcu Poznania, w nowych blokach.

Usiadł na przemocznej ławce i wyciągnął telefon, by zrobić przelew. Palce zdrętwiały, aplikacja bankowa dłużyła się niemożebnie.

Saldo: 1800 zł. Emerytura dopiero za tydzień.

Cholera mruknął.

Wklepał wiadomość: Honorato, kotku, nie mam na koncie. Przyjadę, przyniosę gotówką, schowałem trochę na czarną godzinę.

Odpowiedź: emotka z przewracającymi oczami. Potem: Edziu, no weź, pożycz gdzieś! Mama jest ciężko chora! jeżeli mnie kochasz, znajdziesz sposób!.

Edziu. Jakby był cudzym kotem, nie kochankiem.

Coś zimnego poruszyło się w piersi. Zamiast zrywu lepka podejrzliwość.

Przypomniał sobie, iż nigdy nie słyszał głosu Honoraty na żywo. Zawsze zepsuta kamera albo słaby internet. Ale zdjęcia w profilu wystylizowane, jak z magazynu.

Postanowił zadzwonić, tylko by usłyszeć głos. Długi sygnał, potem rozłączone.

Wiadomość: Nie mogę rozmawiać, płaczę.

Edward trzymał kurczowo walizkę, samochody rozpryskiwały błoto, pryskając na jego spodnie.

Zimno gryzło w kości, choć miał koszulę wizytową i kurtkę na zamek. Plecy pulsowały bólem.

Honorata wyszeptał, próbując wyczuć w smaku plastik jej imienia.

Telefon znów zabrzęczał: To co? Przelałeś? jeżeli nie, to nie musisz przyjeżdżać. Facet, który nic nie potrafi załatwić, nie jest mi potrzebny.

Edward patrzył na ekran litery rozmywały się.

Przyszło mu do głowy: Jadwiga nigdy nie pytała o przelewy. Wczoraj posmarowała mu plecy, kiedy krzyż w łuk. Gotowała te parowane kotlety, których nie znosił, ale jadł, bo wątroba nie jest państwowa.

Szukała jego skarpet lepiej niż on sam.

Nie potrzebuję faceta…

Wyobraził sobie siebie w obcym salonie, pod obcą kołdrą, na obcym regale. Musiałby wciąż udowadniać, iż jest wow.

Płacić, płacić, płacić za prawo do młodości.

A jeżeli złapie go lumbago? Czy Honorata posmaruje mu plecy kamforą? Czy tylko powie: fuj, idź do siebie?

Edward powoli wstał, kolana chrupnęły jak suchy chleb. Spojrzał na autobus jadący do nowych bloków nie ruszył się.

Autobus odjechał, pryskając mu spalinami w twarz.

Stojąc na pustej ulicy jeszcze chwilę, zawrócił, dźwignął walizkę i ruszył ku domowi.

Długo włóczył się pod zimnym niebem. Winda nie działała klasyka. Trzeba było ciągnąć walizkę na trzecie piętro pieszo.

Na każdym półpiętrze przystawał, dyszał, ocierał czoło. Serca nie waliło już z miłości, a z arytmii.

Pod drzwiami mieszkania przystanął, postawił walizkę, zadzwonił. Cisza. Nikt nie otwierał.

Przełamała się w nim panika: a może jej już nie ma, obraziła się na poważnie? Może zmieniła zamki? Klucz przecież zostawił na komodzie. Zadzwonił jeszcze raz, dłużej.

Jadzia! wychrypiał. Jadzia, otwórz!

Zamek szczęknął, drzwi się uchyliły. Stała w nich Jadwiga w szlafroku, spokojna jak zawsze.

Edward stanął w drzwiach mokry, z błotem na spodniach, kaszkiet zmoknięty. Po policzkach płynęły łzy.

Łzy wstydu, rozczarowania sobą, głupoty, starości, która nie niesie mądrości, a brednie.

Ja… zaczął, głos ugrzązł. Jadzia… Tam autobus… I deszcz… I pomyślałem…

Nie mógł się przyznać, iż Honorata okazała się wydmuszką, łowczynią przelewów. To byłoby gorsze niż ból pleców.

Jadwiga spojrzała na niego, na walizkę, westchnęła.

Wyniosłeś śmieci? zapytała.

Edward rozglądnął się po rękach. Nie było worka. Zostawił go na przystanku.

Zapomniałem… szepnął, spuszczając głowę.

Jadwiga pokręciła głową i odeszła w bok.

Wchodź już, Romeo. Herbata stygnie. I łapy umyj, cały jesteś w brei.

Zaciągnął walizkę do środka. Znajomy zapach świeżej pościeli i aptecznego spirytusu szczypał w nos.

To był najpiękniejszy zapach na świecie.

Rozebrał się, poszedł do łazienki. W lustrze stary, zmęczony facet. Umył twarz lodowatą wodą, ścierając z siebie łzy i upokorzenie.

Wszedł do kuchni, Jadwiga już stawiała przed nim kubek herbaty. Na stole talerz z parowanymi kotletami.

Jadzia… powiedział cicho, siadając przy stole. Przepraszam. Stary głupiec jestem. Diabeł mnie podkusił.

Jedz, bo ci wystygnie odpowiedziała krótko, choćby nie patrząc.

Naprawdę… Jaka Honorata, jaka muza?… Przecież bez ciebie… Ja choćby nie wiem, gdzie polisa leży.

W teczce z dokumentami, w górnej szufladzie odparła rzeczowo, siadając naprzeciw. Edwardzie, błagam, nie rób już więcej dramy. Wróciłeś i tyle.

Gryzł kotlet, który w tej chwili smakował lepiej niż tatarski befsztyk w najlepszym lokalu.

A ona, ta Honorata… odważył się trochę zmyślić dla ratowania resztek twarzy. Okazała się nie taka. Papierosy pali. Strasznie klnie.

Jadwiga spojrzała znad okularów. Oczka jej błyszczały skrywanym rozbawieniem.

No popatrz, co za koszmar z pełną powagą powiedziała. I ty, koneser kultury, nie dałeś się zbrukać?

Oczywiście. Mówię jej: Pani Honorato, słownictwo nie przystoi do urody. A ona…

Machnął ręką:

W sumie pustka, Jadzia. Pustka i próżnia.

Dobrze, żeś się opamiętał na przystanku, a nie w USC skwitowała.

Wstała, wyjęła tubkę maści z szafki i podała mu.

Plecy cię złapały, jak targałeś walizkę?

Edward się zarumienił.

Trochę…

Zdejmuj koszulę. Posmaruję.

Rozebrał się, powoli, marudząc przy tym, i poczuł znajomy, twardy dotyk ciepłych rąk żony. Smarowała mocno, umiejętnie.

Paliło, ale to był dobry ogień.

Jadzia… mruknął w stół.

Co?

Wiedziałaś, iż wrócę?

Oczywiście.

Skąd?

Jadwiga klepnęła go lekko w ramię.

Bo w walizce nie miałeś ani kaleson, ani skarpet, ani tabletek. Za to mój stary futro upchnąłeś, co miałeś zanieść do pralni od pół roku.

Zamilkł i powoli się obejrzał.

Futro?

Futro. Myślałeś, iż nie widzę, jak go tam wciskasz? Bez okularów ślepy jesteś jak kret.

Zapadła cisza. Edward przetrawiał szedł w nowe życie z pledem i żoniny futrem.

Nagle wybuchnął śmiechem. Najpierw cicho, potem głośniej, potem zaczął podkasływać. Śmiał się aż Jadwidze drgały kąciki ust.

No, stary pień jesteś, Edwardzie. Zjedz porządnie, jutro pojedziesz ze mną na działkę trzeba słoiki do piwnicy zanieść. Tam i będziesz miał fitness, i zdrowe powietrze.

Pojedziemy, Jadziu, na pewno pojedziemy śmiał się, ocierając łzy.

Telefon zabrzęczał z kieszeni. Wyjął, spojrzał: Honorata: Gdzie jesteś?? Mama kona!! Chociaż tysiąc przelej!!.

Pewnym gestem nacisnął Zablokuj. Potem Usuń czat. Położył telefon ekranem do stołu.

Jadzia, a może odpuśćmy te słoiki? Może usmażymy kiełbasę na grillu? Zamarynuję mięso, po twojemu, z cebulą.

Jadwiga aż uniosła brew ze zdziwienia. On nie stał przy grillu dekadę.

Kiełbaska? A twoja wątroba?

A niech ją szlag! machnął ręką. Żyje się tylko raz.

Wziął jej rękę, zgrubiałą od prania, i nieporadnie, ale szczerze ją ucałował.

Dziękuję, iż otworzyłaś, Jadziu.

Cofnęła rękę, odrobinę speszona, ale nie oburzona.

Jedz, Don Juanie, bo ostygnie do reszty.

A za oknem coraz bardziej lało, gałęzie uderzały o szybę, ale w kuchni było ciepło i jasno. Na krześle leżała koszula, pachniało maścią i herbatą.

I to był najlepszy zapach świata.

Edward patrzył na żonę i myślał, iż dwadzieścia osiem lat to istotnie piękny wiek.

Ale tylko ktoś, kto wie, iż można przypadkiem zapakować żonie futro do walizki naprawdę wpuści cię z powrotem do domu.

Jadzia! zagadnął.

No?

Futro trzeba do pralni zanieść. Jutro zawiozę.

Zawieź. Tylko najpierw rozpakuj walizkę. I wyjmij pled. Bo nogi mi marzną.

Edward przytaknął i z apetytem ugryzł kotlet.

Życie trwało dalej. I, cholera, nie było takie znów najgorsze.

Idź do oryginalnego materiału