W takich czasach jak nasze odpowiedzialnością artysty jest bycie wolnym – z gruzińską artystką, aktywistką i niezależną kuratorką Natalią Vatsadze, rozmawia ukraińska kuratorka Yuliia Kosterieva
Yuliia Kosterieva: Jesteś jedną z założycielek i członkinią grupy artystycznej Bouillon Group założonej w Tbilisi w 2008 r., znanej z działań performatywnych i protestów w przestrzeni publicznej. Jak w dzisiejszych realiach widzisz relacje między sztuką a polityką i polityką a sztuką?
Natalia Vatsadze: Nazwa Bouillon Group odwołuje się do Jeana Baudrillarda, który pisał o przenikaniu się różnych sfer życia. Według niego – i ja się z tym zgadzam – granice między dziedzinami adekwatnie zniknęły. Sport może być polityką, polityka może być sztuką, sztuka może być kulinariami, kuchnia filozofią. Wszystko miesza się w jeden wielki kulturowy bulion. Dlatego uważam, iż nie ma dziś wyraźnych podziałów. Wszystko, co robię jako artystka, wyrasta z mojego codziennego życia.
Moim podstawowym narzędziem jest ciało – także z powodów ekonomicznych. W Gruzji artystów nikt nie wspiera finansowo. Nie mamy instytucji, które dawałyby środki na pracę, nie mamy muzeum sztuki współczesnej, które zapraszałoby twórców do współpracy. W takiej sytuacji mój bardzo pragmatyczny umysł nieustannie pyta: co mogę zrobić, mając tak niewiele? Jak stworzyć coś, na co rzeczywiście mnie stać?

Weźmy mój performans Sufra: wszystkie materiały kupiłam sama. O dokumentację proszę znajomych – czasem za darmo, czasem staram się im zapłacić, żeby nie nadużywać ich życzliwości. Wybór performansu wiąże się więc też z ekonomią: jeżeli nie możesz kupić żadnych materiałów, pozostaje ci własne ciało. Od osiemnastu lat nie mam pracowni i nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Ale przestrzeń publiczna jest nasza. Mamy w niej pewną niezależność i nie chcemy jej utracić.
Tymczasem Ministerstwo Kultury i Sportu Gruzji twierdzi, iż sztuka nie może być polityczna – i wielu artystów powtarza ten pogląd, sądząc, iż tworzą sztukę „apolityczną”. W rzeczywistości uprawiają propagandę. Nie chcą krytykować, nie rozumieją, iż krytyka jest konieczna, by rozwijało się społeczeństwo. Wyobrażasz sobie artystę, który jest zapatrzony wyłącznie w siebie i zajmuje się tylko sobą? To byłoby naprawdę dziwne.
YK: Wiele działań Bouillon Group oraz twoich indywidualnych performansów, miało miejsce przed budynkiem gruzińskiego parlamentu. Dlaczego właśnie tam? Dwanaście lat temu pracowałaś głównie w przestrzeniach prywatnych i mówiłaś, iż w Gruzji choćby miejsca, które powinny być publiczne, są w rzeczywistości prywatne. Jak sytuacja wygląda dziś?
NV: Dwanaście lat temu, kiedy prywatne mieszkania otwieraliśmy publiczności prezentując w nich sztukę, upublicznialiśmy je. Dziś, jeżeli przeniosłabym się znów do mieszkań, oznaczałoby to dla mnie poddanie się.
W porównaniu z sytuacją sprzed dwunastu lat, przestrzeń publiczna jest w tej chwili o wiele bardziej kontrolowana przez państwo. Jeszcze dwa lata temu mogliśmy zrobić performans Weightlifting Strategies – akcję, w której członkowie Bouillon Group wykonywali rytmiczne, quasi-sportowe gesty z podnoszeniem i balansowaniem krzesłami, przekształcając je w symbol władzy i oporu. Występowaliśmy przed parlamentem, a obecność tych krzeseł w przestrzeni publicznej pozwalała pokazać mechanizmy dominacji, hierarchię i relacje sił między państwem a obywatelami. Dokumentacja performansu gwałtownie rozeszła się w mediach społecznościowych, stając się jednym z najbardziej rozpoznawalnych komentarzy do sytuacji politycznej w Gruzji. Dziś choćby wniesienie krzesła na plac przed parlamentem jest zakazane.

Budynek parlamentu ma zresztą wyjątkową historię. W czasach Imperium Rosyjskiego stał tam ogromny sobór prawosławny. Był tam także cmentarz osób, które zginęły w walce z bolszewickim najazdem w 1921 r. To miejsce pamięci. Wszystkie największe manifestacje w Gruzji odbywały się właśnie tam. I dlatego, kiedy obecny rząd próbuje podważać oczywiste fakty i rozmywać kwestię tego, czy Rosja jest wrogiem – to jest to naprawdę absurdalne. Historia tego miejsca mówi sama za siebie.
YK: Kiedy wcześniej rozmawiałyśmy o instytucjach artystycznych w Gruzji i o współpracy z nimi, wspomniałaś, iż nie chcesz podporządkowywać się programom i zasadom obowiązującym w galeriach, ale mimo wszystko musisz je brać pod uwagę. Jak wygląda wasze – kolektywne i indywidualne – podejście do prywatnych i państwowych instytucji artystycznych w Gruzji i na świecie?
NV: Dziś sytuacja jest znacznie gorsza niż dwanaście lat temu. Wtedy mieliśmy jeszcze jakąś relację z Ministerstwem Kultury. Mogliśmy wziąć pieniądze od państwa, zrobić przedstawienie, które było krytyczne wobec władzy. Obecny rząd jest wyraźnie prorosyjski i nie chcemy mieć z nim żadnych relacji.
Zmiany zaczęły się od przebudowania struktury wszystkich instytucji kultury. Na stanowiska dyrektorskie i menedżerskie trafili ludzie, których można łatwo kontrolować, bez kompetencji i bez autonomii. Dlatego instytucje publiczne trzeba bojkotować. Im więcej osób je bojkotuje, tym wyraźniej widać, iż w nich przestaje się dziać cokolwiek wartościowego.
Systematycznie przestrzeń do sprzeciwu gwałtownie się kurczy, a lojalność wobec władz jest coraz mocniej nagradzana. We wrześniu ubiegłego roku zorganizowałam wystawę w przestrzeni artystycznej w Gori – decyzją sądu to miejsce zostanie zamknięte. Rząd likwiduje wszystkie niezależne i krytyczne miejsca.

Jakiś czas temu BBC pokazało film dokumentalny o listopadowych represjach. Ujawniono w nim, iż rząd użył zakazanych środków chemicznych przeciwko pokojowym protestującym. Wiele osób zostało zatrutych. Więzienia są przepełnione, a władza szczególnie brutalnie traktuje kobiety. Nie pamiętam niczego podobnego za poprzednich rządów. Gruzińskie kobiety są jednak niezwykle odporne – i mam wrażenie, iż właśnie tę odporność próbuje się teraz złamać.
YK: Czy sztuka dziś ma moc działania z pozycji władzy – i wobec kogo? Kto adekwatnie daje artyście tę władzę?
NV: Jedyną bronią, jaką dysponują artyści, jest sztuka. Wszystkie działania Bouillon Group dotyczą polityki. Nasza praca działa jak lustro – a politycy często nie lubią tego, co w nim widzą. Na tym polega siła sztuki. Nie wymyślamy niczego, czego nie ma. Te obrazy są częścią naszego życia. Teraz więcej rozmawiamy o polityce niż o sztuce – ale to w porządku. Sztuka jest polityczna.
W ostatnim dniu przed wyjazdem planowałam wykonać performans Sufra. Temo Kartlelishvili zapytał mnie: „A co, jeżeli cię złapią?”. Wielu przyjaciół mówiło, iż to niebezpieczne. Ale pomyślałam: nie, muszę to zrobić. Nie robię nic złego – trzymam tylko obrus nad głową. Powiedziałam przyjaciołom, którzy tam byli, iż jeżeli pojawi się policja, mają trzymać się z daleka. Gdyby się zbliżyli, policja mogłaby uznać, iż stawiamy opór.
Zwykle wygląda to tak, iż zostajesz aresztowana i musisz zapłacić grzywnę, by wyjść. A ja nie mam takich pieniędzy. Jestem artystką – artyści w Gruzji nie mają pieniędzy. Pracują w różnych miejscach, żeby przeżyć, zwłaszcza jeżeli mają dzieci, jak ja. To jest strategia przetrwania, ale to też forma walki.

YK: W minionych latach byłaś w Polsce na rezydencjach w Szczecinie i w Białymstoku. Co jest dla ciebie ważne, kiedy pracujesz w innym kraju? Na co zwracasz uwagę? Jaką masz strategię działania w nowym kontekście?
NV: Sztuka jest częścią mojego codziennego życia, więc w nowych miejscach chłonę wszystko jak gąbka. Kiedy w 2024 r. szykowałam się do wyjazdu na półroczną rezydencję ZONA LAB w TRAFO Trafostacji Sztuki w Szczecinie, w Gruzji trwała kampania wyborcza. Myślałam, iż strona demokratyczna wygra wybory i spokojnie wyjadę. Byłam obserwatorką wyborczą w jednej z wiosek i widziałam, jak odebrano nam zwycięstwo. W Tbilisi zaczęły się wielkie protesty, uczestniczyłam w nich przez pięć dni, a potem musiałam wyjechać, bo potwierdziłam już udział w rezydencji.
Szczecin jest pięknym miastem, z wyjątkową architekturą. Mieszkałam w świetnych warunkach, razem z trojgiem wybitnych artystów z różnych stron świata. Ale nie mogłam odciąć się od tego, co działo się w moim kraju. Codziennie śledziłam wiadomości – w Tbilisi zatrzymywano i bito tych, którzy protestowali na ulicach. To było przerażające. Pierwszy miesiąc w Polsce był dla mnie bardzo trudny; czułam ogromne poczucie winy, iż nie jestem w Gruzji.
Wtedy dowiedziałam się o Muzeum Historii Szczecina. Kiedy pracuję nad jakimś tematem, staram się robić głęboki research. Szukając inspiracji czy punktów zaczepienia w pierwszej kolejności dostrzegasz to, co w jakiś sposób jest już w tobie – jak ziarno, które potrzebuje bodźca, by zacząć rosnąć. W muzeum moją uwagę przyciągnęła jaskółka. Przypomniałam sobie lekcję z dzieciństwa: nauczycielka tłumaczyła nam wiosnę, mówiąc, iż jaskółki odlatują jesienią do obcych krajów, a wiosną wracają do swojego domu. Wtedy zrozumiałam, iż ja też jestem jak jaskółka. Odleciałam, ale wrócę – bo przyjdzie wiosna, a wiosna zawsze oznacza coś nowego.
To był pierwszy impuls. Później dowiedziałam się o operacji „Jaskółka” – przesiedleń Niemców w latach 1947-49 z terenów przyznanych Polsce po II wojnie światowej, także ze Szczecina. Fundamentalne pytanie dla tych ludzi brzmiało: gdzie jest nasze miejsce? Rozmawiałam o tym z osobami z Niemiec – okazało się, iż dziś dla nich to nie ma aż takiego znaczenia, ale dla mnie – osoby z małego kraju, ojczyzna jest czymś bardzo ważnym. Mimo że, tak jak ptaki, możemy się przemieszczać bez granic, zawsze wracamy tam, gdzie naprawdę przynależymy. To jest dla mnie bardzo ważne – pragnienie życia w wolności.

Wtedy zaczęłam myśleć o migracji kaukaskiej, o muhadżirach – muzułmanach zmuszonych do opuszczenia Kaukazu, o Tatarach krymskich, którzy musieli wyjechać z Krymu. Tak powstała moja praca Operacja Jaskółka – dedykowana wszystkim, którzy musieli opuścić swoje domy z powodów politycznych.
Pracując nad tematem migracji w Szczecinie, zaczęłam myśleć o własnej rodzinie. Moja mama jest Greczynką. Przypomniały mi się listy od naszego greckiego krewnego, które znalazłam jako dziecko – miały piękne znaczki pocztowe z motywami z mitologii. Kiedy więc myślimy o jakimś temacie, zawsze sięgamy do własnej pamięci. I choćby jeżeli artysta próbuje opowiadać o czymś osobistym, nie da się tego oddzielić od kontekstu politycznego i społecznego. To po prostu niemożliwe.

YK: Jaka jest więc odpowiedzialność artysty wobec społeczeństwa? Jaką rolę powinien przyjmować?
NV: Odpowiedzialnością artysty jest bycie wolnym. Wolność oznacza niepoddawanie się wpływom innych, pozostawanie silną i niezależną. Polega na tym, by mówić to, co naprawdę czujemy i myślimy. I zadawać takie pytania, jakie chcemy zadawać. A to może pobudzić innych do myślenia – być może w sposób, którego nigdy wcześniej sobie nie wyobrażali. To jest właśnie to, co możemy zrobić jako artyści.
– gruzińska artystka, aktywistka i niezależna kuratorka, współzałożycielka i członkini performatywnej Bouillon Group z Tbilisi. W swojej praktyce, w której ciało zawsze znajduje się w centrum, z cynicznym humorem pyta o procesy społeczne, polityczne i kulturowe towarzyszące transformacjom we współczesnej Gruzji. Jej prace oparte na badaniach i rzeczywistych historiach odnoszą się do pamięci, migracji i społecznego oporu.
Yuliia Kosterieva – ukraińska artystka i kuratorka. W 2001 r. ukończyła Państwową Akademię Sztuk Pięknych i Architektury w Kijowie. Jej prace często przybierają formę instalacji, obiektów i kolaboracji, które koncentrują się na historii i narracjach związanych z konkretnym miejscem, obiektem czy osobą. W 1999 r., wraz z artystą Yuriim Kruchakiem, uruchomiła interdyscyplinarną platformę Open Place. Praca platformy ma na celu poszerzanie badań twórczych i nawiązywanie relacji pomiędzy procesami artystycznymi a różnymi warstwami współczesnego społeczeństwa. w tej chwili pracuje w Galerii Arsenał w Białymstoku.









