To był chłodny poniedziałkowy poranek w centrum Warszawy, taki, który przecinał szaliki i sprawiał, iż choćby najstylowiśniejsi dojeżdżający przyspieszali kroku. Bartosz Wiśniewski ściskał swój termos z kawą jak linę ratunkową, pędząc w stronę Kowalski & Nowak. Ta niewielka firma konsultingowa była jego miejscem pracy w marketingu. Szalik tańczył za nim na wietrze, obcasy wybijały nerwowy rytm na chodniku, a w głowie powtarzał prezentację dla klienta na spotkanie o dziesiątej.
Spóźniał się znów.
Poranna ciżba sunęła jak tryby w nasmarowanej maszynie – wzrok wbity w ziemię, słuchawki w uszach, kawa w garści, myśli daleko. Bartosz przeciskał się przez tłum na Nowym Świecie, ale gdy skręcał w zaułek koło starej, zabitej deskami księgarni, dostrzegł coś niezwykłego. Coś nieruchomego. Coś ludzkiego.
Mężczyzna siedział na kamiennych schodkach przed zamkniętym sklepem. Wyglądał na wczesne sześćdziesiątki, ze srebrnymi włosami lekko kręcącymi się przy kołnierzu i głęboko osadzonymi, niemal zbyt jasnymi błękitnymi oczami na zniszczonej przez wichry twarzy. Jego płaszcz był wytarty, rękawiczce dziurawe na kostkach, obok leżała prosta tektura z napisem:
„Potrzebuję tylko jednej szansy.”
Bartosz zwolnił. Ludzie mijali mężczyznę, jakby był częścią betonu – kolejnym elementem miejskiego krajobrazu. Zawahał się, po czym podszedł.
„Chciałby pan coś ciepłego?” – zapytał łagodnie.
Mężczyzna spojrzał w górę, zaskoczony, ale nie zlękniony. Głos miał spokojny. „Kawa byłaby miłym gestem.”
Bez słowa Bartosz wślizgnął się do pobliskiej kawiarni. Po pięciu minutach wrócił z dwiema parującymi filiżankami. Podał jedną mężczyźnie i usiadł obok niego na schodkach.
„Jestem Bartosz” – powiedział, otulając dłońmi swój kubek.
„Janusz” – odparł tamten. „Miło mi.”
Przesiedzieli parę minut w cichej komitywie, popijając napoje, gdy poranny tłum przepływał obok. Bartosz nie wypytywał, a Janusz nie mówił wiele. Wspomniał tylko o pracy w „zarządzaniu i strategii”, o „długiej wędrówce przez życie” i o próbie zrozumienia, co dalej.
Było w nim coś – spokojna godność, która nie pasowała do podartych rękawiczek czy tekturowego znaku. Jego głos był wyważony. Precyzyjny. Łagodny.
Bartosz nie czuł litości. Czcił go.
Gdy wstał, by odejść, wyciągnął z kieszeni wizytówkę i podał ją Januszowi. „Jeśli kiedykolwiek będzie pan potrzebował z kimś porozmawiać… lub punktu zaczepienia… pracuję niedaleko stąd.”
Janusz spojrzał na kartę i skinął powoli. „Zapamiętam to, panie Bartoszu.”
Odszedł, czując, jak coś w nim się przesuwa. Nić porozumienia, delikatna niczym płatek śniegu, została utkana.
Tego popołudnia w Kowalski & Nowak Bartosz opowiedział kolegom z pracy o spotkaniu, gdy zebrali się przy ekspresie do kawy.
„Dałeś włóczędze swoją wizytówkę?” – Kinga z kadr uniosła brew.
„Nie wydawał się typowy” – odparł Bartosz.
Kinga prychnęła. „To nie cukierkowa bajka, Bartek. Ludzi nie naprawisz kawą i uprzejmością.”
Krzysiek, młodszy konsultant, zaśmiał się cicho. „Jesteś zbyt ufny. To naiwne, serio.”
Bartosz nie dyskutował. Wzruszył tylko ramionami. „Wierzę, iż ludzie to więcej niż nasze o nich wyobrażenia.”
Lecz wątpliwość zawisła w powietrzu jak para nad kubkiem.
Przez kilka kolejnych poranków Bartosz wypatrywał Janusza, mijając księgarnię, ale schodki pozostawały puste. Zastanawiał się, czy trafił do schroniska. A może… może to była tylko chwila – coś ulotnego.
Robota przybrała na tempie. Szepty o korporacyjnej fuzji krążyły po biurze. Spotkania się podwoiły. Deadline’y nawarstwiły. Dział marketingu brzęczał nerwową energią.
Pewnego ranka Bartosz zastał w firmowym lobby nowy szyld: Kowalski & Nowak – Partnerzy Grupy Jabłoń.
Ta nazwa ciągnęła nitkę pamięci. Jabłoń. Skąd to znal?
Machnął ręką – sprawdzi później – i pośpieszył na górę.
Następnego wtorku punktualnie o 9:58 szklane drzwi lobby otwarły się, a pomruk rozmów nagle ucichł.
Wszedł mężczyzna, wysoki i pewny siebie, w granatowym garniturze skrojonym idealnie. Wypolerowane buty odbijały się echem po marmurowej posadzce. Srebrne włosy miał starannie zaczesane do tyłu, a jego postawa emanowała spokojną władzą.
Bartosz zastygł.
To był Janusz.
Nie przypominał człowieka znanego ze schodków. A jednak był to bezbłędnie on.
„Dzień dobry” – powiedział do sali głosem gładkim i zdecydowanym. „Jestem Janusz Jabłoń, Dyrektor Strategii Grupy Jabłoń. Z przyjemnością będę współpracował z każdym z państwa.”
Cisza zapadła niemal komiczna. Słyszałeś spadający długopis. Oczy Kingi rozszerzyły
Gdy szmer powrócił, Janusz Jabłoń podszedł do Bartosza i uścisnął mu dłoń mocniej niż inni, a jego promienny uśmiech mówił wszystko bez słów, bo w głębi duszy wiedział, iż choćby najmniejsza szansa, jak ta przejaskrawiona kawa na zimnym chodniku, może zmienić więcej niż wszystkie korporacyjne strategie świata.