KOCHAĆ, ZNOSZĄC, ZNOSIĆ, KOCHAJĄC
U Jana i Marysi wesele było z kościelnym błogosławieństwem.
W dniu ślubu, kiedy orszak weselny już zbliżał się do kościoła św. Antoniego w małym miasteczku na Mazurach, nagle zerwała się gwałtowna, letnia nawałnica. Nadszła jak znikąd, z szarego nieba, i porwała welon panny młodej. Ten wzniósł się jak balon i wirował w powietrzu, aż w końcu bezwładnie opadł w błotnistą kałużę przy rynku. Wszyscy goście zamarli w bezruchu. Chwilę potem burza ucichła, jakby jej nie było. Jan rzucił się ratować welon, ale nie zdążył go złapać.
Bielusieńki welon brudził się w czarnej wodzie, a Marysia, z oczami pełnymi łez i niedowierzaniem, krzyknęła:
Jasiu, nie podnoś go! Nie założę już tej welony!
Staruszki, zawsze przesiadujące pod kościołem, zaczęły szeptać: iż to znak, iż u młodych życie w wichurach i kłopotach będzie…
W sklepie tuż obok kupiono sztuczny biały kwiat i wczepiono go w kok Marysi. Czas gonił, a przecież nie można się spóźnić na własny ślub!
Nowożeńcy, lekko zdezorientowani, stanęli w przedsionku kościoła, trzymali ślubne świece i składali sobie przysięgę małżeńską pod ołtarzem dla Boga. Ale jeszcze przed ceremonią, podpisali papiery w Urzędzie Stanu Cywilnego, urządzili wspaniałe wesele i świętowali dla ludzi…
Po trzech latach wspólnego życia już były w domu dzieci: córeczka Zosia i synek Kuba. Rodzina żyła zgodnie, niczego nie brakowało.
… Dziesięć lat później, w starych murach domu Jana i Marysi pojawiła się dziewczyna.
Marysia zawsze lubiła gości i tych oczekiwanych, i tych nieproszonych. Wszyscy byli przyjmowani z otwartym sercem; zawsze na stole świeży chleb, herbatniki, herbata, czas i słowo pocieszenia. Ale ta wizyta była inna. Nie było wtedy Jana w domu.
Marysia, rzucając wprawnym, kobiecym okiem, zmierzyła nieznaną dziewczynę. Smukła, ładna, uprzejma i bardzo młoda.
Dzień dobry, Marysiu. Jestem Milena. Będę… przyszłą żoną twojego męża szepnęła dziewczyna, jakby zdradzając sekret.
To interesujące wykrztusiła Marysia.
A długo już Jan taki ci narzeczony? dopytywała Marysia.
Długo. Ale już nie mam czasu czekać. Będziemy z Jankiem mieli dziecko odparła bez cienia wstydu.
Hm… No, klasyczny melodramat. Żona kochanka nieślubne dziecko… Ale wiesz chyba, iż jesteśmy ślubowani na zawsze? Mamy dzieci.
Wiem wszystko. Ale my się kochamy! I też na zawsze! Możecie się rozwieść przecież nalegała Milena. On cię zdradził, to wolno.
Panno, radzę nie wtrącać się w cudze sprawy. My sobie z naszymi wiernościami i miłościami poradzimy zirytowała się Marysia. Żegnam.
Milena wzruszyła ramionami i wyszła. Marysia trzasnęła drzwiami. Wszystko wywąchała… Ale Iwana nie dostanie! zadrżała ze złości.
Myśli zaczęły chodzić ciemnymi ścieżkami. Przypominała sobie, jak Jan bywał nieobecny, tracił serce do dzieci i do niej, wymawiał się pracą, pilnymi delegacjami, nagle chciał jeździć na ryby, choć wcześniej o tym nie wspominał… Wszystko pasowało. Kobieta zawsze czuje obecność innej.
Chociaż Marysia odpychała złe myśli: może przesadza? Może Jan jeszcze jest takim, jak zawsze?
Wieczorem, gdy Jan wrócił do domu, Marysia podała mu tradycyjną zupę ogórkową. Najpierw nakarmić męża, potem rozmawiać o sprawach trudnych.
Gdy Jan podziękował za kolację, Marysia bez ogródek zapytała:
Janku, jesteś zakochany?
Zakochany przyznał się Jan, ściszonym głosem.
Dzisiaj była u mnie twoja… ta dziewczyna. To poważne?
Jestem draniem! Nie mogę żyć bez Mileny! Próbowałem zerwać. Nie da się! Wypuść mnie z tego, Marysiu! błagał Jan.
Wypuszczam… odpowiedziała cicho Marysia. Rozumiała, iż przekonywanie go, proszenie, przecież mamy dzieci, jest bezcelowe. Życie pokaże.
Jan odszedł do ukochanej.
Marysia pojechała po radę do proboszcza. Ksiądz słuchał uważnie i pocieszał:
Córko, miłość wszystko zniesie i nigdy nie przemija! Ale masz prawo do rozwodu, skoro mąż uległ grzechowi. Możesz mu wszystko wybaczyć, modlić się i czekać. Drogi Pana są niezbadane…
Dwa miesiące później Marysia poczuła pod sercem nowe życie. Dziecko Jana. Była szczęśliwa, bo uznała, iż to znak. Jan wróci. Ta myśl dawała jej spokój.
Na świat przyszedł synek. Mama Marysi poradziła dać mu na imię Jaś przecież to jak Jan. Może, córciu, twój Janek wróci…
Marysia mogła liczyć na pomoc mamy. Zajmowała się dziećmi, karmiła, poiła kompotem z malin, czytała bajki pod pierzyną, uczyła, jak być dobrym człowiekiem.
Jan nie zapominał o Zosi i Kubie. Przywoził im klocki lego, zabierał nad Mazury, zostawiał Marysi koperty z pieniędzmi szerokie, pełne złotówek.
Marysia dzieciom zabroniła mówić tacie o narodzinach brata Jasia. Ale dzieci swoje wiedzą. Zosia pochwaliła się tacie. Jan pomyślał, iż Marysia znalazła sobie kogoś i serce mu ścisnęło… Nie przypuszczał, iż to jego własny syn…
Tymczasem u Mileny nastało pasmo nieszczęść. Przeleżała w szpitalu, z trudem znosiła ciążę. Jan latał na targ po jabłka, do warzywniaka po kiszone ogórki, przeszukiwał apteki za wapniem, bo Milenie brakowało, i chrupała tynk z rozkoszą. Ale ich córeczka urodziła się martwa. Jedna tragedia kończyła się drugą. Druga ciąża poronienie.
Milena nie wytrzymała psychicznie, chciała pauzy, ale los szykował własny scenariusz…
Jan cały czas był blisko niej. Czuł się winny całemu światu.
W tym czasie w domu Marysi coraz częściej pojawiał się dawny kolega z uniwersytetu Waldek. Przystojny, miły, choć zawsze trochę zbyt poważny i bez poczucia humoru faworyt swojej mamusi. Nigdy nie był dla Marysi kandydatem na męża. Dziewczyny z roku za nim szalały, ale kiedy Marysia poznała Jana Waldek odszedł w cień. Na jakiś czas.
Pewnej szarej, jesiennej niedzieli Marysia jechała autobusem i gapiła się, zamyślona przez zaparowaną szybę. Przysiadł się do niej mężczyzna:
Mogę? zapytał uprzejmie.
Proszę bardzo nie obracając głowy, przesunęła się Marysia.
Smutno ci, dziewczyno? zagadnął znowu.
Westchnęła. W końcu się obejrzała.
Waldku?! Ty żyjesz! Opowiadaj, gdzie się zapodziałeś!
W drodze Waldek kupił wino, owoce i słodycze dla dzieci.
Przy kolacji Marysia wygadała mu się ze wszystkiego. Waldek był wdzięcznym słuchaczem, kiwającym głową. Na koniec pocałowała go w policzek za wsparcie. Waldek odszedł rozpromieniony.
Okazało się, iż nie ożenił się, nie miał dzieci. Taki los.
Waldek coraz częściej odwiedzał Marysię, zawsze coś przynosił dzieciom, jej kwiatek z ogródka lub z rynku.
Marysia jasno postawiła sprawę: Możesz przychodzić, ale ja czekam na męża. Żadnych poufałości.
Waldek i tak był szczęśliwy. To już więcej niż samotność mówił. Będę cię miał za siostrę, a dzieci za bratanków.
Tymczasem u Jana zmieniło się na lepsze. Milena urodziła zdrową dziewczynkę, dali jej na imię Bogna żeby była błogosławiona. Milena całą sobą oddała się macierzyństwu, pamiętając rozmowę z Marysią. Kradzione szczęście nie jest słodkie. Po narodzinach Bognusi zrozumiała, co przyniosła do domu Marysi… Najchętniej padłaby jej do stóp z przeprosinami.
Jan oszalał na punkcie Bogusi. Przynosił jej zabawki, w nocy latał do łóżeczka, kąpał ją, tulił. Milena wzruszała się takim ojcem.
Czas płynął, niosąc wszystkich coraz dalej.
…Minęło pięć lat.
Dzieci urosły. Dorośli też wydorośleli. I wtedy okazało się, iż Milena jest ciężko chora. Miała zaledwie trzydzieści lat. Jan nie mógł sobie znaleźć miejsca. Szpitale, lekarze, kosztowne zabiegi, leki…
Milena powoli żegnała się ze światem. Kiedy lekarze uznali, iż nie ma dla niej ratunku i wypisali ją do domu, Milena wyszeptała do Jana:
Zawieź mnie do twojej żony. Proszę.
Jan się zdziwił, ale posłuchał.
Marysia już wiedziała od Zosi, iż Milena jest śmiertelnie chora. Kiedy Jan poprosił o rozmowę, nie odmówiła.
Wniósł Milenę w ramionach przez próg swojego dawnego domu.
Cała rodzina zebrała się w salonie, czekając na wyjaśnienia.
Marysia złożyła ręce na piersi i wskazała oczami łóżko. Jan położył Milenę delikatnie na kocu, poprawił poduszki.
Zostawcie mnie tu z Marysią poprosiła Milena cicho.
Wszyscy wyszli z pokoju.
Marysia przysiadła się na łóżku.
Przepraszam cię, Marysiu. Doszła mnie sprawiedliwość Boża… Proszę! Wychowaj Bogunię jak swoją. Ja nie mam nikogo tylko Jana i… ciebie. Obiecaj!
Marysia wzięła ją za rękę.
Mileno, to nie Bóg karze, sami sobie wszystko czynimy. Już cię dawno wybaczyłam. O Bognusię się nie martw. Zostawiam was z Janem. Będziecie tu mieszkać. Macie miejsce. Wszystkim nam tak będzie łatwiej. Wyzdrowiejesz, zobaczysz! poklepała ją Marysia po ramieniu.
W domu Marysi, jak w ogromnej chacie z bajki, było miejsce dla wszystkich. Wszyscy z troską opiekowali się Mileną, a najbardziej… Waldek. Od początku był dla niej delikatny, znajdował odpowiednie słowa, rozmawiał o życiu. Nim się spostrzegł, zakochał się w Milenie, a Bognę nazwał Bożą stokrotką.
Milena zapragnęła żyć! Marysia tchnęła w nią nadzieję, której Milena się uczepiła. Powoli wracała do zdrowia… Pół roku pełne była zwątpienia, leczenia, bólu. Aż w końcu mogła wyjść w ogród, oddychać zapachem ziemi, poczuć słońce na bladym obliczu, szeptać coś do siebie. Życie powoli wracało.
Myślała o Waldku. Jana nie przestała kochać, ale to cudzy mąż. Nie dla mnie! Co nie moje, niech za płotem rośnie! Tę lekcję zapamięta na zawsze. Ale Waldek był dobrym człowiekiem przygarnął ją z dzieckiem jak swoje. Są i takie rodziny. Miłości jednego czasem starcza dla dwojga.
…Nadszedł dzień, kiedy do obiadu Milena powiedziała:
Marysiu, Jasiu! My z Bognusią i Waldkiem wyprowadzamy się. Dziękuję wam za dach, opiekę, miłość, której się nie spodziewałam. Niskie ukłony!
Jan i Marysia wymienili spojrzenia. Wiedzieli, co się święci rodzi się między Waldkiem a Mileną prawdziwe uczucie. Miłość.
Jeszcze wcześniej Jan odbył z Marysią trudną rozmowę.
Marysiu, przy każdym rozwiązaniu tej historii z Mileną chcę być z tobą! Twoje serce jest bez granic! Przyjmiesz mnie z powrotem? Proszę cię… mamy troje dzieci do wychowania!
Jak myślisz, Jasiu? Czy nie przyjmę? Jeszcze o wybaczenie cię poproszę! Widać, nie byłam dosyć dobra, skoro inna cię skusiła… Życie to nauczyciel nie chcesz, a nauczy!
A Bogusia? Przecież jestem jej ojcem! Kocha mnie…
Bognia jest twoją córką i nie możesz jej zostawić. Mój dom zawsze dla niej otwarty zaakcentowała Marysia.
Waldek, Milena i Bogna szykowali się do przeprowadzki. Przy drzwiach Milena przywołała Jana:
Kochać musisz Marysię jak życie! Nie ranić jej! Ja będę o tobie pamiętać, Jasiu…
Bądź szczęśliwa, Mileno odpowiedział Jan.
I tak wszystko zatoczyło swój dziwny, polski krąg. Czas płynął, domy rosły, serca goiły się powoli, a świat był trochę snem trochę prawdą, a każdy miał swoją ścieżkę pod szerokim mazurskim niebem.






