KOCHAĆ, WYTRZYMAĆ, WYTRZYMYWAĆ, KOCHAĆ – Opowieść o Darze i Iwanie związkach świętym w polskiej cerk…

newsempire24.com 1 dzień temu

KOCHAĆ, CIERPIĄC, CIERPIEĆ, KOCHAJĄC

U Pawła i Małgorzaty ślub był oczywiście kościelny żadne tam cywilne formalności nie wchodziły w grę. Tego dnia, kiedy weselny orszak już zbliżał się do kościoła w Krakowie, znienacka nadciągnęła iście szalona letnia burza. Piorun wie skąd się wzięła, bez skrupułów strąciła z głowy panny młodej śnieżnobiałą welonę. Ta, jak balonik, poszybowała w górę, pokręciła się efektownie i z impetem wylądowała prosto w błotnistej kałuży. Wszyscy weselnicy zdążyli tylko wypuścić z siebie chóralne “O rety!”. Burza ucichła równie nagle, jak się pojawiła. Paweł rzucił się ratować welon, niestety na ratunek było już za późno.

Biała welonka grzała się teraz w czarnej, śmierdzącej kałuży. Małgosia, wzburzona jak wodospad w dolinie Dunajca, krzyknęła do swojego narzeczonego:
Paweł, choćby nie próbuj! Nie założę tego na głowę!
Stare babuleńki okupujące ławkę przed kościołem zaczęły szeptać i kręcić głowami a to wróżba na życiowe zawieruchy i burze dla nowożeńców, wiadomo…

Welon zastąpił plastikowy biały kwiat, przypięty chybotliwie we włosy szybko, bo przecież nie wypada się spóźnić na własny ślub! Przed ołtarzem Małgosia i Paweł wymieniali przysięgi, trzymając świece i obiecując sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. To dla Boga. Ale cywilna formalność w urzędzie stanu cywilnego i huczne wesele w remizie to wszystko musiało być, bo “co ludzie powiedzą”?

Po trzech latach szczęśliwego związku mieli już dwójkę dzieci córkę Zofię i syna Adama. Żyli sobie spokojnie swoim rytmem, a złe moce omijały ich szerokim łukiem.

Aż tu nagle, dziesięć lat później, pod drzwi Pawła i Małgorzaty zapukała pewna dziewczyna.

Gości Małgosia przyjmowała zawsze po polsku: serdecznie, gościnnie, z obiadem, herbatą i rozmową (często na dwa tematy naraz). Tym razem jednak zjawiła się gościni wyjątkowa przyszła, gdy Pawła nie było w domu.

Małgosia intuicyjnie zmierzyła dziewczynę wzrokiem. Smukła, grzeczna, zjawiskowo piękna i młoda.
Dzień dobry, Małgosiu. Mam na imię Milena. Jestem przyszłą żoną… twojego męża przedstawiła się tajemniczo.
No, proszę! Małgorzata aż się zadławiła powietrzem.
Dawno już Paweł z tobą zaręczony? dopytywała przewrotnie Małgosia.
Oj, długo, długo… Ale nie mogę już czekać. Paweł będzie ze mną miał dziecko ogłosiła Milena, jakby mówiła o wygranej w totolotka.
Kurczę… Jak z serialu! Żona, kochanka, nieślubne dziecko wyliczała pół żartem, pół serio Małgosia. Wiesz, iż jesteśmy z Pawłem po ślubie kościelnym? Mamy dzieci…
Wszystko wiem! Ale przecież… to prawdziwa miłość, na wieki wieków! Możesz się rozstać z nim… On cię i tak zdradza. Da się, sprawdziłam to! nalegała Milena.

Dziewczyno, radzę ci, nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. Poradzimy sobie sami zirytowała się Małgosia i stanowczo pożegnała natrętną gościnię.

Milena wzruszyła ramionami, jakby to był jej święty obowiązek, i ulotniła się z klatki schodowej. Małgosia zatrzasnęła za nią drzwi, aż echo poszło po całej kamienicy.
“Zobaczysz, Milenka, jeszcze nie raz cię życie dopadnie!” Cedziła w zębach, sprzątając kuchnię.

Zaczęła sobie przypominać, iż Paweł ostatnio zachowuje się… hm, nieco inaczej niż zwykle. Wieczne nadgodziny, nagłe wyjazdy “służbowe”, trzydniowe wypady na ryby (nienawidził dotąd ryb), nagła fascynacja bieganiem czy wędkowaniem jednym słowem zestaw standard. Każda kobieta wyczuje, kiedy coś się święci. W mieszkaniu unosi się lekko duszny zapach niedomówień.

Wieczorem Paweł wrócił do domu. Małgosia, jak każda przykładna żona, najpierw nakarmiła męża, potem przeszła do sedna sprawy.
Pawełku, kochasz się? zapytała ostrożnie.
Kocham zrzedła mu mina.
Dziś odwiedziła cię twoja “sympatia”. To coś poważnego? zdobyła się na szczerość Małgosia.
Jestem łajdak! Nie potrafię żyć bez Mileny! Dusi mnie bez niej! Próbowałem zerwać. Nie dałem rady. Puść mnie wolno, proszę, Małgosiu!
No to idź… Małgosia wiedziała, iż gadanie o rodzinie, o dzieciach i sumieniu nie ma większego sensu. Cóż, zobaczymy, co będzie dalej.

Paweł zebrał manatki i wyprowadził się do Mileny. Małgosia pojechała zapytać księdza o radę. Proboszcz posłuchał jej historii i rzekł:
Córko, miłość wszystko wytrzyma! Ale nie przestaje istnieć. Możesz unieważnić sakrament, bo mąż cię zdradził, uległ pokusom ciała. Ale możesz też przebaczyć i modlić się za niego. Drogi Pana są nieodgadnione…

Po dwóch miesiącach Małgosia zorientowała się, iż pod sercem nosi dziecko Pawła. Ucieszyła się, odczytała to jako znak iż być może Paweł wróci, kiedyś, kiedy mu rozum wróci na swoje miejsce. Tak żyła w oczekiwaniu przez kolejne miesiące, aż przyszedł na świat synek. Babcia zaproponowała: “Nazwijcie go Janko.” (W Polsce Janko to coś w rodzaju Pyśka ale i tak ironicznie a w domu wszyscy mówią na Pawła “Pawcio”.) Może twój Pawcio kiedyś wróci…

Na szczęście babcia Małgosi pomagała jej we wszystkim. Opiekowała się dzieciakami, karmiła, poiła, bajki opowiadała i życie tłumaczyła.
Paweł nie zapomniał o Zosi i Adamie. Przywoził zabawki, zabierał ich na Mazury, przesyłał pieniądze w kopercie z napisem “tylko dla mamy”.

Małgosia zakazała dzieciom wspominać ojcu o małym braciszku Janku ale czy dzieci kiedyś słuchały? Zosia w czasie wizyty u taty wszystko wygadała. Paweł uznał, iż Małgosia pewnie ułożyła sobie już życie z kimś innym. Serce mu ścisnęło i zatęsknił za dawnym szczęściem, choćby przez chwilę nie pomyślał, iż to jego syn.

Tymczasem, u Mileny nie było różowo. Najpierw ciąża, potem smutek dziecko urodziło się martwe. Milena długo nie mogła dojść do siebie. Kolejna ciąża również poroniła.

Milena, po przejściach, postanowiła zrobić sobie przerwę od macierzyństwa, ale życie miało inne plany… Paweł kręcił się przy niej a to melony doniósł, a to ogórki kiszone, a to szukał “smacznej” kredy, bo Milenie brakowało wapnia i zajadała się kredą, jak uczniowie w szkole po trudnej kartkówce. Ale szczęścia długo nie było.

Za to w życiu Małgosi znów pojawił się były kolega z studiów, Waldek. Wiecznie był nią oczarowany, wielokrotnie zapraszał ją na randki w czasach uczelni, a po obronie pracy magisterskiej od razu poprosił o rękę. Małgosia zawsze uważała, iż Waldek za bardzo “maminsynek”, bez poczucia humoru i zbyt poważny. Choć koleżanki szalały na jego punkcie, Małgosia, jak tylko spotkała Pawła, od razu odesłała Waldka na stanowisko “ex”. Wytrzymał tam przez lata.

Pewnego jesiennego, słotnego dnia, gdy Małgosia wracała autobusem do siebie, podszedł do niej facet.
Czy wolne? zagaił.
Proszę bardzo mruknęła, choćby nie zerkając.
Smutno pani? zagadnął po raz drugi.

Małgosia westchnęła, myśląc: “Co za upierdliwy jegomość”. Ale jak usłyszała:
Gosiu, to ty?
Odwróciła się, a tam Waldek.
Waldku! Gdzieś ty był? ucieszyła się szczerze.
Ty powiedz, jak ci się wiedzie? Szczęśliwa jesteś?
Przyjdź do mnie na herbatę! Żona cię nie zabije, jak się zasiedzisz za długo? chwyciła go za rękę.

Po drodze Waldek kupił butelkę wina, owoce, i całą siatkę słodyczy dla dzieciaków. Przy kolacji Małgosia wygadała się co do bólu, Waldek był wdzięcznym słuchaczem nie przerywał, kiwał głową i mruczał ze zrozumieniem. Na koniec dostał buziaka w policzek. Waldek, podbudowany, wrócił do siebie. Okazało się, iż nigdy się nie ożenił los tak chciał.

Waldek zaczął regularnie odwiedzać Małgosię, dzieciom przynosił krówki, dla Małgosi obowiązkowo kwiaty. Małgosia postawiła sprawę jasno:
Możesz wpadać, ale ja ciągle czekam na męża. Żadnych miłosnych wybryków!

Waldek zaakceptował to jak wygraną w totolotka. Uważał, iż lepiej być w domu Małgosi niż gnić samemu w kawalerce. Skwitował: No to będę cię traktować jak siostrę, a dzieciaki jak własne chrześniaki.

Tymczasem, los się odwrócił Milena urodziła zdrową, wymarzoną dziewczynkę. Nazwali ją Bożena “bożoślubna”, bo wszyscy w rodzinie już stracili nadzieję. Milena przeżywała macierzyństwo mocniej, niż nową wypłatę w styczniu. Wszyscy rozpamiętywali stare czasy, a Milena coraz częściej myślała o tym, co wyrządziła Małgosi… Przeklęte “ukradzione szczęście” smakuje gorzko.

Paweł rozpływał się nad córką, bez przerwy przynosił nowe grzechotki, wstawał nocami do łóżeczka, kąpał, tulił. Milena nie mogła się nadziwić, jaki z niego troskliwy tata.

Czas płynął wartko…

Minęło pięć lat. Dzieci wyrosły, bohaterowie trochę spoważnieli. Milena ciężko zachorowała miała zaledwie trzydzieści lat. Paweł szalał pomiędzy szpitalami a aptekami, wydając ostatnie złotówki na leczenie. Milena przygotowywała się na… niebo.

Paweł był przy niej na każde zawołanie. Szukał słów pocieszenia, choć widział, jak z każdym dniem Milena odchodzi.

Gdy lekarze odesłali ją do domu, gotową adekwatnie na wieczne odpoczywanie, Milena wyszeptała do Pawła:
Zawieź mnie do twojej pierwszej żony, proszę…
Paweł był zaskoczony, ale posłusznie zrobił, co kazała.

Małgosia już wiedziała, co się dzieje córka Zosia wszystko jej wcześniej wyśpiewała. Gdy Paweł poprosił o spotkanie, nie odmówiła. Paweł wniósł Milenę na rękach do mieszkania Małgosi.

Cała rodzina czekała z niecierpliwością. Małgosia, założywszy ręce jak generał na odprawie, popatrzyła wymownie na tapczan. Paweł delikatnie położył Milenę na kocu i podłożył poduszkę.
Zostawcie mnie z Małgosią, proszę… wyszeptała Milena.

Wszyscy wyszli.

Małgosia podeszła bliżej, spojrzała na wycieńczoną kobietę “niektóre to w trumnie lepiej wyglądają” pomyślała z typowo polską szczerością.
Przysiada się i mówi:
Wybacz mi, jeżeli możesz, Małgosiu! Dopadła mnie kara boska… Jedyne, o co proszę: zaopiekuj się Bożenką. Po mnie tylko Paweł… i ty jej zostaniesz. Obiecaj, iż wychowacie ją razem…

Małgosia, słuchając błagalnych słów, delikatnie ujęła Milenę za rękę.
Wiesz, Milena, kara boska to my sobie sami fundujemy. Już ci wybaczyłam. Bożenka nie zostanie sama! I jeszcze zamieszkajcie tu z nami. Tobie i Pawłowi będzie raźniej, a dom duży na pewno się pomieścimy!
Obiecuję ci: wyzdrowiejesz! Zobaczysz! Bóg potrafi cuda! Tylko się nie załamuj!

Jak w bajce o zaczarowanym domku, wszyscy znaleźli miejsce pod wspólnym dachem. Leczeniem Mileny najbardziej zajął się… Waldek. Od razu poczuł do niej sympatię, był przy niej niemal cały czas, znajdował dobre słowa, prowadził długie rozmowy, które jak się okazało, były prawdziwie lecznicze. Dbał też o Bożenkę mówił na nią “boża stokrotko”.

Milena bardzo chciała żyć. Dzięki Małgosi i atmosferze życzliwości, stanęła na nogi! Czas mijał, Małgosia, Waldek, Paweł, dzieci wszyscy starali się, jak mogli. Waldek coraz mocniej zakochiwał się w Milenie, choć była żoną Pawła.

Milena czuła wdzięczność, doceniała wszystko co dobre. Pawła przez cały czas kochała, ale teraz wiedziała, iż cudzy mąż to nie jej bajka. “Cudze nie tuczy”, powtarzała sobie w duchu. Z Waldiem czuła się dobrze, miał serce, do Bożeny był jak tata, a ona sama odradzała się do życia.

Kiedy już Milena poczuła się pewniej na nogach, zaprosiła rodzinę na obiad i ogłosiła:
Gosiunia, Pawcio! My z Waldiem i Bożenką idziemy na swoje. Dzięki za wszystko! Jesteście jak rodzina, jakiej nie ma nigdzie! Dziękuję z całego serca!
Paweł i Małgosia wymienili porozumiewawcze spojrzenia wiedzieli już od dawna, iż między Mileną i Waldkiem rozkwita wielkie uczucie.

Już wcześniej Paweł pewnego wieczoru powiedział do Małgosi:
Gosiu, obojętne co będzie z Mileną, ja chcę wrócić! Twojej dobroci nie da się zmierzyć. Przyjmiesz mnie?
A jak myślisz, Pawcio? Jeszcze cię będę za wszystko przepraszać! Widocznie nie byłam wystarczająco dobrą żoną, skoro dało się ciebie ukraść. Życie przyprawia o rozum każdego, kto go nie ma! Owinęła ramionami występnego męża.

A Bożenka? Ona cię kocha, Pawle… zamartwiała się Małgosia.
Bożenka to moja córka! Nigdy jej nie zostawię! Mój dom zawsze dla niej otwarty! deklarował Paweł stanowczo.

Nadszedł dzień odjazdu. Milena, już na progu, podeszła do Pawła.
Kochaj Małgosię ponad wszystko! Nie krzywdź. Ja zawsze będę ci wdzięczna, Pawcio! Pocałowała go na pożegnanie.
Szczęścia ci, Milena odpowiedział Paweł.

I już. Bo życie i tak pisze najlepsze scenariusze.

Idź do oryginalnego materiału