Ej, futrzaku! Czyj ty jesteś? Zosia stanęła jak wryta, wpatrując się w dużego rudego kota, który kucał tuż przed jej drzwiami.
Kot, rzecz jasna, nie odpowiedział. Nie drgnął choćby na widok Zosi. adekwatnie zupełnie nie zmienił pozycji. Jedynie poszarpane ucho lekko się poruszyło, jakby chciało powiedzieć: Słyszę cię, słyszę! Ale odpowiadać wybacz, nie zamierzam!
No i bardzo dobrze! Zosia powiedziała urażona i zaczęła szukać kluczy w torebce.
Kot, jakby rozumiał, co dziewczyna robi, lekko przesunął się na wycieraczce, ale nie uciekł, dalej wpatrując się uważnie w Zosię.
W końcu znalazła klucze i zaczęła majstrować przy zamku, zerkając kątem oka na niespodziewanego gościa.
To mieszkanie ona i Marek kupili raptem dwa miesiące temu. Małe, dwupokojowe, dokładnie takie, o jakim marzyli. Ktoś może by powiedział, iż mieszkanie w starej kamienicy to za mało, iż trzeba mierzyć wyżej. Może i racja. Ale Zosia i Marek tylko śmialiby się w takim człowiekowi prosto w twarz. Jeszcze pół roku temu nie śnili choćby o swoim kącie. Gnieździli się u dziadka w jednym pokoju, w wiekowej kamienicy, i już samodzielne mieszkanie im wystarczało do szczęścia.
Zosiu, tylko spokojnie z sąsiadami! upominała ją przyszła teściowa, Maria Zawadzka, pomagając sprzątać przed ślubem. To porządni ludzie, chociaż lubią zaglądać do kieliszka.
Ciekawe, co jest w nich takiego dobrego, skoro piją? żartowała Zosia, wyciskając szmatkę i odgarniając włosy z twarzy.
Ta grzywa zachwycała Marka, ale Zosi była w nią zupełnie niewygodnie. Przy sprzątaniu szczególnie. Choćby nie wiem jak się starała ujarzmić niesforne loki, zawsze jakiś kosmyk wyrywał się spod spinki i zwijał się pod czołem jak zwariowany dmuchawiec.
To trudne wytłumaczyć Maria Zawadzka potrząsała głową. Zbyt wiele przeżyli, nie każdy umie radzić sobie ze swoim losem.
Zosi to było bardzo bliskie. Jako sierota, wychowywana przez rodzinę zastępczą, która pozbyła się jej, jak tylko skończyła osiemnaście lat, doskonale wiedziała, jak łatwo ludzie użalają się nad sobą, zapominając, iż ktoś jeszcze od nich zależy.
Matka zostawiła Zosię, gdy ta miała zaledwie trzy lata. Na dworcu, z karteczką wsuniętą do kieszeni kurtki i z jednym, obdrapanym pluszowym królikiem. Zosia siedziała na ławce, tak jak mama kazała, i czekała, aż wróci. Cicho płakała do swojego uszatego Stefka. Bardzo chciało się jej siusiu, ale wiedziała: jeżeli zejdzie z ławki, mama bardzo się zezłości, może choćby zbije. Więc siedziała, kręciła się na miejscu i szukała mamy wzrokiem.
Mama nie wróciła. Za to przyszedł duży pan w mundurze. Coś spytał, Zosia zawzięcie pokręciła głową. Już nie płakała była głodna, zmarznięta i zupełnie nie rozumiała pytań nieznajomego. Dopiero gdy ten dotknął ucha jej królika i zapytał:
A jak ma na imię ten uszaty?
Zosia trochę się rozpromieniła. Podniosła wzrok i szepnęła:
Stefuś
Pan pogładził najpierw Stefka, potem ją po głowie, i spytał:
Mama już dawno wyszła?
Wtedy Zosia nie wytrzymała. Rozpłakała się jak nigdy, przestraszając nie tylko pana w mundurze, który nerwowo próbował ją uspokoić, wzywając przez radio koleżankę, ale i wszystkich w hali dworcowej. Ludzi czekających na pociąg było sporo, ale nikomu choćby przez myśl nie przeszło zwrócić uwagę na samotne dziecko siedzące parę godzin na ławce.
Czemu mama tak postąpiła, Zosia dowiedziała się dopiero po latach. Krótko przed maturą podeszła do niej dziwna kobieta pod szkołą, wyciągając ręce i płacząc:
Córeczko, wreszcie cię znalazłam! Przytul mamę, jak ja za tobą tęskniłam!
Zosia mieszkała już wtedy w rodzinie zastępczej. Było ich w domu siedmioro dzieci, każde w innym wieku. Rodzice troszczyli się o nich po swojemu. Nikt nie był głodny, wszyscy mieli ciepło, każde chodziło na jakieś zajęcia, całkiem nieźle radzili sobie w szkole. Ale wszyscy wiedzieli: gdy tylko skończą osiemnaście, będą musieli się wynieść, bo na ich miejsce czekają już kolejne dzieci.
Bliskich relacji z opiekunami nie było, a ciepło i miłość uznawane były za zbędne luksusy przy obowiązku i trosce. Mimo to Zosia nie rzuciła się w ramiona tej kobiety.
Choć, prawdę mówiąc, bardzo jej tego brakowało. Chciała mieć kogoś bliskiego, kogoś, kto ją po prostu kocha o tym marzyła w ciszy nocy, tuląc pod poduszką swojego zniszczonego Stefka. Ale to przecież niesprawiedliwe jedynym krewnym dziecka nie powinien być pluszowy królik
Zosia marzyła o mamie. O tym dniu, gdy ta przyjedzie, przytuli ją, zabierze do siebie i będzie ją kochać. Jak? Nie wiedziała, ale patrząc na inne dzieci, rozumiała, iż tak się zdarza.
Kiedy jednak naprawdę matka pojawiła się przed nią, płacząc i wołając ją do siebie, Zosia ani przez chwilę nie uwierzyła w te łzy. Mówiono jej, iż nie może pamiętać tamtego dworca i mokrej ławy, bo była zbyt mała. I w końcu przestała się z tym kłócić. Ale swoje wspomnienia ukryła głęboko. Nie znała szczegółów, ale czuła: był dworzec, był tłum, był strach. I ona została tam sama.
Jedna z jej sióstr, Natalia, która chodziła z Zosią do jednej klasy, natychmiast zareagowała, kiedy dziewczyna cofnęła się przed wyciągniętymi ramionami nieznajomej.
Zosia, kto to? Natalia stanowczo zasłoniła ją sobą.
Nie wiem… Zosia miała wrażenie, iż świat zaczyna wirować. Głowa jej się zakręciła, myśli pędziły bez ładu.
Proszę pani, pomyliła się pani! Proszę odejść! To moja siostra, nie znamy pani! powiedziała Natalia, biorąc Zosię za rękę i wyciągając ją ze szkolnego dziedzińca. Wszystko powiem mamie! Proszę nas zostawić!
Zosia i Natalia nie były ze sobą zżyte, ale tamtego dnia mocno ścisnęła dłoń przyjaciółki. Tak dotarły tego wieczoru do domu trzymając się za ręce. Na zdziwione spojrzenie matki opiekunki wzruszyły ramionami jednocześnie:
Co takiego?!
Od tego dnia Zosia miała siostrę.
Natalia, której historia różniła się od Zosi jedynie tym, iż porzucił ją ojciec alkoholik, również marzyła o kimś bliskim choćby niebiologicznym.
Zosia spotkała się z matką jeszcze raz, tydzień później. Ta przychodziła pod szkołę, już bez łez i wyciągniętych rąk, tylko szeptała:
Porozmawiaj ze mną, córeczko!
To córeczko irytowało Zosię, ale Natalia tylko wzruszała ramionami:
Niech sobie mówi jak chce. To tylko słowa.
To właśnie Natalia doradziła jej, by jednak dała matce szansę na rozmowę.
Nic nie tracisz. Przynajmniej dowiesz się, dlaczego cię opuściła. Pytaj! Domagaj się! Bo już pewnie więcej jej nie zobaczysz. Tylko wtedy przestaniesz myśleć, iż byłaś winna.
Skąd wiesz, iż tak myślę?! Zosia otworzyła szeroko oczy.
A kto tak nie myśli? Natalia posłała jej gorzki uśmiech. Każde z nas myśli, iż było nie takie, dlatego nas zostawiono
Ty też tak myślisz?
Ja też
Nigdy nie mówiłaś
Ty też nie. O tym się nie mówi. Tylko płacze. Ja tam płaczę. Ale w końcu przestanę, dorosnąć trzeba.
Rozmowa z matką nie wniosła wiele do życia Zosi.
Zostawiłaś mnie.
Wybacz mi, córeczko!
Nie nazywaj mnie tak! Denerwuje mnie to!
Dobrze, nie będę! Nie złość się
Dlaczego mnie zostawiłaś?
Ciężko mi było. Bez wsparcia, bez pomocy. Twój ojciec mnie wygonił.
Dlaczego?
Powiedziałam mu, iż nie jesteś jego córką.
To prawda?
Nie.
To po co tak powiedziałaś?
W złości. Kłóciliśmy się ciągle. Byliśmy młodzi, głupi. Rozstaliśmy się
A potem?
Pokłóciłam się z mamą i postanowiłam wyjechać. Ale gdzie z dzieckiem? Więc zostawiłam cię. Wiedziałam, iż ktoś się tobą zaopiekuje. Napisałam kartkę, iż wrócę
I uznałaś, iż to wystarczy? Co z ciebie za człowiek?!
Wiem, iż zawiniłam jeżeli pozwolisz mi to naprawić
Co chcesz naprawiać? Oddasz mi te lata bez ciebie? Wybacz, ale nie chcę cię więcej widzieć! Nie przychodź!
Nie przebaczysz mi?
Nie wiem. choćby jeżeli przebaczę, nie zapomnę! Rozumiesz? Nie potrafię!
Co masz pamiętać, dziecko? Byłaś wtedy taka mała! Nic nie pamiętasz!
Na te słowa Zosia po prostu wstała i wyszła. I wtedy postanowiła, iż już nikomu nie pozwoli decydować, co może, a czego nie.
Natalia bardzo dobrze zrozumiała jej decyzję:
Twoje życie. jeżeli tak czujesz, nie żałuj. Zamknij ten rozdział i idź dalej.
Natasza, ty jesteś taka mądra
Jeszcze nie zaśmiała się Natalia. Ale będę. Uczyć się chcę!
Kim chcesz być?
Psychologiem. Może wtedy zrozumiem, jak żyć.
Później długo się z tego śmiały. Po latach, gdy Natalia miała już męża i pierwszą córkę, powiedziała Zosi:
Bzdura z tym wszystkim! Nikt nie wie, jak żyć. Ani ty, ani ja, ani nikt na świecie.
Więc jak to robić, Natasza?
No jak Wesoło! Tak, żeby swoim było dobrze, ciepło i spokojnie, a obcym nie chciało się żyć cudzym życiem, oglądając seriale.
Ty umiesz.
Staram się! śmiała się Natalia, przewijając maleństwo.
Patrząc na Natalię, i Zosia uczyła się dystansu do własnych kłopotów.
No bo co z tego, iż mala kawalerka w kamienicy? Za to w centrum, blisko pracy. Mały remont własnymi siłami i życie jest prawie piękne! A teściowa miała rację sąsiedzi wcale nie tacy źli. Tak, zgubili córkę i teraz piją, uciekając od rzeczywistości, ale nigdzie się nie panoszą i nie przeszkadzają. Trzeba umieć współczuć.
Zosia długo nie mogła tego zrozumieć. Przez lata nikt, poza Natalią, nie współczuł jej szczerze.
Tu z pomocą przyszli teściowa i dziadek.
Maria Zawadzka była energiczną kobietą, upartą, ale empatyczną i gotową do poświęceń. Jednym z nich było przyjęcie Zosi jak własnej córki. Natalia mówiła o tym z podziwem:
Tylko się nie nastawiaj na cuda, Zosiu. Natalia pomagała jej przygotować się do spotkania z rodziną Marka. Ty dla nich nie masz nic: ani domu, ani ziemi, choćby kawalerki ci nie przyznali.
A przecież ustawiono mnie w kolejce!
Pamiętasz swój numer? No właśnie. Pewnie doczekasz się, jak świnia nieba. Ja bym na to nie liczyła.
Ale przecież mi się należy!
To właśnie cały problem. Gdzie należy, tam najczęściej nic nie ma! Patrz, pilnuj, ale licz na siebie. I teściowej o żadnych mieszkaniach nie wspominaj. Nie ma sensu.
Dlaczego?
Bo jak już coś dostaniesz, to się pochwalisz.
Ach, o to ci chodzi
O to. I jeszcze nie stawiaj ostrej miny matce Marka.
Natalia, myślisz, iż jestem głupia?
Nie. Po prostu, do człowieka trzeba się przyzwyczaić. Dać czas. Ona cię nie musi akceptować tylko dlatego, iż Marek cię wybrał, rozumiesz?
To Zosia akurat dobrze rozumiała.
Na początku Maria Zawadzka jej się nie podobała. Wszystkiego w niej było za dużo: głosu, wzrostu, energii. O Zosi nikt nigdy nie dbał. I choć troskę Marka przyjmowała jako coś naturalnego tylko w niewielkich dawkach to działania Marii ją po prostu drażniły.
Zosiu, płaszcz mi się już sypie. Pomożesz mi?
W czym?
Do galerii ze mną pojedziesz? Pomóż mi wybrać coś nowego. Prosiłabym Marka, ale to chłop, nie lubi zakupów. On wytrzymuje, ja łapię pierwszą rzecz z rzędu i uciekam. A jako kobieta niemała, trudno mi znaleźć coś dobrego. Co powiesz?
Niechętnie się zgadzała, a potem nie rozumiała, co się dzieje. Wracały z galerii obładowane torbami. Tylko jakimś cudem większość zakupów okazywała się dla Zosi
Nowa kurtka, wymarzone botki, torebka Nie musiała nic wybierać Maria podpatrywała jej spojrzenia i z uśmiechem prowadziła do kolejnych sklepów.
Ładna torebka, co? Kolor! Dla mnie już nie, ale dla ciebie super! No, jak ci się podoba?
Na protesty była głucha. Zosia rozpakowywała prezenty, wdzięczna tej dziwnej kobiecie.
Nie miała wątpliwości Maria była dziwna.
Kim dla niej była? Synową? No, prawie. Ale przecież w zasadzie tylko dziewczyną, którą przyprowadził jej syn. Troska ok, ale miłość? Gdzie tam To przecież tylko w bajkach teściowa przyjmuje narzeczoną z otwartymi ramionami. Więc do prezentów i rozmów Zosia podchodziła ostrożnie w duchu pamiętając rady Natalii.
Maria zdawała się to dobrze rozumieć i przestała narzucać się z bliskością. A gdy Zosia zapragnęła zamieszkać samodzielnie, zorientowała się bez słowa.
Dziadek jest już wiekowy. Ciężko mu samemu. Musimy pomyśleć, jak zamieszkać razem. Marek, wasz pokój trzeba zwolnić.
Mamo, a my dokąd?
Na miejsce dziadka. Zamienicie się miejscami. Jesteście młodzi, dacie radę. Dziadkowi będzie łatwiej pod opieką.
Dziadek Marka, słuchając tych rozmów, tylko się uśmiechał i kiwał głową. Po przeprowadzce, w weekend, budził córkę słowami:
Wstawaj, leniuszku! Czas na poranny spacer!
Maria wzdychała, wygrzebywała się z łóżka i wiozła ojca na poranny marsz po parku, potem polewała go zimną wodą.
Tata, myślisz, iż dobrze zrobiłam?
Jasne! Niech młodzi uczą się życia. Dopóki nie poproszą o pomoc nie wtrącaj się!
A co z Zosią? Przecież ona ledwo co z walizką do mnie przyszła.
To co innego. Tu masz prawo. Ale nie przesadzaj. Ona dumna. Nie narzucaj się za bardzo. Źle wyjdzie.
Maria posłuchała ojca. Przychodziła do dzieci na zaproszenie, nie wtrącała się, przypominała sobie, jak sama była młoda i niezbyt mądra. Z własną teściową miała trudne relacje do momentu pojawienia się Marka. Opieka nad niemowlęciem w pojedynkę przerastała ją. Mama mieszkała daleko, choćby telefonicznie nie zawsze mogła doradzić. Teściowa się wtedy przydała. Gdy urodził się wnuk, zmiękła i już nie czepiała się o byle co.
Jesteś matką! kiwając głową, patrzyła, jak drżą Marce ręce próbujące zapieluchować dziecko. Czego się boisz?
Co jeżeli zrobię coś nie tak? Skrzywdzę go? Taki malutki
Przestań płakać! Słuchaj mnie! Żadna kobieta nie umie nic, póki nie trzyma pierwszego dziecka. Każda się uczy! Wszystkie! I pierwsza lekcja: mama złego dziecku nie zrobi, niemożliwe! Urodziłaś go, tak?
Tak
Więc nie bój się. Weź na ręce, obejrzyj się w sobie, będziesz wiedziała, czego mu trzeba. A jak nie, pytaj. Pomogę, póki pamiętam.
Dziękuję
Eee, nie ma za co! Mnie też pomagali, gdy rodziłam twojego męża. To normalne!
Mark prawie nie pamiętał babci i dziadka, bo zginęli, gdy miał roczek, ale Maria ciągle mu powtarzała:
Kochałam cię! Babcia też. Nie mogła się tobą nasycić. Z rąk nie spuszczała. A tata… Byłeś jego radością. Czekał na ciebie! Piłki ci kupował, mówił, iż nigdy dość.
Mamo, czemu tak się stało? Przecież tata dobrze prowadził!
Nie wiem, synku. Mgła była wtedy. Słaba widoczność. Tata wiózł babcię do ciotki, bo ta była chora i mieszkała sama. Zadzwoniła, mówiła, iż źle się czuje jak odmówić? Rodzina! Sobota, pusto na drodze… A jednak ten tir widzisz, nie przejechał obok
Tęsknisz za nim?
Bardzo, synu! Gdyby nie ty i mój tata, nie wiem, co by ze mną było. Bardzo go kochałam.
A on ciebie?
Kochał, wiem to.
Skąd? Skąd wiedziałaś, iż to miłość, nie coś wygodnego?
Coś wygodnego?
Wiesz, o co chodzi. Wiele osób żyje razem z wygody.
Marek!
Już nie jestem dzieckiem. Rozumiem, iż dziś dla wielu najważniejsza jest wygoda. Miłość to jakieś dziesiąte na liście. Jest wygodnie, koszty na pół, łatwiej przeżyć. Nie tak?
Nie wiem, synu… Ale chyba jestem staroświecka. Dla mnie bycie z kimś to nie dzielenie rachunków. Chcesz mieć jak u mnie z tatą? Przyjdzie ci to.
Mam nadzieję, mamo.
Może dlatego, gdy do domu przyprowadził Zosię, Maria nie oponowała. Skoro syn wybrał, postanowiła się przyzwyczaić choćby jeżeli to trudne.
Zosi trudno było tylko na początku. Z czasem zniknęły jej ostre kolce, którymi się chroniła, a Maria stała się kimś niemal bliskim.
Propozycja dziadka sprzedaży pokoju Zosię zasmuciła.
Co taka smutna? dziadek Marka segregował papiery do notariusza, a Zosia mu pomagała. Boisz się, iż nie będzie gdzie mieszkać?
Nie! Przecież jesteśmy dorośli. Coś wymyślimy. Pokój albo małą kawalerkę wynajmiemy, wszystko zależy od budżetu. Marek dopiero co zmienił pracę i jeszcze nie wiadomo, jak to wyjdzie. A z mojej wypłaty ledwo na pokój starczy.
Co w nim złego?
Świetny by był! Gdybym miała pieniądze, to bym go odkupiła. Ale jeszcze nie zarobiliśmy na swoje mieszkanie. Trochę odłożyliśmy, dosłownie grosze. Natalia mówi, iż choćby minimalne oszczędności dają poczucie bezpieczeństwa. I chyba ma rację. Kiedyś się uda.
Dobrze gadacie, dzieciaki moje! dziadek się uśmiechnął.
Co powiedziałam śmiesznego?
Nie odpowiedział. Poklepał ją po policzku, poprosił o wstawienie czajnika.
Napijemy się herbaty i pogadamy. Tyle mi już zostało: herbatki i plotki. Co, Maria ci dogaduje?
Skąd pan! Zosia aż podskoczyła. Nigdy mnie nie skrzywdziła!
Uspokój się! Czerwona cała! Oddychaj.
Czemu tak pan mówi?
A czemu nie? dziadek podniósł brwi. Jest twoją teściową!
I co z tego?
No jak to? Przecież są bajki, iż teściowa synową zje! Albo ludzie kłamią?
Kłamią! Może jakieś teściowe zjadły synowe, ale nie moją! Pan wszystko wie!
Wiem, iż Maria uważa cię za córkę. Nie krzywdź jej. Pozwól się zbliżyć. Ona bardzo współczująca.
A ja nie chcę litości! Sama umiem komu trzeba współczuć!
I bardzo dobrze! Ale dlaczego nie chcesz, by ci współczuto?
Nie chcę tego!
O, i co w tym złego?
O ile tak, to już do was nie przyjdę!
Dlaczego?! Zosia zaskoczona omal nie upuściła czajnika.
Bo myślałem, iż mnie żałujesz! Lubiłem u was bywać. A skoro żal to coś złego, to nie będę się wam narzucać.
Nie rozumiem tego Litość jest przecież zła! Czy nie?
To zależy, co myślisz o tej litości. Dawniej mówiło się żalić kogoś. Nie kochać, tylko żalić, bo tym określano cały wachlarz uczuć do bliskich. Jak ktoś chory, to co mu trzeba? Miłości z serenadą pod księżycem czy współczucia?
Pewnie współczucia
O właśnie! I jak dusza boli? To co?
Współczucia?
Mądra dziewczyna! dziadek objął kubek dłońmi. Ale nie każdemu i nie zawsze to potrzebne.
Jak to?
Jak mąż pijak, a ty go wiecznie żałujesz, nikomu nie pomożesz. Ani sobie, ani jemu. Albo jak dziecko nabroi, a ty nie ukarzesz, bo żałujesz Żałujesz raz, potem już nie masz kogo. Żałuj z głową.
Ja pana żałuję
Wiem, i doceniam! Bo żałujesz nie dlatego, iż jestem stary. Prawda?
Prawda.
Tylko dlatego, iż mnie lubisz?
Bardzo!
I dobrze! Bo ja też ci współczuję!
Dziękuję A kogo się powinno żałować?
Tego, na kogo wskazuje serce. Bliskich, rodzinę, męża, dziecko I zwierzęta, ale z rozmysłem! Nic nie da, jak raz komuś futrzakowi rzucisz parówkę. Na jeden dzień się naje, a co potem? jeżeli chcesz współczuć przygarnij. Daj dom. Przynajmniej jednemu. To czyn i ciebie wzbogaci.
Czemu?
Bo jak dasz z serca i rozumiem, dostaniesz jeszcze więcej.
O tym właśnie przypomina teraz sobie Zosia. Kot, który siedzi na wycieraczce mieszkania kupionego dzięki pomocy dziadka i Marii Zawadzkiej, najwyraźniej też chce być przez kogoś zrozumiany. Głaskanie ognistorudego nie odstrasza. Pozwala się pogłaskać, ale gdy Zosia zaprasza go do środka, reaguje dziwnie: wbiega po schodach wyżej, zostawiając ją zdziwioną.
Ale go zaprosiłam prycha Zosia i już zamierza zamknąć drzwi, gdy na schodach znowu pojawia się futrzak.
Tym razem nie sam.
Kociak, którego rudy taszczy za skórkę, to miniatura swojego tatusia.
Ale numer! Zosia bierze w ręce miauczące, rude maleństwo, a kot znów pędzi po schodach.
Drugi kociak również rudy, ale bardziej niepokorny. Nie chce wisieć w pysku taty, więc kot zrzuca go raz i drugi, ale nie przestaje znosić swoich dzieci do nowej pani.
Ty to mamą jesteś z prawdziwego zdarzenia! śmieje się Zosia, przejmując kociaka i otwierając drzwi szerzej. Chodź już, wprowadź się z rodziną! Kogo tam jeszcze masz?
Kot ostrożnie przekracza próg, zaniepokojony, ale widząc Zosię z kociętami, uspokaja się.
Śmiało! Nie bój się. Tu nikt was nie skrzywdzi. A mama wasza gdzie?
Kot nie odpowiada. Skrupulatnie łapie za kark jednego kociaka, któremu Zosia pozwoliła biegać po podłodze, i zaczyna krążyć po przedpokoju.
Ojej, poczekaj! Teraz rozumiem! Zosia gwałtownie przynosi stary blaszany podkład. Kot kładzie tam kociaka i od razu pokazuje, jak korzystać z gazetowego kuwety.
No, jak mama! śmieje się Zosia, zasłaniając usta, by nie spłoszyć maleństw. Przepraszam! Zaraz zobaczę, co mam w lodówce bo trzeba was nakarmić!
Kot wyraża pełną aprobatę i Zosia idzie do kuchni.
Wieczorem zbiera naradę rodzinną.
Mario, jeżeli pan nie pozwoli, postaram się oddać koty do nowego domu. Na ulicę nie wyrzucę. Są za małe. Nie wiem, gdzie ich matka i dlaczego opiekuje się nimi kocur, ale to bardzo dziwne.
Zosiu, czemu mnie pytasz o zgodę? Maria głaszcze małego kota, który leży jej na kolanach. To wasze mieszkanie. Decydujcie razem z Markiem, kto ma tu mieszkać. I bardzo dobrze myślisz! Tylko opowiedz, czym je karmiłaś?
Mlekiem. Dobrze, iż już umieją pić same.
Tego zabiorę, jak podrośnie. Reszcie… znajdziesz domy. Tego kota chyba zostawisz, co?
Chyba tak. Chcę się od niego uczyć.
Czego? Maria unosi brwi.
Marek się uśmiecha, kiwa głową i daje żonie znak, by ogłosiła niespodziankę, którą trzymają od tygodnia na urodziny Marii.
Jak być dobrą mamą Teraz będę miała dwóch nauczycieli. Panią i tego opiekuna!
Zosia głaszcze kota za uchem i zupełnie się rozkleja, gdy Maria bierze ją w ramiona.








