Kopia żony

newskey24.com 1 dzień temu

Dziennik wpis osobisty, październik

Jesteś pewna, iż nie będziesz się krępować? spytała Marzena, stojąc w progu z torbą przewieszoną przez ramię i jakimś zagubionym uśmiechem, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałam. Wiem, iż to niewygodne. Rozumiem to.

Marzena, daj spokój. Wchodź już. Odsunęłam się, przytrzymując drzwi. Pokój gościnny jest wolny, Tomek nie ma nic przeciwko. Naprawdę wszystko w porządku.

Tomek nie ma nic przeciwko powtórzyła Marzena, a w tym powtórzeniu było coś dziwnego. Może nie ironia, raczej zdziwienie. Jakby sama fraza nie ma nic przeciwko miała dla niej szczególne znaczenie.

On w ogóle rzadko ma coś przeciwko powiedziałam, oddalając się w stronę kuchni. Zdejmuj buty. Kapcie są po lewej.

Tak to się zaczęło.

Mam 52 lata, Marzena moja przyjaciółka z lat studenckich 51. Przez ostatnich pięć lat widywałyśmy się sporadycznie, czasem wypijałyśmy kawę na mieście, wymieniałyśmy telefony. Myślałam, iż znam ją jak własną kieszeń. Wystarczająco, by otworzyć drzwi bez wahania.

Marzena się rozwiodła. Wynajęte mieszkanie się skończyło, sprawy urzędowe ciągnęły się w nieskończoność. Potrzebowała dwóch, trzech tygodni, góra miesiąca na przeczekanie, na złapanie oddechu i stanie na nogi.

Mieszkałam w Olsztynie mieście ani dużym, ani małym, gdzie dzielnice przypominały siebie nawzajem, a w sklepach osiedlowych ekspedientki znały klientów po głosie. Trzypokojowe mieszkanie na trzecim piętrze z oknami wychodzącymi na cichą ulicę. Tomek, mój mąż, pracował jako kierownik budowy w firmie deweloperskiej. Ja uczyłam ekonomii w technikum. Dwadzieścia trzy lata razem. Córka od dawna mieszkała w Warszawie. Mieszkanie było wygodne i znajome, ustawione i urządzane przez lata, zupełnie nie chciałam niczego zmieniać.

Marzena przyjechała z jedną dużą torbą i kartonem. Rozpakowała się cicho, praktycznie niezauważalnie. Przez pierwsze trzy dni ledwie ją widziałam wychodziła wcześnie, wracała późno, jadła niemal nic, mówiła jeszcze mniej. Tomek pierwszego wieczora rzucił tylko:

Na długo?

Miesiąc odpowiedziałam.

Miesiąc powtórzył, z tą samą intonacją, co Marzena w progu.

Nie zwróciłam na to uwagi. Zawsze sobie wmawiałam, iż nie przywiązuję wagi do drobiazgów. A jednak…

Pierwszą niepokojącą myśl miałam po jakichś dwóch tygodniach. Weszłam rano do łazienki i zobaczyłam mój flakonik perfum na innym miejscu niż zwykle. Gardenia ciemnozielony flakon z srebrnym korkiem, od lat kupowałam je w drogerii na ulicy Pieniężnego. Stał nie na półeczce z lewej, a na brzegu umywalki. Pomyślałam, iż sama go przestawiłam. Odstawiłam na miejsce. Zapomniałam.

W trzecim tygodniu zauważyłam coś nowego.

Śniadanie jadłyśmy wspólnie, czasem wszyscy troje. Kawa była moją specjalnością: najpierw chłodna woda, potem gorąca z czajnika, nigdy wrzątek, bo gorycz. Tomek to wiedział i zawsze chwalił. Tamtego ranka kawę zrobiła Marzena, bo byłam przy telefonie. Tomek, próbując, powiedział:

O, bardzo dobre.

Podpatrzyłam Olę, ona tak zawsze robi odpowiedziała Marzena i uśmiechnęła się bez złośliwości. Uśmiechnęłam się także, chociaż coś już wtedy we mnie zadrgało.

Praca w technikum, sprawdzanie klasówek, rutyna rozproszyły to uczucie, aż rozmyło się całkiem. Czemu miałabym mieć pretensje? Dzień jak co dzień. Po powrocie z pracy mieszkanie było zawsze posprzątane, ciche. Marzena, okazało się, miała czas, by coś umyć, poskładać, ugotować obiad. Tomek przywykł szybciej niż sądziłam.

Zupa z fasolą dziś była oznajmił wieczorem, jakby przynosił dobrą wiadomość. Smaczna.

Przecież sama gotuję z fasolą… mruknęłam.

Wiem, podobna.

Nie zapytałam, czyja lepsza. On też nie poruszył tematu.

Marzena pracowała zdalnie, coś przy dokumentach, tak naprawdę nie dopytywałam. Siedziała w swoim pokoju przy laptopie, w południe pojawiała się w kuchni, potem wychodziła do ludzi już uczesana, przebrana. Zwróciłam uwagę, iż ja pod wieczór wskakiwałam w dres i stary sweter, a ona zawsze wyglądała lepiej. I to w moim własnym mieszkaniu.

Pewnego wieczoru Tomek usiadł obok Marzeny, oglądali telewizję. Ja byłam w sypialni, sortowałam zeszyty. Słyszałam rozmowy przez ścianę, śmiech Marzeny. Ten śmiech przypominał mój, tylko był jakby delikatniejszy. Pomyślałam o tym i gwałtownie odgoniłam myśl.

Kilka dni później znowu wróciła.

Marzena zmieniła fryzurę. Zawsze miała krótkiego boba, teraz zapuściła włosy, zaczesując je falą do tyłu, tak jak ja. Zauważyłam to, stojąc przy lustrze w przedpokoju. Odbijałyśmy się obie ja bliżej, Marzena dalej. Wyglądałyśmy podobnie, jakby to była stara i nowa fotografia w tym samym miejscu.

Ładnie ci w takiej fryzurze powiedziałam.

Naprawdę? Ujrzałam to u ciebie i pomyślałam, iż spróbuję uśmiechnęła się Marzena.

Znowu u ciebie. To lekkie kopiowanie niegroźne, a jednak dziwne. Poszłam do kuchni. W środku coś się ścisnęło.

Zadzwoniłam do córki w niedzielę.

Mamo, jak tam u was?

W porządku. Marzena mieszka z nami. Opowiadałam ci?

A tak. Wciąż mieszka?

Tak, jeszcze tak. Sprawy papierkowe się ciągną.

No to dobrze. Tata jak?

Dobrze. Z Marzeną się dogadują.

Pauza.

I to dobrze, czy źle? spytała córka.

Dobrze odpowiedziałam, choć czułam coś odwrotnego.

Po rozmowie siedziałam długo przy oknie z zimną herbatą. Myślałam o tym, iż wyrażenie dogadują się powinnam wypowiedzieć spokojnie, a wypowiedziałam ostrożnie, jakby sprawdzając grunt pod nogami.

W piątym tygodniu Marzena poprosiła o przepis na mój jabłecznik z cynamonem.

Nie zapisuję, robię na oko.

To może powiesz? Spróbuję sama.

Podyktowałam jej krok po kroku. Marzena zapisała w telefonie. Upiekła po trzech dniach. Tomek jadł, mówiąc jedno swoje dobre, a ja nie wiedziałam, czy chwali ciasto, czy nie widzi różnicy, kto piecze.

Tego samego dnia znalazłam w szafie w korytarzu nową kurtkę jasnoszarą, z paskiem, niemal identyczną jak moja. Marzena musiała ją kupić. Powiesiłam obie obok siebie. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w te dwie niemal takie same kurtki.

Nie zapytałam o to. Nie ze strachu przed odpowiedzią, tylko bo nie wiedziałam, jak sformułować to pytanie, by nie zabrzmiało banalnie.

Praca w technikum była wtedy wyjątkowo stresująca. Tomek coraz częściej zostawał w salonie z Marzeną. Przez zamknięte drzwi słyszałam ich rozmowy. Wchodziłam czasem do nich, byli uprzejmi, włączali mnie w rozmowę, ale ja czułam się już tylko trzecim gościem, a nie główną bohaterką.

W końcu powiedziałam Tomkowi:

Tomek, nie masz wrażenia, iż ona… trochę mnie naśladuje?

Spojrzał na mnie zdziwiony:

Kto? Marzena?

No właśnie. Fryzura, kurtka, perfumy, przepisy…

Kobiety często biorą coś od siebie. Nic dziwnego.

Być może odpowiedziałam. Być może.

Zamknął się w telefonie. Temat się urwał.

Leżałam potem długo w ciemności, powtarzając: To normalne. Przecież kobiety tak robią. A jednak nie mogłam uwierzyć w to normalne.

Zaczęłam obserwować uważniej. To, co wcześniej przepływało, stawało się widoczne. Marzena przy rozmowie z Tomkiem przechylała głowę w prawo tak jak ja. Powtarzała moje zwroty. Zaczęła pić herbatę bez cukru, chociaż pamiętałam, iż wcześniej sypała po dwie łyżeczki.

To nie przypadek. To coś więcej.

Zadzwoniłam do koleżanki z pracy, Haliny.

Hala, zdarzyło ci się, iż ktoś blisko ciebie nagle zaczyna być tobą? Przejmuje wygląd, zwyczaje?

To cicha zazdrość odpowiedziała bez wahania. Ktoś chce twojego życia, więc bierze po kawałku.

Zamilkłam.

Masz kogoś takiego obok siebie?

Nie wiem odparłam. Ale już wiedziałam, wiedziałam.

Rozmowa z Marzeną przyszła niespodziewanie. Siedziałyśmy wieczorem przy herbacie.

Ola, jesteś taka poukładana. Patrzę na ciebie i myślę: tak trzeba żyć. Mieszkanie, mąż, praca… wszystko masz.

Dwadzieścia lat wypracowywałam to wszystko odparłam.

Widać. Czuć. Tomek też…

Zawiesiła głos.

Co Tomek?

Ceni cię. Powiedział mi, iż u was dobrze. Że się rozumiecie.

Odłożyłam kubek.

Rozmawiasz z nim o mnie?

Czasem, tak wyszło. On cię chwali.

Dobre to powiedziałam, choć byłam pewna, iż to nieprawda.

Nie potrafiłam wyjaśnić, dlaczego było mi z tym źle. Przecież mąż chwali żonę przyjaciółce. Czego tu się czepiać? A jednak…

Pod koniec szóstego tygodnia Marzena zapytała, czy może użyć moich perfum, bo jej się skończyły, nie zdąży do drogerii.

Jasne zgodziłam się.

Wieczorem zobaczyłam, iż w flakonie jest już tylko jedna trzecia. Na pewno jeszcze tydzień temu było go zdecydowanie więcej.

Zatrzasnęłam flakon w szafce na mały kluczyk, którego prawie nie używałam. Potem zerknęłam na swoje odbicie i pomyślałam: chowam perfumy przed przyjaciółką. Kim ja jestem?

A jednak nie wyjęłam ich na wierzch.

Tomek wrócił wtedy w wyjątkowo dobrym humorze. Przyniósł sernik tak po prostu, bez powodu.

Trzeba się czasem rozpieścić, co nie? rzucił.

Marzena zareagowała radośnie, jak ja dawniej bym się ucieszyła. Po prostu prawidłowo. Oglądałam tę scenę i myślałam: Marzena robi wszystko jak trzeba. Odpowiednio się śmieje, chwali moją kawę, przechyla głowę… Nie z przyzwyczajenia, tylko z uważnością. A Tomek to widzi. Może nie rozumie, iż widzi, ale widzi.

Zjadłam z nimi kawałek ciasta, rozmawialiśmy o błahostkach. Na zewnątrz wszystko normalne. W środku coś, czego długo nie umiałam nazwać. Jakby układ mieszkania był ten sam, ale rzeczy przesunięte o centymetr.

Wyjazd służbowy pojawił się nagle. Technikum wysyłało mnie na szkolenie do Torunia. Cztery dni. Myśl: zostawić Tomka z Marzeną na ten czas ale natychmiast weszło zduszenie. Przecież to dorośli ludzie. Przesadzam. Potrzebuję oddechu.

Przed wyjazdem powiedziałam Tomkowi:

Wrócę w piątek wieczorem. Marzena pomoże z obiadem, umie gotować.

Damy radę odparł, spokojny, jak zwykle.

Spojrzałam na niego uważnie. Wyglądał normalnie, lekko. Jak ktoś, kto nie ma na sercu ciężaru.

Wyjechałam w środę rano. W pociągu przeglądałam materiały, parzyłam kawę w papierowym kubku, za oknem przesuwały się lasy i pola. Szkolenie nudniejsze niż oczekiwałam, ale przydatne. Wieczorem rozmawialiśmy krótko.

Jak tam?

W porządku. Najedzeni. Wszystko dobrze.

Marzena w domu?

Tak, w swoim pokoju.

Zasypiałam długo.

W czwartek zadzwonił kierownik:

Olu, jutro tylko powtórka, możesz wracać dziś wieczorem. Umówię się z organizatorami.

Byłam w domu przed dziesiątą. Pociąg podjechał szybciej, taksówka bez korków.

Weszłam po cichu. Myślałam, iż Tomek śpi.

Nie spał.

W salonie paliły się dwie świece na ławie. Na stole talerze, kieliszki, jakieś przekąski. Pachniało moimi perfumami. Przecież zamknęłam flakon znaczy, Marzena kupiła własne.

Tomek siedział na kanapie, Marzena obok. Miała na sobie nieznaną mi wcześniej sukienkę krój i kolor taki jak lubię. Włosy ułożone falą, dłonie splecione na kolanach. Rozmawiali. Podniosłam wzrok. Zapadła trzysekundowa cisza.

Wróciłaś wcześniej odezwał się Tomek.

Widzę.

Zdjęłam płaszcz bardzo powoli, jakbym musiała kontrolować każdy ruch.

Olu, tylko kolacja, powiedziała Marzena Zjedliśmy i…

Widzę. Przy świecach dodałam, neutralnym tonem.

Tomek wstał.

Nie wyciągaj z tego…

Tomku przerwałam bardzo cicho. Nie mów mi, czego mam nie robić.

Zamilkł. Marzena patrzyła w obrus.

Poszłam do kuchni, nalałam wody. Spojrzałam na parapet pelargonia, którą podlewam zawsze w środę, miała wilgotną ziemię. Przecież w środę mnie nie było.

Marzena podlała, pomyślałam.

Wróciłam do salonu.

Marzena, jutro możesz znaleźć sobie inne miejsce na noc?

Podniosła na mnie oczy.

Ola, wiem iż to wygląda…

Możesz? powtórzyłam bez nerwów, spokojnie.

Tak odpowiedziała. Znajdę.

Dobrze.

Poszłam do sypialni, zamknęłam drzwi. Leżałam ubrana na łóżku patrząc w sufit. Za ścianą dziewczyny sprzątały. Potem cichy dźwięk zamykanych drzwi gościnnego pokoju.

Tomek nie przyszedł do sypialni tej nocy. Słyszałam, jak kładzie się w salonie. Mówiło to więcej niż wszystkie słowa.

Rano wstałam pierwsza. Zaparzyłam kawę, wypiłam przy oknie. Piątkowy poranek. Ulica budziła się powoli. Siedziałam i patrzyłam na przechodniów, na gołębie na parapecie. Normalność.

Tomek wszedł do kuchni koło ósmej.

Musimy porozmawiać powiedział.

Tak.

Ola, między mną a Marzeną nic nie ma.

Być może.

Nie być może. Nie ma nic.

Tomek wciąż patrzyłam za okno nie o to chodzi. Nie chodzi o to, czy coś jest albo nie. Chodzi o to, co widziałam przez ostatni półtora miesiąca.

Co widziałaś?

Odwróciłam się do niego.

Widziałam, jak ktoś w moim domu zaczyna stopniowo być mną. Moja fryzura. Moje perfumy. Moje przepisy. Moja kurtka. Moje gesty. I mąż, któremu to pasuje, bo ja bez zmęczenia, bez rutyny, bez tych lat.

Milczał.

To nie jest pytanie dodałam to tylko to, co widziałam.

Wyolbrzymiasz rzucił po chwili.

Możliwe zgodziłam się. Idę do pracy. Po powrocie chcę, by w pokoju gościnnym nie było jej rzeczy.

Ola…

I jeszcze jedno już wkładałam płaszcz naiwność, która przylega do ludzi. Pewnie do mnie. Za bardzo wam ufałam. Obojgu.

Wyszłam, zamknęłam drzwi bardzo cicho.

W pracy miałam dwa wykłady, sprawdziłam listę, w przerwie zaparzyłam herbatę z Haliną. Opowiadała o czymś, kiwałam głową, ledwie słuchając. Jednym spojrzeniem dała mi do zrozumienia, iż więcej pytań nie zada.

Wróciłam do domu przed czwartą. Pokój gościnny był wysprzątany, pusto. Po Marzenie nie zostało śladu. Tylko na półeczce w łazience znalazłam białą plastikową szczotkę. Wyrzuciłam ją bez żalu.

Tomek był w domu. Na mój widok tylko podniósł głowę znad telefonu.

Odeszła rzucił.

Widzę.

I co teraz?

Zdjęłam płaszcz, zaczęłam krzątać się w kuchni.

Ola wszedł. Jesteśmy razem dwadzieścia trzy lata. Tak po prostu…?

Można, Tomek. Poczekaj chwilę. Daj mi czas.

Ile?

Nie wiem. Kilka dni.

Kilka dni zrobiło się tydzień. Żyliśmy obok siebie uprzejmie, osobno. Jedliśmy oddzielnie, spaliśmy w innych pokojach. Tomek próbował rozmawiać, odpowiadałam krótko. Nie z urazy. Po prostu nie chciałam wypowiedzieć tego, co myślałam słowa układały się w środku jak stos książek i bałam się, iż stracę panowanie, mówiąc za dużo.

Dużo myślałam. O początku. O tym, jak bez zastanowienia przyjęłam Marzenę, bo tak się postępuje w przyjaźni. O tym, jak czułam się coraz mniej sobą, a bałam się to nazwać. Cicha zazdrość, powolne kopiowanie. Może bez złej woli, może po prostu ktoś, kto chciał innego życia, zabierał je po kawałku.

Bolało mnie co innego Tomek. On mógł tego nie zauważać, albo mi o tym powiedzieć. Mógł zareagować na swoją lepszą żonę, jak nazwałam tę sytuację w głowie. Ale on tego chciał. Przynosił ciasto, śmiał się, kolacja przy świecach pod moją nieobecność… Może nie z wyrachowania. Po prostu tak wyszło.

W drugim tygodniu zadzwoniłam do córki.

Mamo, co się dzieje? Jesteś inna.

Może z Tomkiem się rozstaniemy wyrzuciłam z siebie pierwszy raz na głos.

Długa chwila ciszy.

Przez Marzenę?

Nie tylko. Marzena pokazała. To, co już było.

Co było?

Sama nie wiem jak wytłumaczyć. Przyzwyczajenie. Każde z nas osobno. Ona stała się mną, ale lepszą wersją uważniejszą, świeższą. Jemu to się spodobało.

Będziesz sama?

Przez jakiś czas tak. Ale to w porządku.

Tym razem to w porządku przyszło łatwiej, bo sama o tym zdecydowałam.

Rozmowa z Tomkiem odbyła się w niedzielę wieczorem.

Uważam, iż powinniśmy się rozstać.

Długo milczał.

Na zawsze?

Nie wiem. Potrzebuję miejsca i czasu, by odkryć, kim jestem bez tego mieszkania, ciebie, wszystkiego.

Przez świece? Olu, to była tylko kolacja!

Tomek, to nie przez świece. To było mnóstwo drobiazgów wcześniej, a ja powtarzałam sobie jest dobrze, kiedy nie było.

Nie rozumiem, co zrobiłem źle.

Nic konkretnego. Po prostu przestałeś mnie widzieć. Czy zauważyłbyś, gdyby ktoś inny został twoją żoną?

Nie odpowiedział. Bo nie było co.

Pewnie sprzedamy mieszkanie albo wykupię twoją część. Nie od razu. Zobaczymy.

Gdzie pójdziesz?

Wynajmę coś. Tutaj albo gdzie indziej.

Zaczynać życie od nowa w wieku 52 lat… powiedział, z nutką żalu w głosie. Dla siebie czy dla mnie nie wiem.

Tak. Zaczynam w wieku pięćdziesięciu dwóch lat. Niektórzy zaczynają później.

Po drodze na kuchnię zatrzymałam się w łazience. Wyjęłam zamknięty flakon Gardenii. Zatrzymałam się z nim w dłoni. Potem otworzyłam kosz na śmieci i wstawiłam go tam. Nie wrzuciłam. Postawiłam.

W następnych dniach działałam metodycznie. Telefon do agencji nieruchomości, do prawnika. Odwiedziłam Halinę. Ona nie kiwała pobłażliwie, tylko słuchała, powtarzając rozumiem w taki sposób, iż rzeczywiście czułam się zrozumiana.

U niej, przy stole kuchennym, spytała:

Złościsz się na nią?

Na Marzenę? Nie, prawie nie. Raczej na siebie, iż nie widziałam, iż wszystko nie było normalne.

Nie twoja wina, iż ufałaś.

Naiwność podsumowałam. Sama siebie taka zrobiłam.

Nie naiwność. Po prostu ufność, a to dwie różne rzeczy.

Może.

Na Tomka też się złościsz?

Tak, ale to inna złość. Cicha. Minie.

Co teraz zrobisz?

Wynajmę mieszkanie. Zmienię fryzurę. Kupię inne perfumy. Chyba nie wrócę do Gardenii.

Słusznie.

I będę się zastanawiać, co mnie naprawdę cieszy, a nie co jest przyzwyczajeniem.

To potrwa.

Mam czas.

Halina dolała herbaty. Za oknem pobrzdąkiwał listopadowy deszcz nie zimny, tylko szary. Kilka tygodni temu myślałam, iż moja codzienność jest niezmienna: mieszkanie, Tomek, praca, perfumy na lewej półeczce w łazience. Wszystko na miejscu. A jednak tak nie było.

Nie czułam żalu czy pustki. Czułam coś innego dziwne, trochę niewygodne poczucie ulgi. Jakbym zdjęła płaszcz, który od dawna mnie uwierał.

Wiesz powiedziałam do Haliny pierwszy raz od lat naprawdę nie wiem, co będzie dalej. I to da się wytrzymać.

Da się wytrzymać powtórzyła, uśmiechając się.

Minął jeszcze tydzień. Znalazłam niedużą, jasną kawalerkę w innym rejonie Olsztyna, z widokiem na park. Drogo, ale było mnie stać. Pojechałam, obejrzałam, pochodziłam po pustych pokojach.

Biorę powiedziałam właścicielce, starszej pani.

Na długo?

Na rok, na początek.

W mieszkaniu zaczęłam rozdzielać rzeczy: książki, talerze, ubrania. Coś oddawałam, coś wyrzuciłam. Szarą kurtkę też oddałam. Kupiłam nową, granatową, innego fasonu. Kiedy ją założyłam i spojrzałam w lustro, nie było śladu Marzeny.

Z Marzeną nie miałam już kontaktu. Napisała raz: Olu, wiem, iż cię zraniłam. Przepraszam, jeżeli potrafisz wybaczyć. Przeczytałam i nie odpisałam.

Tomek został w naszym mieszkaniu. Dogadywaliśmy się uprzejmie, z dystansem, bez żalu. Widziałam, iż nie wie, jak to wszystko odkręcić, bo do końca nie zrozumiał, co stracił.

W piątek przed przeprowadzką poszłam po perfumy. Długo wybierałam, wąchałam próbki. W końcu wybrałam Srebrny cedr zupełnie inny zapach, niekwiatowy, lekko drzewny. Nie taki, jaki znałam. Po to, żeby zacząć od nowa.

Przeprowadzka zajęła kilka godzin. Halina pomogła z pudełkami, Tomek też. Wszystko ustawiłam w nowym miejscu według własnego uznania.

Wieczorem, kiedy wszyscy pojechali, otworzyłam nowy flakon. Rozpyliłam na nadgarstek. Pachniał nieznajomo. Przyzwyczaję się. Albo nie będę musiała.

Za oknem smutny park, listopad wyłuskujący ostatnie liście z drzew. Latarnie zapaliły się wcześnie. Nastawiłam czajnik, znalazłam w kartonie nienaruszony kubek i stanęłam przy oknie.

Telefon. Córka.

I jak tam, mamo? Ułożyłaś się?

Uczę się układać.

Nie boisz się?

Spojrzałam na światło lampy za oknem.

Wiesz, nie boję się już.

Idź do oryginalnego materiału