Dziennik Irminy
Zawsze czułam się trochę przezroczysta, ale dzisiaj to się zmieniło.
Wszystko zaczęło się na konferencji w Warszawie. Siedziałam w Auli Mickiewicza na czerwonym, nieco wytartym fotelu, patrząc uparcie na scenę, choć nie było tam nic ciekawego. Stoły przysunięte jeden do drugiego, mównica, ludzie krzątający się przy kabelkach jak zwykle na tego typu wydarzeniach. Duszno, głośno, tłum ludzi, od którego zawsze robiło mi się nieswojo musiałam siedzieć wciśnięta wśród obcych, bez szansy ucieczki choćby na moment.
Wtedy obok mnie opadł na fotel jakiś mężczyzna. Taki w garniturze, pod krawatem, czyste półbuty, ale od razu czuć było, iż nie pasuje. Uśmieszek łobuziaka, rozczochrane włosy, dwie wirujące sprężyście grzywki. Spojrzał na mnie śmiałym wzrokiem.
Co tam, malutka, nudzi Ci się? westchnął, próbując założyć nogę na nogę, ale przejście było zbyt wąskie i jego elegancki but zderzył się z siedzeniem przede mną, wyraźnie go to zabolało. Zmarszczył się, rozejrzał po sali i jeszcze raz spojrzał na mnie.
Udawałam, iż go nie słyszę, skupiałam wzrok na scenie, choć wszystko w środku wołało, żeby uciec. Zawsze tak miałam spotkania, konferencje, szkolenia wszędzie czułam się zamknięta i przytłoczona.
No cóż mruknął, drapiąc się po brodzie. Powiem ci, malutka, tu nie będzie nic nowego. Przeczytałem wszystkie referaty, taka praca. Naprawdę, nic ciekawego.
Popatrzyłam na niego surowo.
Ten typ był zadbany, ale jakoś nie pasował. Jakby ktoś włożył wyciętą postać z innego, bardziej szalonego świata, pod ładny garnitur. Łobuz, sympatyczny gaduła z twarzą pełną dziecięcej radości. I muszę przyznać, spodobało mi się, jak zawijały mu się miękkie włosy na tych osobliwych wirach.
Michał powiedział, zanim zdążyłam się odezwać, wyciągając do mnie wielką dłoń. Chodź, pójdziemy coś zjeść. Naprawdę, jesteś taka drobna, trzeba cię nakarmić. No dalej, chodźmy stąd!
Właśnie przygasili światła, a na scenie pojawiali się dyrektorzy i ważniacy. Salę wypełniły oklaski, a Michał nie przejmując się niczym, wstał, ciągnąc mnie za sobą. Potykał się o stopy, przepraszał, upychał niesforny krawat do marynarki, który jak na złość ciągle z niej wyłaził.
Puść mnie, co robisz?! próbowałam się wyrwać, ale pociągnął mnie do wyjścia.
Wysunęliśmy się do holu akurat, gdy ktoś uderzał w mikrofon, prosząc o ciszę.
Wypuść mnie! Muszę wrócić, sporządzić notatki, to moje zadanie! oburzyłam się, przyciskając notatnik do piersi. Zgubiłam długopis, a zanim zdążyłam się schylić, Michał już go podnosił.
Daj spokój, malutka. Ja ci później podeślę wszystkie materiały, poczytasz w domu. Teraz trzeba się posilić. Ale najpierw woda jesteś blada. I tętno ci przyspieszyło. No, już wiem! wymruczał, łapiąc mnie za nadgarstek. Świeże powietrze, jedzenie, żadnych konferencji!
Rzeczywiście, nie czułam się najlepiej. Serce łomotało jak oszalałe.
Nikt wcześniej się mną tak nie opiekował, nie troszczył. Zawsze ja o innych: mamę, męża, córkę. To było normalne. Czasami jednak, szczególnie, gdy wszystko mnie przerastało, pragnęłam się po prostu rozpłynąć komuś w ramionach, pośmiać się jak nastolatka, popijać wino i gwizdać na obowiązki. Ale nigdy mi się nie zdarzyło.
Dopiero Michał na to pozwolił.
Nie wiem, jak się znalazłam w kameralnej restauracji naprzeciwko, gdzie kelner przyniósł nam świeżo wyciskany sok, tak pomarańczowo-żółty, iż aż raził w oczy, jakby sam słonecznik topniał w szkle.
Pij. I wodę też. No, to co jemy? zagadnął.
Musiałam mu się spodobać. Zawsze byłam filigranowa i niebrzydka, a mimo to mężczyźni rzadko zwracali uwagę chyba przez wieczne zmęczenie malujące się na mojej twarzy. Czterdziestka już stuknęła, rodzina, brak miłości, rutyna Czym tu błyszczeć?
A Michał polubił mnie właśnie taką: zmęczoną, bezradną malutką.
Nic nie chcę. Odpocznę chwilkę i wrócę wybąkałam cicho.
No dobra! pokiwał głową. Ale najpierw sandacz z warzywami, sałatka i malutka, co do picia?
Oderwał się od menu, patrząc na mnie tym przewrotnym, urzekającym spojrzeniem. Zrobiło mi się ciepło, aż się zaczerwieniłam.
Oszalałam! Zupełnie nieznajomy facet zabrał mnie do restauracji, karmi, nazywa malutką, poprawia kosmyk włosów na czole, a ja się całkiem rozpuszczam…
Na miejscu, gdzie mnie dotknął, zrobiło się gorąco i poczułam ciarki na całym ciele.
Piliśmy białe wino, Michał opowiadał o tym, jak w młodości dorabiał na budowach, potem pojechał do Trójmiasta, tam kręcił się przy różnych inwestycjach, aż w końcu
A potem, malutka, otworzyliśmy z Jarkiem (to mój kumpel) własną małą firmę. Nic dużego, domki na działkach, własne ekipy Wiesz, każdy chce dobrze mieszkać. No, jedz! gestykulował do mojej talerza. Na twoje zdrowie, Irma! Jak cię zobaczyłem, pomyślałem: Tę dziewczynę trzeba nakarmić. Chcesz coś jeszcze?
Pokręciłam głową i wreszcie się rozluźniłam. Zawsze sama sobie musiałam radzić, od dziecka wszystko na mojej głowie mama wiecznie w pracy, wracała zmęczona, ja czekałam z kolacją Bycie kruchą dziewczynką to nie był mój przywilej.
Wyszłam za mąż młodo. Marek był ode mnie starszy o dziesięć lat, wykształcony, opanowany, ale raczej oschły i małomówny. Jakby przydzielił mnie do swojego życia jako dobrze pasujące trybiki. Przez pierwsze lata była namiętność ciało swoje wie, co lubi ale potem wszystko zmieniło się w codzienność. Teraz miałam dom, rodzinę, spokój.
I zawsze byłam Irką albo oficjalnie Irmina Marecka. Marek, mama, znajomi wszyscy tak mnie nazywali.
A tu nagle malutka Wino, jedzenie I kogoś interesują moje myśli, moje marzenia.
Marek? Zawsze zajęty. Decyzje podejmował sam, lubił mieć uchylone okna, nie dbał, czy mi zimno. choćby kupił mieszkanie, zrobił remont, raz do roku jeździliśmy nad morze. Każda by mi zazdrościła.
Ale Michał już w wejściu do restauracji poprosił, żeby usadzono mnie w ciepłym kącie, z dala od przeciągów.
Troskliwy
Zaczął wypytywać delikatnie mam męża, córkę? Mam. Córka Klementyna, studiuje filologię, niedługo wyjeżdża na stypendium. Klementynę robiliśmy z Markiem takie czasy, sprawa do załatwienia. Nie modliliśmy się o nią, tylko konsekwentnie dążyliśmy do celu. A potem dystans Marka wobec mnie i brzucha, jakbym była inkubatorem.
On podwoził mnie tylko na wizyty i odbierał z porodówki, jak wypadało, z balonami, gośćmi i dziękuję za córkę. Opiekował się, wstawał w nocy, dbał o jedzenie był w sumie bardzo poprawny.
Ciężko z dzieckiem? pytała przyjaciółka, Kasia. Marek pomaga?
Wzruszałam ramionami. Pomaga, chyba…
Bycie ofiarą miało choćby swój urok. Wiecznie zabiegana, cała w obowiązkach byłam godna współczucia, a Marek czasem choćby krytykowany przez znajomych za ten brak czułości.
Michał żałował mnie naprawdę, karmił, opowiadał i nazywał malutką. Byłam coraz bardziej zawstydzona.
Jedz, malutka, nie puszczę cię głodnej dąsał się żartobliwie Michał.
Zjadłam, nie patrząc mu w oczy.
Odwiózł mnie wtedy do metra. Więcej nie chciałam. Maila z materiałami dostałam tego samego wieczora. W tytule: Dla malutkiej od Michała!
Zamknęłam gwałtownie laptopa, ale Klementyna chyba zauważyła.
Głupie przezwiska! oburzyłam się. Oficjalna korespondencja, a oni głupoty wypisują!
Klementyna już mnie nie słyszała, słuchawki w uszach, zamyślona w swoim świecie…
Irka, Klementyna, wróciłem! Kolacja! dobiegło z przedpokoju.
Marek, zmęczony ściskiem metra, rzucił koszulę, wskoczył w szorty z palmami i uchylił szeroko balkon. Pachniał potem, trochę kwaśno i nieświeżo.
Irka, nie będę się tak często kąpał! Przestań z tymi kąpielami, skóra mnie potem swędzi! odburknął na moje ciche prośby. Jestem padnięty. Jedzmy.
Jedliśmy w milczeniu, każdy w swoich myślach. Ja o Michale i jego świeżości
Następnego dnia zadzwonił do mnie do pracy.
Cześć, malutka. Zjadłaś coś? powiedział, a mi serce podeszło do gardła; odwróciłam się, by sprawdzić, czy nikt nie słyszy.
Jeszcze nie, dużo pracy szepnęłam. Słowo malutka aż mnie rozmiękczyło w środku…
Zostaw wszystko, schodź na dół. Siedzę w waszej kawiarence. Szału nie ma, ale trzeba coś zjeść. Czekam!
Zaplątałam się w wymówkach, poprosiłam o przerwę, wsiadłam do windy i na chwilę zgubiłam się, którą przycisnąć. Policzek palił mnie jak ogień. Wydawało mi się, iż wszyscy wiedzą, na co schodzę na randkę z kochankiem.
Tak go już w myślach nazwałam kochankiem. To było ekscytujące i zawstydzające zarazem.
Tego dnia Michał był w dżinsach i koszulce, rozczochrany, młody duchem.
Piliśmy kawę. Opowiadałam jakieś głupoty z dzieciństwa, a on patrzył i słuchał.
Malutka, jesteś piękna, wiesz? przerwał nagle. Chodź, kupimy ci coś! Sukienkę. Mam znajomą w butiku. Chcę cię zobaczyć w sukience.
I zobaczył. Wieczorem, gdy zabrał mnie do Nowego Świata, a wszystkie panie krzątały się wokół mnie, poszukując stylu dla zagubionej Irmy.
Jak on na mnie patrzył! Pożerającym spojrzeniem! Marek nigdy tak nie patrzył.
Nigdy czegoś takiego nie widziałam! szeptałam potem Kasi do ucha. Tylko w filmach tak patrzą Poczułam się kobietą. To straszne, ale podobało mi się.
A Marek? dopytywała potem Kasia.
Nic nie wie. I nie powinien. Sama nie wiem
Kasia schowała sukienkę, wzruszyła ramionami. Co będzie, to będzie.
Zaczęłam wracać do domu coraz później, gotowałam od niechcenia, sama nie jadłam, zamyślona mieszałam zimną herbatę. Klementyna tylko narzekała, iż nie ma chleba, a ja kiwałam głową, uciekając do pokoju. Marzyć.
Marek i Klementyna patrzyli na mnie zdziwieni.
Michał był czuły, potrafił się śmiać, całował, żartował z mojej niezdarności, ciągle karmił pysznymi rzeczami, zostawiał pieniądze na karcie, czasem wysyłał esemesy w środku nocy musiałam biec do łazienki czytać, kasować. Potem wyłączałam telefon, myłam twarz zimną wodą i kładłam się z powrotem obok Marka, który w półśnie przewracał się na bok, coś bełkocząc.
Szkoda, iż tyle lat nie wiedziałam, jak to jest być malutką, dobrą, piękną, kochaną. Życie przelatywało mi przez palce…
Teraz był Michał, moje szczęście.
Spotykaliśmy się u niego w mieszkaniu. Nowoczesne, jasne, okna do ziemi, brak firan. Za szybą panoramę rozlewała Warszawa nocą, a pościel była tak gładka, iż marzyłam, by tak już zostało.
W domu nie czułam się dobrze. Marek coraz surowszy, Klementyna dziwnie patrzyła. Szukałam pretekstu, żeby przyjść później, wtedy mogłam jeszcze posiedzieć w kuchni sama, z kawą, i marzyć…
Irka! Gdzie się podziewasz? Kapustę kupiłem, miałaś poszatkować! Umawialiśmy się!
Usłyszałam głos Marka w słuchawce i spojrzałam nerwowo na pływającego przy brzegu Michała. Basen na Polonii, otwarty, parował w październikowej chmurze. Nigdy tu nie chodziłam, Michał mnie przywiózł i kazał pływać w ramach dbania o kręgosłup. Ludzi ledwie kilku. Widok na światła lodowiska w Łazienkach, ale ja patrzyłam tylko na Michała. Nareszcie kogoś miałam. Nareszcie miłość. O Boże
Kapusta? wybełkotałam, owijając się ręcznikiem. Zostaw, dzisiaj wrócę późno. Z Kasią jesteśmy na basenie. Lekarz kazał ćwiczyć. Będziemy ćwiczyć Kapustę zrobimy jutro. Pa!
Rozłączyłam się szybko, przełknęłam ślinę. Muszę ostrzec Kasię, Oby Marek nie zadzwonił!
Zadzwoniłam. Kasia suchym głosem wyjaśniła, iż właśnie wpadła do nas z kminkiem na kapustę. Marek już zagotował wodę na herbatę.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
A Michał wskoczył na trampolinę i zaczął rozgrzewkę. Dziewczyny piszczały, spoglądając na niego spod rzęs, młode, szczupłe.
No co, malutkie? Raz, dwa, trzy! zawołał, wykonując idealny skok. Pomachał mi, a ja już czułam się zwyczajna, brzydka, opadający brzuszek, niezręcznie pływająca żabką wygrzebując się z każdej długości jak żółta żabka.
Te nowe malutkie już grały z Michałem w wodną piłkę, śmiały się, podskakiwały.
A on choćby nie zauważył, kiedy wyszłam.
W domu było ciemno. Tylko w kuchni światło.
Marek postawił przede mną patelnię z jajecznicą.
Głodna pewnie po basenie powiedział. Chcesz kiełbasy?
Pokręciłam głową. Bałam się spojrzeć mu w oczy, wbijałam wzrok w widelec.
Czy on wie? Co teraz? Czemu jest taki spokojny?
Irka odezwał się po długim milczeniu. Kasia przyniosła jakieś rzeczy. Mówiła, iż twoje. Pokazała, ale ja nie wiem, może się pomyliła?
Podniosłam lekko obrus, spojrzałam na pakunki pod stołem, wzruszyłam ramionami.
Właśnie odetchnął z ulgą Marek. Zrób też dla mnie herbatę. Albo raczej podaj koniak, mam ochotę.
Wstałam od stołu, sięgnęłam po butelkę i wtedy usłyszałam:
Malutka… zacisnęłam palce na szklance. Spojrzałam na niego. Mówię, na stole są okruchy, zetrzyj. Klementyna znów nabrudziła. Trzeba ścierkę wziąć…
Potem piliśmy koniak w milczeniu, nie patrząc sobie w oczy.
Wreszcie Marek wstał i wyszedł.
Kasia, rozumiesz, on odszedł! Zabierał się, zostawił klucze. Kasia! Płakałam w słuchawkę, patrzyłam w lustro na zapuchniętą twarz malutkiej, która jeszcze trzy godziny temu pluskała się z Michałem w basenie. Od włosów czuć było chlor, bolały plecy
Irka, to postąpił jak facet, a nie jak kłamca. Inny by cię pobił. On po prostu odszedł. Z własnego mieszkania zresztą. Czaisz? I jeszcze masz czelność mówić, iż ci źle Ja już nie będę cię pocieszać. Dobranoc.
Położyłam telefon przed sobą, skulona płakałam cicho.
Klementyna zaliczyła sesję, pojechała na wieś do koleżanki, ze mną nie rozmawia, zostawiła tylko karteczkę, żebym jej nie szukała.
Michał zjawił się tydzień później, wyłonił się spod klatki, czerwony od mrozu.
Cześć, malutka! szepnął, chowając rozpaloną twarz w kołnierz kurtki. Tęskniłaś?
Dzwoniłam do niego, chciałam się wygadać, milczał. Dziś sam przyszedł.
Michał wyjęczałam, szukając wzrokiem jego auta.
Przyszedłem po swój dług, malutka! zarzucił mi ramię na bark.
Jaki dług? Oszalałeś?
Przestraszyłam się, próbowałam wyplątać, ale ścisnął mnie mocno.
Karmiłem cię? Karmiłem. Dogadzałem? A teraz mi trzeba pomóc, kicia. Mam kłopoty, twoje mieszkanie po matce da się sprzedać za co najmniej dwa miliony złotych. Sprzedajmy je! I to, w którym mieszkasz, też. Chodź, pogadamy w środku.
Zesztywniałam, łzy napłynęły do oczu, szłam trzęsąc się, modliłam, żeby ktoś się pojawił na podwórku, ale nikogo nie było.
Otwieraj, malutka, zamarzam tu popchnął mnie do drzwi.
Osunęłam się na śnieg, on nagle puścił, zatoczył się, padł. Nad nim stał Marek, bez czapki, zgrzebny i wściekły.
Won! Słyszysz?! Jeszcze raz cię zobaczę połamie cię! wrzasnął, chciał go dopadać, ale zatrzymałam go za rękę.
Michał, rozpoznając Marka, uśmiechnął się złośliwie, ale zaraz dostał pięścią w policzek.
Spadaj! Żeby cię tu nie było! krzyknął Marek i odprowadził mnie do domu.
O czym rozmawialiśmy tej nocy wie tylko księżyc zaglądający przez okno i stary zegar w salonie. Dwa kubki z herbatą stały nietknięte, zegar wybijał godziny, a świat zapadł w noc. Byliśmy tylko my mąż i żona, którzy postanowili żyć dalej razem.
Już nikt nie nazywał mnie malutką. Gdyby ktoś spróbował, zadrżałabym tylko i odwróciła wzrok.
Michał zniknął z mojego życia na zawsze. Okazało się, iż zabrał się nie za tę kobietę mój mąż nie dał za wygraną.
Podobno Michał próbował jeszcze kąsić inne malutkie, osamotnione, nieszczęśliwe. Każda bowiem potrzebuje czułości i Michał wiedział, jak je podejść. Ale tym razem nie wyszło. Musiał opuścić swoje wymarzone mieszkanie z widokiem na Warszawę. Może jeszcze kiedyś się odkuje. jeżeli Jarek nie zdecyduje inaczej
A ja? Czasami wyciągam z szuflady tę sukienkę z Nowego Świata. I patrzę, czy mam odwagę ją jeszcze włożyć.








