Kto spał na moim łóżku i pogniótł je… Opowieść. Kochanka mojego męża była starsza od naszej córki zaledwie o rok – pulchne, dziecięce policzki, naiwne spojrzenie, piercing w nosie (gdy córka chciała sobie taki zrobić, mąż wściekał się i zabronił). Nie dało się choćby na taką się gniewać – Janina patrzyła na jej sine, nagie nogi, krótką puchową kurteczkę i miała ochotę kąśliwie rzucić: „Jeśli planujesz rodzić dzieci temu bałwanowi, kup sobie porządny płaszcz i zakładaj rajstopy pod dżinsy.” Oczywiście nic nie powiedziała. Po prostu przekazała Arinie klucze, chwyciła dwie torby z resztką rzeczy i poszła na przystanek autobusowy. — Pani Janino, a do czego służy ta szuflada pod blatem w kuchni? — zawołała dziewczyna za nią. — Można tam trzymać naczynia? Janina nie wytrzymała i rzuciła na odchodne: — Zwykle chowałam tam ciała kochanek Sławka, ale ty możesz myć tam talerze. Nie czekając na odpowiedź, nie patrząc choćby na przerażoną twarz Ariny, zadowolona z siebie Janina zeszła po schodach. No cóż — to już wszystko, dwadzieścia lat życia kotu pod ogon. Pierwsza o kochance Sławka dowiedziała się córka. Zrobiła sobie wagary, wróciła do domu, myśląc, iż nikogo nie będzie — tymczasem zastała młodą nimfę popijającą kakao z jej ulubionego kubka. Skoro nimfa nie miała na sobie prawie nic, a w łazience chlapał się ojciec, nasza mądra Nastka gwałtownie połapała się w sytuacji i zadzwoniła do matki: — Mamo, chyba tata ma kochankę, ubrała moje kapcie i pije z mojego kubka! „Jak w bajce…” — pomyślała Janina, przypominając sobie, jak córka najbardziej była rozczarowana nie zdradą ojca, ale tym, iż ktoś dotknął jej rzeczy. Kto spał na moim łóżku i je pogniótł… Janina zniosła to wszystko o wiele spokojniej niż córka. Jasne, jej ego dostało w kość — dziewczyna była młoda i piękna, a ona sama miała nadwagę, cellulit i inne niezbyt przyjemne objawy czterdziestki. Ale poczuła też ulgę — ileż to lat trwały te dziwne nocne telefony, nienormowane godziny pracy i paragony z kawiarni, do których sam mąż nigdy jej nie prowadził… Tylko przyłapać go na gorącym uczynku nigdy się nie udało, Sławek był sprytny, tak iż często to ona wychodziła na winną, gdy go podejrzewała. — To pierwsza taka — kłamał bezczelnie Sławek. — Nie wiem, chyba zaćmienie jakieś, jakby mi kometa na głowę spadła. Kometa okazała się recepcjonistką z hotelu, w którym Sławek nocował podczas delegacji. Miała dwadzieścia lat, a poza śliczną buzią nie wyróżniało ją nic. Rozumu raczej nie miała, skoro za Sławkiem pognała do Warszawy, gdzie za odłożone grosze wynajęła brudny pokój. Dlatego spotykali się w mieszaniu — tam można się było wykąpać i wyprać rzeczy. Janina zastanawiała się, czemu ciągle w pralce jest szybki program zamiast zwykłych „bawełnianych”. Mieszkanie należało do Sławka — dostał je od ojca jeszcze przed ślubem, i skoro Janina zdecydowała się na rozwód, musiała z córką wyprowadzić się do własnego M2 na obrzeżach Warszawy, odziedziczonego po babci. Córka się buntowała — jak będzie do szkoły dojeżdżać? — To zamieszkaj z nami — zaproponował Sławek, za co dostał jeszcze porcję wyzwisk. Przynajmniej Nastka potrafiła wyrazić mu wszystko, co o nim myślała. Na początku było naprawdę niewygodnie — nowe trasy, nowe sklepy, do pracy i szkoły jeździły godzinę. Ale potem się przyzwyczaiły — Janina z czasem znalazła nową pracę, córka dostała się do technikum, do którego dojazd był dwa razy krótszy. Nie było czasu w smutki — domowe sprawy, egzaminy i matury nie pozwalały się rozczulać, a gdy kłopoty minęły, choćby nie było już czego opłakiwać. Arina dzwoniła do Janiny jeszcze parę razy — pytała, jak nastawić piekarnik na drożdżowe albo gdzie wsadzić tabletkę do zmywarki. Raz choćby przywiozła zapomniane zdjęcia potrzebne Nastce na bal maturzystów. Sławek nie mógł (czy też bał się), Janina leżała z anginą, a córka kategorycznie odmówiła powrotu na dawne mieszkanie, twierdząc, iż to negatywnie wpłynie na jej psychikę, a musi jeszcze zdawać informatykę. — Fajnie tu u was — powiedziała niepewnie Arina, rozglądając się po wyblakłych tapetach i staromodnych lampach. Janina tylko się uśmiechnęła — no tak, swojsko, co tu dużo mówić. Tam — nowocześnie i wygodnie, dwadzieścia lat na to pracowała. No i trudno, niech korzystają. Ale właśnie ten przypadek okazał się dla niej pechowy — około rok po pamiętnym dniu wieczorem zamek w drzwiach zgrzytnął. — Do ciebie ktoś? — spytała Janina Nastki. Nastka tylko wybałuszyła oczy. W drzwiach stanęła Arina — zapłakana, z rozmazaną czarną mascarą i brokatowym cieniem na policzkach. W ręku torba sportowa. — Co się stało Sławkowi? — zaniepokoiła się Janina. — Stało się! — zaszlochała dziewczyna. — Przyłapałam go z sekretarką! Chciałam zrobić mu niespodziankę, bo siedział do późna w pracy i… Znów się rozryczała, dziecięco pociągając noskiem i kryjąc twarz w dłoniach. — A po co do mnie przyszłaś? — spytała Janina, od razu łapiąc, iż chodzi o wypchaną torbę. — Mogę się u was przespać? Nie mam w ogóle kasy. Jutro jadę pociągiem do mamy. — A za co pojedziesz, skoro nie masz pieniędzy? — Myślałam, iż mi pani pożyczy. Janina nie wiedziała, czy płakać czy się śmiać. Za nią zdecydowała Nastka. — Wypieraj stąd! — prychnęła z pogardą i dorzuciła parę mocnych słów, które Janina słyszała u niej pierwszy raz. Janina spojrzała na córkę z dezaprobatą. — Wejdź, Arina — powiedziała. — Jest noc, nie będę cię wyrzucać na ulicę. Dalej było jeszcze ciężej. Córka była tak wkurzona, iż postawiła sprawę jasno — albo ja, albo ona. Janina wzruszyła ramionami — Twoja decyzja, jesteś pełnoletnia. Chcesz — jedź do ojca. — Bardzo mi wasz ojciec potrzebny! Jadę do Natki! Trzeba było wezwać córce taksówkę do koleżanki, a potem parzyć herbatę i uspokajać nieszczęsną kochankę, która przez rok życia w Warszawie nie dorobiła się ani pracy, ani przyjaciół, tylko nowego kolczyka w języku. Pieniędzy Janina jej oczywiście pożyczyła — co miała zrobić, nie zamierzała trzymać jej u siebie. choćby na dworzec odwieźć musiała, żeby się nie zgubiła. Arina długo dziękowała i obiecywała zmienić życie — zdobyć wykształcenie i przestać zadawać się z żonatymi facetami. — Mama zawsze mówiła, iż jestem beznadziejna. Miała rację, wychodzi na to. Na pociąg nie odprowadzała — to byłoby już za wiele. Z córką gwałtownie się pogodziły, choć ta nie mogła zrozumieć — jak mama mogła wpuścić tę rozbijaczkę do domu. Janina głaskała ją po włosach, uśmiechała się i mówiła: — Podrośniesz — zrozumiesz. Sławek zadzwonił po tygodniu. Wydukał, iż wszystko przemyślał, rzucił Arinę i jest gotów do szczęśliwego pojednania. — Koszule ci się skończyły? — zakpiła Janina. — No, tak… — westchnął były mąż. — Ona w ogóle nie umie prać, od roku chodzę w tłustych szmatach. Oczywiście, Janina nie wróciła. Nie cieszyła się czy zemściła, ale przyznać musiała — po tym wszystkim poczuła się lżej: i w głowie, i w sercu. Częściej się uśmiechała, wzięła psa ze schroniska, spacery wieczorne weszły jej w nawyk. Poznała sympatycznego sąsiada — no i co z tego, iż starszy o dziesięć lat, ona też nie jest już dziewczynką. A życie potoczyło się swoim rytmem.

newskey24.com 12 godzin temu

Kto leżał na moim łóżku i je rozgniótł Wspomnienie.

Kochanka mojego męża była ledwie parę lat starsza od naszej córki pulchne policzki niczym dziecięce, naiwne spojrzenie spod długich rzęs, a w nosie kolczyk (gdy nasza córka zapragnęła podobnego, Marek strasznie się oburzył i kategorycznie zabronił). Trudno było się na taką gniewać Jadwiga patrzyła na jej sine, bose nogi, za krótką kurtkę i sama miała ochotę rzucić kąśliwym: jeżeli planujesz urodzić temu głupcowi dzieci, kup sobie porządny płaszcz i załóż rajstopy pod spodnie. Oczywiście nic nie powiedziała. Jadwiga tylko wręczyła Karolinie klucze, chwyciła dwie torby ze swoimi ostatnimi rzeczami i ruszyła na przystanek autobusowy.

Pani Jadwigo, a co to za szuflada pod blatem w kuchni? zawołała dziewczyna za nią. Do trzymania naczyń?

Jadwiga nie powstrzymała się i rzuciła przez ramię:

Zwykle trzymałam tam trupy kochanek Marka, ale ty możesz tam spokojnie myć talerze.

Nawet nie czekała na odpowiedź, nie spojrzała na przestraszoną minę Karoliny, tylko zadowolona z siebie zeszła po schodach. I tyle dwadzieścia lat życia przepadło, przeminęło z wiatrem.

O tym, iż Marek ma kochankę, pierwsza dowiedziała się nasza córka. Zdecydowała się opuścić lekcje w liceum, wróciła do domu, myśląc iż jest pusty, a tam zastała młodziutką nimfę popijającą kakao z jej ulubionego kubka. Biorąc pod uwagę, iż dziewczyna miała na sobie prawie nic, a w łazience szumiał prysznic pod którym kąpał się ojciec, nasza sprytna Zosia natychmiast domyśliła się wszystkiego, zadzwoniła do Jadwigi i powiedziała:

Mamo, chyba tata ma kochankę, bo chodzi w moich kapciach i pije z mojego kubka!

Popatrz, jak w bajce Jadwiga uśmiechnęła się w tamtej chwili, wspominając, jak bardzo córka przejęła się nie tyle zdradą ojca, co faktem, iż ktoś odważył się dotknąć jej rzeczy. Kto spał na moim łóżku i je rozgniótł

Jadwiga, w przeciwieństwie do córki, przyjęła sprawę dużo spokojniej. Choć jej duma trochę ucierpiała dziewczyna była młoda i śliczna, a na niej samej ciążął już balast lat, zbędne kilogramy, cellulit i inne mało przyjemne ślady czterdziestki. Poczuła jednak ulgę ileż lat trwało to dziwne nocne telefony, nagłe nadgodziny, paragony z warszawskich kawiarni, dokąd nigdy jej nie zabierał… Nigdy nie udało jej się złapać Marka na gorącym uczynku, bo wszystko sprytnie ukrywał, tak iż to ona czuła się jeszcze winna, jeżeli go podejrzewała.

To pierwsza taka bezczelnie kłamał Marek. Nie wiem, coś mi odbiło, jakby kometa z nieba spadła.

Kometa okazała się być pracownicą hotelu, gdzie Marek nocował podczas delegacji. Miała dwadzieścia lat i oprócz ładnej buzi nie wyróżniała się niczym szczególnym. Z rozumu też niewiele, bo przyjechała z Gdańska za Markiem do Warszawy, wynajmując za oszczędności mały, brudny pokoik. Spotykali się więc w mieszkaniu tam mogła się umyć, wyprać rzeczy. Nie dziwne, iż Jadwiga ciągle widziała pralkę nastawioną na szybki tryb, zamiast zwykłego programu mieszane tkaniny!

Mieszkanie należało do Marka i odziedziczył je po ojcu jeszcze przed ślubem. Kiedy Jadwiga zdecydowała się złożyć papiery o rozwód, musiała razem z córką przeprowadzić się do własnej kawalerki na obrzeżach Warszawy, po babci. Córka protestowała jak będzie do szkoły dojeżdżać!

To zamieszkaj z nami zaproponował Marek, dostając w odpowiedzi solidny wybuch oburzenia. Dobrze, iż chociaż córka miała odwagę mówić, co myśli.

Na początku było niewygodnie nowe połączenia, nowe sklepy, do pracy i szkoły jeździły godzinę. Potem się przyzwyczaiły Jadwiga po czasie znalazła inną pracę, Zosia dostała się do technikum, do którego jeździło się dwa razy krócej. Smucić się nie było kiedy codzienne kłopoty i egzaminy skutecznie pochłaniały całą uwagę, a gdy najtrudniejsze minęło, nie chciało się choćby myśleć o żalu.

Karolina parę razy dzwoniła do Jadwigi pytała, na jakim trybie piec ciasto, gdzie wkładać tabletkę do zmywarki. Raz choćby przyjechała przyniosła zapomniane zdjęcia, pilnie potrzebne na zakończenie roku. Sam Marek nie mógł (albo się bał), Jadwiga leżała z przeziębieniem, a Zosia nie chciała wracać do starej dzielnicy, bo twierdziła, iż to źle wpłynie na jej psychikę, a jeszcze czekał ją egzamin z informatyki.

Uroczo tu u was niepewnie powiedziała Karolina, rozglądając się po wyblakłych tapetach i staromodnej lampie.

Jadwiga tylko się uśmiechnęła tak, uroczo, nie ma co więcej mówić. Tam, w apartamencie, było nowocześnie i wygodnie, dwadzieścia lat pracy. Niech korzystają.

Ten przypadek miał jednak dla niej przykrą konsekwencję rok po tamtej chwili, późnym wieczorem ktoś przekręcił klucz w zamku.

To do ciebie? spytała Jadwiga córki.

Zosia zrobiła tylko wielkie oczy.

Na progu stała Karolina zapłakana, z rozmazanym tuszem i brokatem na policzkach, w dłoni torba sportowa.

Co się stało z Markiem? przestraszyła się Jadwiga.

Stało się! pociągnęła nosem dziewczyna. Złapałam go z sekretarką! Chciałam zrobić niespodziankę, bo pracował do późna i

Zaczęła znowu płakać, mało dojrzale, chowając twarz w dłoniach.

A czego ode mnie chcesz? spytała Jadwiga, już domyślając się, na co wskazuje wypchana torba.

Mogę u was przenocować? Nie mam grosza. Jutro pojadę pociągiem do mamy.

A za co pojedziesz, jeżeli nie masz pieniędzy?

Myślałam, iż mi pani pożyczy.

Jadwiga nie wiedziała: śmiać się czy płakać.

Za nią zdecydowała córka.

Wynoś się stąd! z oburzeniem powiedziała i dorzuciła kilka soczystych słów, których nigdy przed matką nie używała.

Jadwiga spojrzała na Zosię z dezaprobatą.

Wejdź, Karolina powiedziała. Noc, przecież nie wyrzucę dziewczyny na ulicę.

Potem było tylko trudniej.

Córka była tak oburzona, iż stwierdziła: albo ona, albo Karolina. Jadwiga rozłożyła ręce to twój wybór, jesteś dorosła. Chcesz, jedź do ojca.

Potrzebuję waszego ojca jak dziury w moście! Jadę do Natalki!

Trzeba było zamówić córce taksówkę na noc do przyjaciółki. A potem poić herbatą i uspokajać nieudolną kochankę, która przez rok życia w Warszawie nie zdobyła ani przyjaciół, ani pracy, tylko nowy piercing w języku. Pieniędzy Jadwiga oczywiście jej pożyczyła nie mogła przecież zostawić jej bez środków do życia. choćby na dworzec ją zawiozła, by się nie zgubiła.

Karolina długo jej dziękowała, przepraszała i obiecywała zacząć nowy rozdział nauka, żadnych żonatych mężczyzn.

Mama zawsze mówiła, iż jestem nieodpowiedzialna. Miała rację.

Odprowadzać jej na pociąg nie chciała na to nie było już siły. Z córką pogodziły się szybko, choć ta długo nie mogła pojąć jak matka mogła wpuścić tę rozbijaczkę do domu. Jadwiga głaskała ją po włosach, uśmiechała się i mówiła:

Zrozumiesz z czasem.

Marek zadzwonił tydzień później. Powiedział, iż wszystko przemyślał, rzucił Karolinę i chce znów być rodziną.

Co, koszule ci się skończyły? zapytała kąśliwie Jadwiga.

No tak westchnął były mąż. Ona nie umie prać, chodzę w plamach od roku.

Oczywiście, Jadwiga nie wróciła. I nie cieszyła się z krzywdy Karoliny. Ale musiała przyznać, iż po wszystkim jej nastrój bardzo się poprawił zyskała lekkość w myślach i w sercu, uśmiechała się coraz częściej. Przygarnęła psa, chodziła z nim wieczorami na spacery. Poznała sympatycznego sąsiada nie szkodzi, iż starszy od niej o dziesięć lat, przecież ona też nie jest już dziewczynką. I życie potoczyło się dalej swoim rytmem.

Idź do oryginalnego materiału