Przeglądam lokalne grupy w social mediach i momentami trudno mi nadążyć za pomysłowością zwykłych Kowalskich, którzy na co dzień nie prowadzą biznesów, ale w lot potrafią wywąchać okazję na zarobienie paru stówek.
Okazuje się na przykład, iż w ten jeden weekend w roku każdy skrawek ziemi wokół Retkini staje się towarem premium. Nagle pojawia się oferta, iż można zostawić samochód u kogoś na podwórku przed domem. Można na placu, który przez większość roku stoi pusty i nikomu nie przeszkadza, ale akurat w ten weekend awansuje do rangi parkingu niemal VIP. choćby okoliczne firmy otwierają swoje bramy dla przyjezdnych, żeby skubnąć trochę grosza.
I adekwatnie trudno się dziwić. Skoro tysiące osób przyjeżdżają na kilka dni i nie mają gdzie zaparkować, to każdy metr kwadratowy zaczyna mieć swoją cenę.
Niektórzy poszli jeszcze dalej. Skoro turyści nie mają gdzie spać, to dlaczego nie wynająć własnego mieszkania? Przecież można się na ten czas wynieść do rodziny. Trzy dni ktoś obcy pośpi w ich łóżku, a oni wrócą bogatsi o kilkaset złotych albo choćby kilka tysięcy.
Weekend u teściowej może nie brzmi jak wymarzony plan, ale kiedy w grę wchodzi dodatkowa gotówka, nagle okazuje się całkiem rozsądną opcją. Są rzeczy, które człowiek jest w stanie znieść, jeżeli rachunek się zgadza.
A przyjezdni? Oni też są gotowi na wiele. Byle tylko znaleźć dach nad głową. Już choćby łóżko nie jest podstawowym standardem. Niektórzy proszą o kawałek gołej podłogi, na której można rozłożyć śpiwór. Ktoś choćby pisze, iż wystarczy zwykły karton - ważne, żeby rano było blisko koncertów.
Jest i kolejny gorący "towar" - wjazdówki na retkińskie osiedla. Miały pomóc mieszkańcom, by mogli zaparkować pod swoim blokiem, a już pojawiają się ogłoszenia z ich sprzedażą. Co tam, iż nie mam samochodu. Przepustkę i tak wezmę. Przecież nikt w spółdzielni nie sprawdza, kto naprawdę z niej korzysta. Sąsiadka mówiła, iż wystarczy podać nazwisko. Skoro dają, to szkoda nie wziąć.
Na tym lista się nie kończy. Wpadło mi w oko ogłoszenie mieszkańca Pabianic, który wybiera się na festiwal w piątek. Ma trzy wolne miejsca w samochodzie - dwie dyszki od osoby. Niby carpooling, niby wspólny przejazd i ekologiczne podejście do transportu, ale rachunek jest prosty - paliwo samo się przecież nie zwróci.
I kolejny łowca okazji - łodzianin, który oferuje, iż za przystępną cenę zawiezie i odwiezie na festiwal swoim prywatnym samochodem.
Wiele osób psioczy, iż miasto wydaje miliony na darmowe igrzyska, a tu nagle okazuje się, iż na Łódź Summer Festival mogą zarobić wszyscy. Jedni wynajmują mieszkania, inni miejsca parkingowe, jeszcze inni własny samochód. Tylko czy o takie zyski chodzi? Jedno jest pewne - przedsiębiorczości Łodzian odmówić się nie da.








