LIDKA
Seweryn Wasiliewicz z namysłem obejrzał spodnie i koszulę i ze złością rzucił je z powrotem na fotel.
Jak ja mam w tym wyjść?! Spodnie jak zmięty ser, choćby kantu nie widać, a na tyłku świecą się jak u pastucha, już nie wspominając, iż ostatnio schudł z pięć kilo i portki wiszą na nim jak worek. O koszuli już choćby nie mówić z błękitnej stała się szarobura, mankiety postrzępione, kołnierzyk stracił sztywność po prostu wstyd! Lidka by go w tej koszuli do wiejskiego sklepu nie wypuściła, a on w niej chodzi na uniwersytet wykładać na kursie profesorskim. Nigdy nie interesował się własnymi ubraniami, ale zawsze wyglądał nie tylko przyzwoicie, a wręcz elegancko. Nie to, co teraz!
Kiedyś choćby nie zauważał, jak pojawiały się nowe koszule, garnitury, kurtki, krawaty, kaszkiety czy modne buty wystarczyło włożyć rękę do szafy albo powiedzieć Lidce, iż jutro trzeba wyglądać…
Och, Lidko, Lidko, co ty wymyśliłaś?! Nie spodziewał się po niej takiej zdrady! Była prawie dziesięć lat młodsza i nigdy poważnie nie chorowała, choćby tym razem nic złego się nie zanosiło. Ot, gorączka przez trzy dni i ten głupi kaszel, który się przykleił. Do lekarza by sama nie poszła, piłaby swoje ziółka, ale musiała przed nowym rokiem szkolnym załatwić książeczkę zdrowia no i poszła z innymi nauczycielkami do przychodni.
Formalność adekwatnie, przychodnia taka sobie, ale właśnie stamtąd Lidkę wysłali prosto do szpitala. Wszystko potoczyło się potem jak zły sen, a przed Nowym Rokiem już było po wszystkim. Seweryn Wasiliewicz wszystko rozumiał rozumem, ale znienawidził tę rejonową przychodnię, jakby to ona Lidkę zabiła choć przecież właśnie tam wszczęto alarm! Ale wydawało mu się, jak dziecku, iż skoro tam się wszystko zaczęło, to oni są winni.
Poznał się z Lidką wtedy, gdy jako doktorant drugiego roku prowadził ćwiczenia z analizy całkowej, a Lidka zupełnie początkująca studentka z pierwszego roku była jedną z jego uczennic. Dziwne, iż zwrócił na nią uwagę! Zawsze pociągały go dziewczyny głośne, wyraziste, rasowe, a ona była dziecinna, z malinowymi od mrozu policzkami, piegami choćby w lutym i drobnymi pulchnymi palcami z obgryzionymi paznokciami i plamkami od atramentu. I właśnie na tych palcach się złamał!
Tak się rozczulił, iż choćby nie spostrzegł, kiedy się przywiązał zaczął ją odprowadzać do domu, wpadać do nich, lepić z babcią pierogi, a potem już nic innego nie zostało, tylko się ożenić! A przez następne czterdzieści wspólnych lat Lidka podwoiła się objętościowo, ścięła warkoczyki, paliła dwie paczki dziennie i została zastępczynią dyrektora wybitnej szkoły matematycznej, a Seweryn Wasiliewicz i tak za każdym razem widział jej dziecięce dłonie i obgryzione paznokcie, coś ściskało mu serce i nikogo innego nie potrzebował.
Nie znaczy to wcale, iż żyli sielankowo. Przez czterdzieści lat czego tam nie było. Seweryn Wasiliewicz nie był bez win miał na sumieniu dziesięć drobnych przewinień i dwa poważne z opuszczeniem domu. Lidka też nie była dłużna przez trzy lata spotykała się potajemnie z dyrektorem fabryki opiekującej się jej szkołą. Mieli jednak dwie córki i to one były kotwicami, które trzymały ich rodzinny statek mimo wszelkich burz.
I to także wydawało się Sewerynowi niesprawiedliwe: najpierw byli biedni, żyli sobie na głowie, potem córki rosły i całe życie sprowadzało się do manewrów między szkołą muzyczną, plastyczną, podstawówką, łyżwiarstwem figurowym i pasmem chorób dziecięcych. Teraz zaś, kiedy mieszkanie wielkie, dziewczyny żyją oddzielnie i własnym rytmem, a wnuki pokazują się tylko w święta mogliby żyć dla siebie, a tu Lidka zrobiła coś takiego… I choćby nie zostawiła instrukcji, jak teraz żyć!
Seweryn Wasiliewicz tak bardzo nie spodziewał się tego od Lidki, iż nie od razu zrozumiał, co się stało, a choćby na stypie zachowywał się bardziej jak na imieninach niż na żałobie. Wiele osób to zresztą zauważyło i uznało, iż najwyraźniej nie czuje bólu po stracie, więc nie trzeba mu szczególnie współczuć. A to nie tak. Po prostu wszystko przyszło do niego później, jakieś trzy miesiące, gdy przyszła wiosna. Zrobił się wtedy strasznie markotny, schudł jeszcze bardziej i nie mógł wysiedzieć sam w domu.
O spotkaniu z córkami nie było mowy jedna podróżowała po świecie z ekologami, raz ratując delfiny, raz badając szlak żurawi, druga była utopiona w rodzinie męża, całkiem pochłonięta dzieckiem i w jej konstrukcji życia nie było ojca. Seweryn zaczął więc chodzić po znajomych.
Chociaż odwiedzać znajomych to za duże słowo: przychodził nie wiadomo o której, jadł z łapczywością, przysypiał w fotelu, milcząco popijał herbatę z piernikiem czy kruchym ciastkiem, zasypując wszystkimi okruszkami i koszulę, i stół, i czekał, aż będzie już niezręcznie dalej siedzieć, by dopiero wtedy powlec się do domu i następnego dnia znów wrócić.
W domu prawie nie jadł choć przez czterdzieści lat to on był domowym kucharzem, dla siebie samego niczego nie chciało mu się gotować. Widać było, iż nagle zszedł, posiwiał i spoważniał, a przyjaciele zaczęli się martwić. Postanowili: trzeba go koniecznie ożenić!
I dziś znów miał wybrać się z jakąś Anną Konstantyną do teatru. Nic z tego nie będzie. choćby z Lidką chodził tam tylko dla niej. Wszystko wydawało mu się udawane, sztuczne, nużące i najczęściej niezdarne. Ale Lidka patrzyła na scenę tak zachwycona, zbierała programy, wielokrotnie mu potem opowiadała swoje wrażenia, iż nie mógł jej odmówić.
A teraz opiekujący się nim znajomi wciskają mu bilety i włóczy się z obcymi ciotkami przez rozmokły śnieg na te głupie spektakle, siedzi z obolałymi plecami w za ciasnych butach, przez trzy godziny w zakurzonym fotelu, dusząc się od pachnideł, w przerwie kupuje sok i stare ciastka, i ze zgryzotą marzy, żeby już tylko wrócić do domu i położyć twarz w poduszkę, która może jeszcze pachnie Lidką, a może to tylko złudzenie… Ale głupio obrazić przyjaciół, więc chodzić trzeba. I sam rozumie, iż samemu się nie da żyć, przynajmniej jemu, choć nie bardzo wie, po co w ogóle to życie dalej ciągnąć.
Dzisiejsza Anna Konstantyna okazała się całkiem zadbaną i sympatyczną kobietą. Seweryn Wasiliewicz pomyślał nawet, iż z dziesięć lat temu mógłby na taką zwrócić uwagę. Była od niego młodsza o piętnaście lat, drobna, schludna, inteligentna i światowa.
Przy niej sam wydał się sobie jeszcze starszy i bardziej zmarnowany. Ale ona wyraźnie dawała mu do zrozumienia, iż chętnie lepiej go pozna i sypała pomysłami na wspólne weekendy.
I spektakl był dziś całkiem w porządku, przynajmniej krótki i bez przerwy. Tylko potem trzeba by zaprosić ją do kawiarni, bo nie dało się już wykręcić bufetem teatralnym. Akurat los był po jego stronie.
Anna Konstantyna powiedziała, iż mieszka tuż obok teatru, niemal przy metrze, i właśnie dziś udał jej się wyjątkowy gulasz i ciasto, więc byłaby szczęśliwa, gdyby podzielili razem kolację. Nietrudno było się domyślić, jak bardzo była przygotowana, ale Seweryn Wasiliewicz tak bardzo tęsknił za domową atmosferą, iż choćby nie próbował odmawiać i poszedł z radością.
I tu Anna Konstantyna błysnęła. W mieszkaniu, które wyglądało jak pudełko na pralinki, pachniało cynamonem i wanilią, sama gospodyni pobiegła na chwilę, by wskoczyć w dresik, który dodał jej jeszcze młodego uroku, uwijała się po kuchni, częstowała Seweryna kulinarnymi wyczynami, prowadziła swobodną rozmowę aż pomyślał, iż może jednak tu zostać na zawsze, w tym piernikowym domku, żeby przeszłość nie dusiła go nocą i nie wyglądała zza każdej szafki, żeby mogło się zacząć nowe życie.
Seweryn Wasiliewicz niechętnie szedł do domu, bo była już głęboka noc ale umówili się z Anią na zwiedzanie wystawy w Muzeum Prywatnych Kolekcji, potem razem mieli odświeżyć mu garderobę, żeby nie przynosił wstydu damie, a w sobotę miał być domowy obiad u Anusi. Ania wolałaby tego dnia wyjechać za miasto i pokazać mu swoją działkę, ale jej córka bardzo prosiła, by zabrała wnuczkę po szkole więc zostali przy obiedzie z wnuczką w mieszkaniu, a działkę odłożyli na niedzielę.
W sobotę Seweryn Wasiliewicz pobiegł rano do fryzjera, od razu odmłodniał o pięć lat, przyspieszył ku młodości, zakładając nową, modną koszulę w kratę i miękkie sztruksowe spodnie niczym jakiś młodzik. Kupił kwiaty i czekoladkę dla wnuczki i poszedł do Anny Konstantyny.
Już na klatce schodowej pachniało kaczką z jabłkami i czymś ciastkowym Seweryn przyłapał się na tym, iż nuci jakąś melodię i uśmiecha się do swojego odbicia w starym lustrze gierkowskiej windy.
Ania przywitała go tak radośnie i czule, jakby wrócił z frontu, i od razu zaprosiła na obiad do kuchni.
A gdzie wnuczka? zapytał Seweryn.
Zaraz zawołam! Trochę się zgrywa, nie chciała wychodzić, siedzi w sypialni.
Seweryn ustawił kwiaty do wazonu, rozlał wino i sok dla dziewczynki, pokroił chleb i usiadł przy stole.
Poznaj, Sewerynie Wasiliewiczu! To moja wnuczka, Lidka!
Zobaczył wielkie, przejrzyste oczy, rumiane policzki i drobne piegi na zadartym nosku. Lidka patrzyła na niego z nieufnością, zjadając ze zdenerwowania paznokieć od kciuka.
Tylko żebym tu nie padł trupem na miejscu… pomyślał Seweryn, po czym gwałtownie wyszedł.








