List do samego siebie

twojacena.pl 20 godzin temu

Dziennik Renaty

Na pierwszy rzut oka od razu widać ten pomarańczowy koperta. Tak jaskrawo pomarańczowy, iż aż się rysował na tle reklam pizzy i rachunków za czynsz, które każdego miesiąca wyciągam ze skrzynki w moim bloku na Bemowie. Sięgnęłam po niego ostatniego, łapiąc resztki zimnego powietrza na klatce schodowej. W lewej dłoni ściskałam torbę z Biedronki, w prawej obracałam ten niesamowity kopert.

I nagle mnie zamurowało. Na przodzie mój własny charakter pisma. Adres, imię i nazwisko: Renacie Zbigniewnie Sokołowskiej. Obiadek wstydliwie czekał na kuchennym stole, a ja stałam i patrzyłam jak szalona. Z tyłu to samo: mój adres, móje nazwisko nadawcy. Żart? Ale ten charakter pisma? Ten sposób pisania litery t, ta pętelka u r tego nie powtórzyłby nikt poza mną. Tak pisałam zawsze, od podstawówki. Pani Jadwiga z polskiego kiedyś powiedziała: Sokołowska, piszesz jak dorosła. To komplement, jeżeli nie zauważyłaś. Od tamtego czasu litery mi się nie zmieniły minęło ćwierć wieku.

Winda podniosła mnie na dziewiąte piętro. Moje mieszkanie, mikrokosmos z jednym pokojem, kuchnia z oknem na zachód. Szafka na buty, jedyny haczyk na płaszcz i lustro, w którym co rano usprawiedliwiałam swój wygląd słowem wystarczający. I tak było dobrze.

Gdy siadłam przy stole, tylko światło zachodu wpadało do pokoju, rozlewając się miodowo na książki, kubek z resztką niedopitej herbaty i zdjęcie mamy w starej ramce. Rozmasowałam barki. Jak zawsze stały spięte wysoko, gotowe przyjąć cios zupełnie jakby resume z korporacji na Warszawskiej nigdy nie pozwalalo mi wyluzować. Ciało reagowało szybciej niż ja.

Spojrzałam na kopertę. Papier porządny, gruby. Nieskazitelnie prosty, jakby ktoś niósł go z troską. Palcem przejechałam po swoim imieniu. Już wiedziałam to nie żart.

Delikatnie oderwałam pasek na górze i wyjęłam środek. Złozona kartka ksero, A4, i coś bardziej płaskiego, śliskiego prawdopodobnie zdjęcie.

Rozpakowałam list.

Cześć. To ty. Ty z marca dwa tysiące dwudziestego piątego roku. Masz teraz trzydzieści siedem lat, siedzisz w kuchni o drugiej w nocy i jest ci bardzo źle. Nie śpisz czwartej nocy z rzędu. Myślisz, iż nie dasz rady. Z pracą. Ze sobą. Z tym miastem, które ściska cię ze wszystkich stron.

Piszę ci, bo ktoś musi. Koleżanka zadzwoni rano, mama pojutrze, ale teraz jest druga w nocy i nie ma nikogo. Tylko ty.

Chciałaś, by przypomnieć: poradziłaś sobie wtedy poradzisz sobie teraz.

Pokochaj siebie. Naprawdę zasługujesz.

Jeśli to czytasz, minął właśnie rok. Wytrzymałaś. Nie pisałam tego na próżno.

Oparłam się o stół i zaczerpnęłam tchu nie od łez, ale od poczucia, jak bardzo to jestem ja. Każde słowo, każda intonacja, choćby przecinki i przyzwyczajenie do zaczynania nowego akapitu od więc.

A przecież nie pamiętałam…

Nie miałam pojęcia, kiedy to pisałam, kiedy kupowałam ten kopert, jak wybierałam papier. Rok minął i ani razu choćby przez myśl mi to nie przeszło.

I wtedy dostrzegłam zdjęcie.

Wysunęło się, kiedy wyciągałam list, i leżało śliską stroną w dół. Odwróciłam.

Na zdjęciu kobieta: twarz popielata, pod oczami cienie, usta spękane w wąską linię, przyklapnięte włosy, sweter szary, rozciągnięty w łokciu. Doskonale pamiętałam ten sweter, wyrzuciłam go minionego lata.

I tę twarz też znałam. To byłam ja marcowa, sprzed roku.

Na dole miniaturowym pismem: Stałaś się silniejsza. Popatrz na mnie zobaczysz, skąd przyszłaś.

Ułożyłam zdjęcie obok listu. Zachodnie światło zatańczyło po blacie; twarz na zdjęciu ociepliła się, ale nie rozpromieniła.

Wtedy przypomniałam sobie wszystko.

***

Marzec dwudziestego piątego roku. Godzina druga w nocy. Ta sama kuchnia, ten sam stół tylko laptop, od którego bolały oczy.

Siedziałam boso, w t-shircie i piżamowych spodniach, wertując strony w internecie. Nie Facebook, nie wiadomości szukałam czegoś, czego nie potrafiłam nazwać. Znaku, powodu, by rano wstać.

W tamtym marcu nie wstałam z łóżka przez trzy dni. To nie było lenistwo. Raczej coś ciężkiego, lepistego, bez nazwy. Jakby ktoś położył na klatce piersiowej betonowy blok.

Rozwód był trzy lata wcześniej. Marcin odszedł w dwudziestym trzecim do koleżanki, do Sylwii z księgowości, do kobiety, która śmiała się częściej i nie stawiała tylu pytań. Nie płakałam wtedy. Spakowałam mu rzeczy do dwóch walizek i postawiłam pod drzwiami: Zabierz. Zabrał.

A potem półtora roku pracowałam bez przerwy, bez urlopu. Specjalistka ds. zakupów w Budmax czyli: telefony do dostawców od ósmej, tabele do dziesiątej wieczorem, narady, na których szef, pan Kirsztajn, powtarzał do znudzenia: Rynek jest ciężki, musimy się optymalizować. Kto nie daje rady, sam sobie winien.

Dawałam radę, nie narzekałam. Aż do jesieni dwudziestego czwartego, kiedy ciało powiedziało dosyć. Najpierw sen, potem apetyt, potem choćby siła, żeby wyjść z mieszkania. W styczniu zasypiałam już tylko z włączonym telewizorem, jadłam raz dziennie, rozmawiałam tylko z mamą przez telefon, i to na siłę.

Mama czuła Elżbieta Sokołowska, dzwoniła codziennie: Reniu, jadłaś coś? Zawsze kłamałam: Tak, mamo. Zupa. Zupy nie gotowałam od listopada.

Tamtej nocy, w marcu, wpisałam w przeglądarkę: List do siebie w przyszłości. Nie wiem czemu. Zobaczyłam reklamę. Pierwszy wynik strona Kapsuła czasu. Można napisać list, wybrać, za ile lat ma zostać dostarczony, i zapłacić za wysyłkę prawdziwy papier, prawdziwy kopert, Poczta Polska.

Wybrałam pomarańczową (bo szarej miałam już dosyć). Napisałam manualnie, zeskanowałam, wrzuciłam na stronę. Zrobiłam selfie przy kuchennym stole, przy świetle laptopa. Dołączyłam załącznik. Opłaciłam kilkadziesiąt złotych. Ustawiłam termin na dwanaście miesięcy.

Zamknęłam komputer. I do końca roku choćby nie przyszło mi do głowy, iż coś takiego wysłałam.

Bo potem życie ruszyło. Nieładnie, nie równo, raczej szarpnięciami. Ale ruszyło.

W kwietniu zapisałam się do psychologa. Pierwszy raz. Pani z krótkimi włosami, gabinet na Woli, pięćdziesiąt minut raz w tygodniu. Na trzeciej wizycie popłakałam się i nie mogłam przestać przez dwadzieścia minut. Na szóstej pierwszy raz od pół roku zaśmiałam się.

W czerwcu dostałam awans. Starszy specjalista. Szef po naradzie powiedział: Sokołowska, pani jedna nie narzeka i robi robotę. Doceniam. Wróciłam do biurka, usiadłam, barki automatycznie podniosły się do uszu euforia i lęk weszły razem.

Do jesieni robiło się lepiej. Znowu gotowałam zupę. Wychodziłam w niedzielę do parku przy metrze, z książką i termosem. Znowu to ja dzwoniłam do mamy, a nie czekałam, aż zadzwoni pierwsza.

A o liście zapomniałam. Kompletnie.

Aż do dziś.

Siedzę przy stole z listem i zdjęciem patrzę na siebie sprzed roku. Szara twarz, cienie, stary sweter.

I ten głos w środku: No i co? Wciąż ci źle. Nic się nie zmieniło.

***

Ten głos jest ze mną dawno, nie wiem od kiedy. Może po rozwodzie, może wcześniej. Nigdy nie krzyczy, nie wyzywa raczej mówi cicho, rozsądnie, czasem choćby troskliwie, co tylko pogarsza sprawę.

Awans? Przypadek. Po prostu nie było lepszych.

Myślisz, iż sobie radzisz? Spójrz na siebie barki w uszach, cztery godziny snu, na śniadanie tylko kawa i stres.

I tak cię zwolnią. W kwietniu, albo w maju. To tylko kwestia czasu.

Zawsze słuchałam, bo nie umiałam inaczej. Tak długo go miałam w głowie, iż już nie wiedziałam, gdzie kończy się on, a zaczynam ja.

Następnego ranka, dziewiętnastego marca, obudziłam się o szóstej. Prysznic, kawa, tusz do rzęs wszystko jak zwykle.

W pracy nerwowo. Biuro Budmaxu na Rembielińskiej szóste piętro, open-space, trzydzieści kilka biurek, a od tygodni dziwna cisza, napięta, ciężka. Już w lutym ogłosili redukcje. Pierwsza fala pięć osób z logistyki. Teraz wszyscy czekali na drugą.

Przeszłam do swojego stanowiska, przywitałam się z Martą w recepcji (jej uśmiech był wymuszony, martwiła się jak wszyscy). Włączyłam komputer, wpisałam hasło (data urodzenia mamy), i w skrzynce już 128 nowych maili. Sklep z Radomia prosi o opóźnienie, magazyn zgłasza braki, księgowość żąda dokumentów do piątku. Normalny dzień gdyby nie ta atmosfera, można by udawać, iż wszystko gra.

O jedenastej szef Kirsztajn zwołał zebranie.

Wszedł do sali, krótko ostrzyżony, drobny, wiecznie machający zakrętką długopisu. Zmarszczył brwi.

Krótko. Sawicka z projektu odchodzi. Oficjalnie za porozumieniem. Wiadomo, o co chodzi.

Julia Sawicka 29 lat, projektantka, znałam ją tyle, żeby pamiętać, iż co piątek przynosiła drożdżówki od babci z Katowic i zostawiała na kuchni z karteczką: Częstujcie się! Zimą, na firmowej wigilii, wyznała mi na papierosie, iż zwolnienia boi się bardziej niż czegokolwiek. Mam kredyt. I kota. Kota nie da się zwolnić.

Optymalizacja trwa. Kto zostaje zobaczymy po kwartale.

Wysiedziałam do końca, z barkami przy uszach. Głos w środku: Widzisz? Mówiłem. Jeszcze trochę.

Po spotkaniu wyszłam na korytarz, oparłam się o ścianę przy dystrybutorze wody, przytrzymałam zamknięte oczy. Dwa głosy: cichy z listu (Poradziłaś sobie wtedy poradzisz teraz) i ten, co nie odpuszczał (Zwykły papierek z internetu za pięćdziesiąt złotych. Sawicką też nie oszukali. Jutro doda ogłoszenie z kotem na kolanach).

Wróciłam do biurka, zaczęłam sortować tabele. Bo to potrafię działać mimo wszystko.

Wieczorem, przy kaszy gryczanej i kotlecie, zadzwoniła mama.

Reniu, jak się masz? usłyszałam jej chrapliwy głos, jeszcze zimowy.

Dobrze, mamo. Dużo pracy.

Jadłaś coś?

Jem kaszę.

Dobrze.

Chwila ciszy. Wiedziałam, co czuje 64 lata, trzydzieści w bibliotece dziecięcej. Umiała słuchać rzeczy nienazwanych.

Reniu, słyszę, iż jesteś spięta…

Jestem zmęczona.

Rok temu było to samo. Zmęczona, mamo. Potem okazało się, iż trzy dni nie wychodziłaś z domu.

Zamknęłam oczy.

Mamo, teraz naprawdę tylko praca. Nic poważnego.

Wiesz, iż jestem zawsze. Przyjadę w weekend. Ugotuję prawdziwą pomidorową nie z torebki.

Chciałam się roześmiać. Pierwszy raz tego dnia.

Dzięki, mamo. Na razie nie trzeba.

Jeszcze kilka minut rozmowy o jej ciśnieniu, o pani Frankiewicz z dołu, co kota przygarnęła i teraz nocami narzeka na miałczenie, o wiośnie (w Siedlcach zakwitły fiołki na balkonie, wysłała mi MMS-a). Patrz, wiosna już przyszła, a ty tam, w tej Warszawie, siedzisz. Czułam się po tym lepiej.

Mama nigdy nie pytała o wnuki ani facetów. Nauczyła się, iż niektóre rzeczy lepiej przemilczeć ważniejsze jest, by być i odebrać telefon.

Położyłam słuchawkę i trochę się uspokoiłam. Umyłam naczynia i znowu spojrzałam na kopertę oraz zdjęcie.

Stałaś się silniejsza. Patrz na mnie zobaczysz, skąd przyszłaś.

Podsunęłam zdjęcie pod oczy. Patrzyłam w te szare, zmęczone oczy kobieta na zdjęciu chciała poprosić o pomoc, ale nie wiedziała kogo.

O dziewiątej zadzwoniła Lila.

Lilka przyjaciółka od liceum. Dwadzieścia lat przyjaźni. Wiecznie zachrypnięty śmiech w głosie.

Reni, co się dzieje?

Nic się nie dzieje.

Nie wierzę. Słyszałam od Małgośki, iż u was masakra.

Westchnęłam.

No, dzisiaj zwolnili kolejną dziewczynę, szef mówi, iż kwiecień będzie ciężki.

A ciebie?

Na razie nie. Ale… no właśnie.

Słuchaj. Rok temu dzwoniłaś do mnie w nocy. Powiedziałaś, iż nie wytrzymasz. I co? Dałaś radę. Jesteś tu, gotujesz kaszę i odbierasz moje telefony. To jest życie, Reni.

Słuchałam. Dokładnie te słowa były w liście. Jakby przez rok wszyscy ja sprzed roku, mama, Lila powtarzali zgodnie: Wytrwałaś, więc przestań się katować.

Skończyłam rozmowę i była dziesiąta wieczorem.

Cisza w mieszkaniu była zwykła, nie obciążająca. Lodówka mruczała, za oknem autobus, gdzieś w dole śmiech dziecka tak cienki, iż aż świsnął.

W łazience spojrzałam w lustro.

Moja twarz trzydzieści osiem lat, brązowe włosy za ramiona, lekko rozczochrane. Skóra normalna, lekko zaróżowiona od wieczornej herbaty. Cienie pod oczami, ale przyzwoite nie te upiorne sprzed roku. Normalne. Pracownicze. Po prostu wstałam o szóstej.

Wróciłam do kuchni, wzięłam zdjęcie i ustawiłam przy lustrze.

Dwie twarze.

Jedna w lustrze żwawe, spokojne, lekko zmęczone. Druga na zdjęciu szara, z oczami, które wołają o ratunek.

Rok różnicy.

Głos próbował znowu szepnąć: Bez znaczenia. Foto wszystko wyolbrzymia. Było ci wtedy gorzej

Ale przerwałam mu, pierwszy raz od dawna na głos.

Nie.

Powiedziałam do lustra. Kobieta w odbiciu patrzyła na mnie lepiej, spokojnie, wręcz z ciekawością.

Nie. Już nie jestem nią. Zobacz, tu jest ta sprzed roku, a to ja teraz.

I nagle cisza. Głos zamilkł.

Stanęłam w łazience, bosa, w starych spodniach od piżamy i t-shircie, ze zdjęciem w ręku. Po raz pierwszy od roku patrzyłam na siebie nie przez pryzmat oczekiwań.

Nie czy dam radę. Nie czy zasługuję. Nie co jeżeli wszystko się zawali.

Po prostu patrzyłam.

I widziałam. Nie superbohaterkę z kolorowych magazynów, nie silną i niezależną. Żywą kobietę. Z lekkimi cieniami pod oczami i przerzedzonymi włosami przy skroniach. Z dłońmi, które przez rok podpisały trzysta dokumentów i nie zawahały się ani razu. Z barkami, które dalej stoją wysoko ale stoją. Nie poddały się.

***

Nie spałam do drugiej, ale tym razem nie z niepokoju, ale z powodu natłoku myśli.

Leżałam ciemną nocą i przypominałam sobie ostatni rok nie wydarzenia, ale momenty. Jak po raz pierwszy od dawna zrobiłam śniadanie i zjadłam je do końca. Jak usiadłam na ławce w parku, a światło słońca grzało moją twarz. Jak śmiałam się u psychologa z własnej tendencji do przepraszania za swój czas.

Te drobiazgi ułożyły się w mój rok.

Głos szepnął: To się nie liczy. Wszyscy tak mają. To nie jest sukces.

A ja pomyślałam: a może kłamie? Nie ze złości. Tak po prostu. Jak ktoś, kto całe życie mieszkał w pokoju bez okna i sądzi, iż słońce nie istnieje.

Wstałam. Zapaliłam lampkę nocną w kuchni.

Na stole koperta. Odwróciłam ją. Wzięłam moją ulubioną niebieską żelówkę.

I zaczęłam pisać:

Cześć. To znowu ty. Z marca dwa tysiące dwudziestego szóstego. Masz trzydzieści osiem lat. W pracy niepewnie. W życiu chaos. Ale dajesz radę.

Rok temu pisałam do siebie z ciemności, gdzie nie było widać ścian, gdzie pokój wydaje się nieskończony. Dzisiaj dostałam tamto pismo. Wiesz co? Nie poznałam siebie na zdjęciu. Potrzebowałam aż trzech sekund, żeby zrozumieć, iż ta szara kobieta to ja.

Trzy sekundy cały rok.

Tym razem piszę ci już nie z bólu. Piszę z ciepła. jeżeli to czytasz znaczy, wytrzymałaś kolejny rok.

Pokochaj siebie. Na to zasługujesz.

Twoja Renata, marzec dwa tysiące dwudziestego szóstego.

PS. jeżeli barki znów są przy uszach opuść. Już teraz. Tak. Brawo.

Złożyłam kartkę na czworo. Schowałam do pomarańczowego koperty tego samego, który dziś wyciągnęłam ze skrzynki. Napisałam adres.

Otworzyłam laptop. Weszłam na stronę Kapsuły czasu. Zleciłam wysyłkę na marzec dwa tysiące dwudziestego siódmego. Załączyłam skan nowego listu. Po sekundzie namysłu zrobiłam selfie: w kuchni, przy tym samym świetle.

Tym razem twarz na ekranie była inna. Nie szara, nie wypłukana. Po prostu zwyczajna. Lekko zmęczona, ale spokojna.

Zamknęłam komputer.

Popatrzyłam przez okno.

Nocna Warszawa błyszczała w dole, latarnie przy Radiowej jak sznury pereł, żółte okna obcych ludzi. Cicho. Marzec, dwa stopnie, lekki wiatr.

Stałam boso na zimnej posadzce i czułam, jak barki te od ciągłego stresu same opadają niżej. Bez nakazu, bez świadomego wysiłku.

Głos w środku coś próbował, szeptał po staremu.

Ale ja nie słuchałam.

Patrzyłam na miasto i myślałam o tej kobiecie, która za rok dostanie pomarańczową kopertę. Może będzie miała inną pracę, może mieszkanie, może spotka kogoś bliżej siebie, a może nie. To nieważne.

Liczy się tylko to, iż w kopercie będzie zdjęcie, podpisane: Popatrz na mnie. Zobacz, skąd przyszłaś.

Ona spojrzy. I zobaczy.

Uśmiechnęłam się. Zgasiłam światło, wróciłam do łóżka.

Za oknem noc marcowa, wilgotna i świeża jak Warszawa po deszczu.

A w mieszkaniu cicho.

Na stole leży pomarańczowa koperta z nowym listem w środku.

***

Rano obudziłam się o siódmej, bez budzika. Światło szare i lekkie, wschodnie, nie złote jak wieczorem.

Zaparzyłam herbatę.

List, zdjęcie i stara kartka zostały ułożone starannie nie po to, żeby pamiętać ból, ale żeby wiedzieć, jaką drogę przeszłam.

Wyjęłam małą, szklaną ramkę. Włożyłam tamto zdjęcie. Postawiłam przy książkach.

Szara twarz. Cienie pod oczami. Sweter z wyciągniętym łokciem.

Nie, by pielęgnować smutek by pamiętać ścieżkę.

Z kubkiem w ręku popatrzyłam w okno i zobaczyłam swoje odbicie zwyczajną kobietę, naturalną, spokojną.

Ten głos w środku milczał.

Dopiłam herbatę, ubrałam się, wzięłam torebkę i wyszłam. Przy drzwiach sprawdziłam barki.

Były na swoim miejscu. Równiutko, spokojnie. Po prostu moje.

Zamknęłam drzwi i ruszyłam do pracy.

Na kuchennym stole została koperta. Z nowym listem, z nowym zdjęciem, gotowa do drogi.

Za rok przyjdzie. Otworzę. I spojrzę na siebie z dzisiaj. Może znowu się nie poznam.

Bo przez rok zmienia się wszystko.

Albo prawie wszystko.

Charakter pisma zostanie ten sam. Tak samo długie t, ta sama pętelka r. Jak w podstawówce, jak zawsze.

A w środku będzie kartka z jedną, najważniejszą frazą:

Poradziłaś sobie wtedy poradzisz i teraz.

Tylko tym razem z jasności, nie z ciemności.

Idź do oryginalnego materiału