— Ludka, czy ty zgłupiałaś na stare lata?! Wnuki już do szkoły chodzą, a ty ślub chcesz brać? — usłyszałam taki tekst od siostry, gdy powiedziałam jej, iż wychodzę za mąż. No ale na co czekać? Za tydzień z Tolkiem idziemy do urzędu, muszę jej to powiedzieć. Wiadomo, na uroczystość nie przyjedzie, mieszkamy na drugim końcu Polski. I nie będziemy robić hucznego wesela z okrzykami „Gorzko!” w wieku 60 lat. Cicho się pobierzemy i posiedzimy we dwoje. Można by wcale się nie żenić, ale Tolek nalega. Jest dżentelmenem w każdym calu: drzwi otwiera, podaje rękę, pomaga wsiadać i wysiadać z auta, płaszcz poda. Nie zgadza się żyć ze mną bez ślubu i kropka. Powiedział wprost: „Co ja, chłopaczek, czy co? Potrzebuję poważnego związku!”. Dla mnie Tolek to naprawdę chłopiec — choć już siwy. W pracy wszyscy go szanują, zwracają się po nazwisku. Tam jest poważny, stanowczy, ale przy mnie jakby miał czterdzieści lat mniej: chwyta mnie i kręci na środku ulicy. Ja się cieszę, ale i wstydzę. Mówię: „Ludzie patrzą, śmiać się będą”, a on: „Jakie ludzie? Ja nikogo poza tobą nie widzę!” Przy nim mam wrażenie, iż cały świat znika — istnieje tylko on i ja. Ale mam jeszcze swoją siostrę, której muszę wszystko powiedzieć. Bałam się, iż tak jak inni będzie mnie oceniać, a mi zależało na jej wsparciu. W końcu zdobyłam się na odwagę i zadzwoniłam. — Ludkaaa — wyciągnęła z niedowierzaniem, gdy usłyszała, iż wychodzę za mąż — rok dopiero minął od pogrzebu Wicia, a ty już znalazłaś sobie następcę! Domyślałam się, iż ją zszokuję, ale nie myślałam, iż powodem jej oburzenia będzie mój zmarły mąż. – Taniu, pamiętam — przerwałam jej — ale kto ustala te zasady? Możesz mi podać dokładną liczbę? Po ilu latach wolno mi znowu być szczęśliwa, żeby nikt nie miał pretensji? Kusiło ją, by podać jakąś datę: – Dla przyzwoitości przynajmniej ze cztery, pięć lat powinnaś poczekać. – Czyli co, mam powiedzieć Tolowi: „Wybacz, wróć za pięć lat, na razie żałobę noszę?” Zamilkła. – I co mi to da? — pytałam dalej. — Myślisz, iż po pięciu latach wszyscy się odczepią? I tak znajdą się tacy, co będą sobie gadać, ale szczerze mówiąc, mam ich gdzieś. Ale twoja opinia jest dla mnie ważna — jeżeli chcesz, zrezygnuję ze ślubu. – Wiesz co, nie chcę być ta zła, więc pobierajcie się choćby jutro! Ale pamiętaj, nie rozumiem cię i nie popieram. Zawsze byłaś oryginalna, ale nie myślałam, iż do późnej starości całkiem zbzikujesz. Miej trochę wstydu, poczekaj choć rok. Ale ja nie odpuszczałam. – Mówisz, żebym poczekała jeszcze rok. A jeżeli nam z Tolkiem tylko ten rok został? Co wtedy? Zadławiła się łzami. – Rób jak chcesz. Wiem, iż każdy chce być szczęśliwy, ale przecież całe życie byłaś szczęśliwa… Roześmiałam się. – Serio? Ty też myślałaś, iż byłam taka szczęśliwa? Chociaż ja sama tak myślałam. Dopiero teraz widzę, jaka byłam: koń pociągowy. Nie wiedziałam, iż można żyć inaczej, tak po prostu — cieszyć się życiem! Wicia był w porządku. Wychowaliśmy dwie córki, mam pięcioro wnuków. Mąż zawsze powtarzał, iż rodzina jest najważniejsza. Nie kłóciłam się. Najpierw pracowaliśmy ponad siły dla rodziny, potem dla rodzin naszych córek, potem dla wnuków. Patrzę wstecz i widzę wieczną gonitwę za dobrobytem bez chwili oddechu. Gdy starsza córka wyszła za mąż, już mieliśmy działkę, ale Wicia chciał powiększać gospodarstwo, hodować dla wnuków własne mięso. Wzięliśmy hektar w arendę i założyliśmy sobie ciężar, który dźwigaliśmy latami. On hodował zwierzęta, trzeba je było karmić dzień i noc. Przed północą nie kładliśmy się spać, o piątej już na nogach. Ciągle na działce, do miasta rzadko i tylko załatwić sprawy. Ledwo znalazłam czas, by zadzwonić do przyjaciółek, a one chwaliły się: jedna z wnuczką z morza wróciła, druga w teatrze z mężem. Mnie choćby do sklepu nie było kiedy pojechać! Zdarzało się, iż kilka dni bez chleba siedzieliśmy, bo zwierzyna wiązała nam ręce i nogi. Jedno cieszyło: dzieci i wnuki najedzone. Dzięki gospodarstwu starsza córka zmieniła auto, młodsza zrobiła remont — więc nie na darmo się harowało. Kiedyś przyjechała stara znajoma i mówi: – Ludka, nie poznałam cię! Myślałam, iż tu na wsi odpoczywasz, a ty ledwie żywa! Po co się tak męczysz? – A jak inaczej? Przecież dzieciom trzeba pomagać — odpowiedziałam. – Dzieci dorosłe, niech pomagają sami sobie, a ty żyj wreszcie dla siebie! Wtedy nie rozumiałam, co to znaczy. Teraz już wiem, iż można żyć inaczej: spać ile chcesz, chodzić na zakupy, do kina, na basen, na narty. I nikt nie cierpi! Dzieci się nie zubożały, wnuki nie głodują. Nauczyłam się patrzeć na świat nowymi oczami. Kiedyś, grabiąc liście na działce, złościłam się na bałagan. A dziś? Te liście poprawiają mi humor! Idę przez park, podkopuję nogą liście i cieszę się jak dziecko. Polubiłam deszcz, bo nie muszę już gonić kóz pod dach, tylko mogę z kawą wyglądać przez szybę w kawiarni. Dopiero teraz widzę, jakie piękne są chmury i zachody, jaka przyjemność z chodzenia po śniegu. A na świat nowe oczy otworzył mi właśnie Tolek. Po śmierci męża byłam jak w transie. Zmarł nagle — zawał serca, nie zdążyła choćby pogotowie przyjechać. Dzieci gwałtownie sprzedały wszystko — gospodarstwo, działkę — i przeprowadziły mnie z powrotem do miasta. Pierwsze dni chodziłam jak obłąkana, budziłam się o piątej i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Aż pojawił się Tolek. Najpierw jako sąsiad i znajomy zięcia — pomagał przewieźć rzeczy z działki. Przyznał się później, iż na początku nie miał wobec mnie żadnego planu — zobaczył zgaszoną, zagubioną kobietę i tylko współczuł. Mówił, iż wiedział, iż jestem energiczna, tylko trzeba mnie „odmrozić”. Wyciągnął mnie na pierwszy spacer do parku. Usiadł ze mną na ławce, kupił lody. Potem zaproponował spacer nad staw nakarmić kaczki. Hodowałam kaczki całe życie, a nie miałam chwili, żeby na nie patrzeć! Okazały się takie zabawne! Krztusiały się, fikały — widziałam to pierwszy raz. — Naprawdę można po prostu postać i popatrzeć na kaczki, — wyznałam. Na swoje nigdy nie miałam czasu; tylko szykowałam ziarno i sprzątałam kurnik. A tu mogę je podziwiać! Tolek się uśmiechnął, chwycił mnie za rękę i mówi: — Zaczekaj, ja ci tyle jeszcze pokażę! Odrodzisz się na nowo. I miał rację. Codziennie jak dziecko odkrywałam świat i stawał się coraz piękniejszy, życie wydawało się snem. Nie pamiętam momentu, kiedy poczułam, iż bez Tolka i jego głosu, śmiechu, dotyku nie mogę żyć. Ale któregoś ranka się obudziłam i wiedziałam: to jest to, tego teraz potrzebuję. Córki nasze relacje od początku przyjęły z wrogością! Mówiły, iż zdradzam ojca. Było mi bardzo przykro, czułam się winna. Dzieci Tolka się ucieszyły — powiedziały, iż są już spokojne o tatę. Została tylko rozmowa z siostrą, cały czas ją odkładałam. – To kiedy ten ślub? — zapytała w końcu. – W ten piątek. – No cóż mogę powiedzieć? Zdrowia i miłości na stare lata, — pożegnała się chłodno. W piątek z Tolkiem kupiliśmy ciasto i wino, ubraliśmy się odświętnie, zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy do urzędu. Wysiadłam i zamarłam: przed wejściem stały moje córki z zięciami i wnukami, dzieci Tolka z rodzinami i… moja siostra! Tania trzymała wielki bukiet białych róż i uśmiechała się przez łzy. — Tania! Ty tu jesteś?! — nie wierzyłam oczom. – Musiałam zobaczyć, komu cię oddaję, — roześmiała się. Okazało się, iż w ostatnich dniach wszyscy się zmówili i zamówili stolik w kawiarni. Niedawno z Tolkiem świętowaliśmy rocznicę ślubu. Dla wszystkich jest jak swój. A mnie przez cały czas nie mieści się w głowie, iż to wszystko dzieje się naprawdę: jestem tak niewiarygodnie szczęśliwa, aż boję się zapeszyć!

naszkraj.online 1 dzień temu
Basia, zwariowałaś na starość! Wnuki już do szkoły chodzą, a ty ślub sobie wymyśliłaś? usłyszałam od mojej siostry, kiedy powiedziałam jej, iż zamierzam wyjść za mąż. No ale przecież ile można to odwlekać? Za tydzień z Tadziem idziemy do urzędu, trzeba było dać znać siostrze. Balować nie zamierzamy, zwłaszcza iż ona mieszka na drugim końcu […]
Idź do oryginalnego materiału