Mamo, biorę ślub! – radośnie oznajmił syn. – Cieszę się. – bez większego entuzjazmu odpowiedziała pa…

twojacena.pl 2 dni temu

Mamo, żenię się! powiedziałem z euforią do mamy.
Cieszę się odpowiedziała bez entuzjazmu pani Zofia Pawłowska.
Mamo, co się stało? zdziwiłem się.
Nic… Gdzie planujecie mieszkać? spytała, mrużąc oczy.
Tutaj. Przecież nie masz nic przeciwko? odpowiedziałem. Mieszkanie jest trzypokojowe, naprawdę nie pomieścimy się?
A czy ja w ogóle mam wybór? zapytała mama.
No nie będziemy przecież wynajmować mieszkania… powiedziałem smętnie.
Czyli nie mam wyboru westchnęła Zofia Pawłowska.
Mamo, w tej chwili ceny wynajmu są takie, iż na jedzenie by nam nie wystarczyło tłumaczyłem. Nie na zawsze, poodkładamy i kupimy swoje. Tak chyba będzie szybciej.
Mama tylko wzruszyła ramionami.
Oby… mruknęła. No dobrze, wprowadzacie się, mieszkacie ile trzeba, ale mam dwa warunki: rachunki za media dzielimy na trójkę i nie będę pomocnicą domową.
Oczywiście, mamo, jak sobie życzysz zgodziłem się od razu.
Zorganizowaliśmy skromne wesele, po czym zamieszkaliśmy we trójkę: Zofia Pawłowska, ja i moja żona Irmina.
Odkąd młodzi się wprowadzili, naszej mamie nagle zaczęło brakować czasu wracaliśmy po pracy, a mamy nie było w domu, garnki puste, a porządek jak po przejściu burzy. Jak wyszliśmy rano, tak wszystko zostawało w tych samych miejscach, idealnie rozrzucone.
Mamo, gdzie byłaś? pytałem wieczorem zdziwiony.
Wiesz, Wiktorku, zadzwonili z Domu Kultury. Zaprosili mnie do chóru pieśni ludowej, przecież mam głos, sam mówiłeś…
Naprawdę?! zdziwiłem się.
No jasne! Po prostu zapomniałeś, ale ja ci kiedyś opowiadałam. Tam spotykają się emeryci, śpiewają razem. Tak fajnie spędziłam czas, jutro idę znowu! powiedziała radośnie mama.
Jutro też chór? dopytałem.
Nie, jutro mamy wieczór literacki, będziemy czytać Mickiewicza oznajmiła mama. Przecież wiesz, jak uwielbiam Mickiewicza.
Tak? znów się zdziwiłem.
Oczywiście! Nie słuchasz swojej matki! powiedziała z lekkim wyrzutem mama.
Irmina patrzyła na rozmowę w milczeniu, choćby słowa nie pisnęła.
Od chwili mojego ślubu Zofia Pawłowska jakby dostała drugiego życia: chodziła na wszystkie możliwe zajęcia dla seniorów, do grona dawnych koleżanek dołączyły nowe, co rusz wpadały wesołą grupą w gości, okupowały kuchnię do nocy, piły herbatę, jadły ciasteczka przyniesione po drodze i grały w bingo. Często chodziła na spacery albo po prostu oglądała seriale z takim zapałem, iż choćby nie słyszała, jak wracaliśmy do domu i ją witaliśmy.
Do domowych obowiązków mama nie zamierzała się dotykać całą pracę zrzuciła na mnie i Irminę. Początkowo milczeliśmy, potem żona zaczęła się dziwnie krzywić, po pewnym czasie zaczęliśmy po cichu żartować, a potem już całkiem otwarcie narzekać. Zofia Pawłowska nie zwracała najmniejszej uwagi na nasze grymasy, prowadząc bardzo aktywny jak na swój wiek tryb życia.
Pewnego dnia przyszła do domu wyjątkowo szczęśliwa, podśpiewując pod nosem Szła dzieweczka do laseczka. Weszła do kuchni, gdzie my z Irminą smutno jedliśmy świeżo ugotowaną zupę, i oznajmiła radośnie:
Kochane dzieci, gratulujcie mi! Poznałam wspaniałego pana i jutro jedziemy razem do sanatorium! Czy to nie dobry news?
Dobry chórem stwierdziliśmy z żoną.
To poważne? zapytałem ostrożnie, bo obawiałem się kolejnego lokatora.
Jeszcze nie wiem, po sanatorium wszystko się rozstrzygnie odparła Zofia Pawłowska, nalała sobie zupę i zjadła ze smakiem, a choćby dokładkę.
Po powrocie z sanatorium mama była rozczarowana. Powiedziała, iż Stanisław nie jest jej poziomem, rozstali się, ale zaraz dodała, iż jeszcze wszystko przed nią. Zajęcia, spacery i ploteczki trwały dalej w najlepsze.
W końcu wróciliśmy wieczorem do nieposprzątanego mieszkania, garnki puste, lodówka pusta. Irmina nie wytrzymała trzasnęła pustą lodówką i zirytowana rzuciła:
Pani Zofio! Może mogłaby się pani zająć też domem? Wszędzie bałagan, w lodówce nic. Dlaczego my mamy robić wszystko, a pani nic?
A czemu takie nerwy? zdziwiła się mama. Jakbyście żyli sami, kto by ogarniał dom?
Ale pani tu mieszka! odpowiedziała żona.
Ja tu nie jestem służącą, by wam podawać i sprzątać dzień i noc. Swoje już odpracowałam, dość! I przed ślubem Wiktora wyraźnie mówiłam, iż nie będę gosposią. To, iż ci nie powiedział, nie moja sprawa powiedziała mama.
Myślałem, iż żartujesz wymamrotałem.
Czyli chcecie wygodnie żyć i liczycie, iż ja będę jeszcze gotować i sprzątać za wszystkich? Nie! Powiedziałam nie będę i już. A jak się nie podoba, zawsze można mieszkać oddzielnie! odparła mama i zamknęła się w swoim pokoju.
A następnego dnia, jakby nigdy nic, podśpiewując Czerwone jabłuszko, założyła ładną bluzkę, pomalowała usta czerwoną szminką i wyszła do Domu Kultury, tam już czekał na nią chór pieśni ludowej…

Idź do oryginalnego materiału