Masz tu wałeczek! sześćdziesięcioletni mąż szczypnął mnie w bok przy gościach, więc przyniosłam lustro i pokazałam, gdzie jego wałeczki się bujają.
Zosiu, a co to masz tutaj? zapytał Janusz, cmokając po trzecim kieliszku domowej nalewki. Wyciągnął rękę i z niepokojącą troską gospodarza dopadł mój bok, tuż nad paskiem spódnicy tam, gdzie materiał lekko się napinał, gdy siedziałam.
Zrobił to głośno, bez cienia zażenowania, prosto w oczy wszystkich zebranych.
Janusz, co ty wyprawiasz? próbowałam delikatnie odsunąć jego dłoń, jak się zgania upierdliwą muchę z jesiennej kuchni. Ale Janusz był nie do zatrzymania.
Palce mojego męża, niczym parówki przetrącone na grillu, znów zacisnęły się na mojej talii. Bolało bardziej w ambicję niż w ciało.
No popatrzcie państwo! zwrócił się do sąsiada Eugeniusza, który już ostrzył widelczyk na śledzia pod pierzynką. Mówię jej: Zosiu, odłóż te kajzerki na noc. A ona mi na to: To wiek, hor hormony.
Janusz się rozkręcił, a jego brzuch trząsł się jak galareta, grożąc rozerwaniem guzików z niedzielnej koszuli.
Jakie hormony? To całkiem zwykłe lenistwo! podsumował, dumnie omiatając wzrokiem stół.
Janusz, przestań wysyczałam przez zaciśnięte zęby, czując jak rumieniec zalewa mi szyję i policzki.
Eugeniusz zmieszał się, zapatrzony w talerz, jakby majonezowy wzorek był szczytem sztuki użytkowej.
Jego żona Grażyna niby coś układała przy serwetce ewidentnie próbowała udawać, iż NIC się nie dzieje.
A co, Zosiu, mam nie mówić prawdy? Masz tu wałeczek! wykrzyknął Janusz i znów pstryknął palcem w mój bok, jakby sprawdzał, czy ciasto drożdżowe już wyrosło.
No widzisz, wyraźny rulon, dodał z powagą pana domu. Normalnie jak u mopsa! Nieładnie to, Zośka.
Wszyscy zamilkli, tylko lodówka brzęczała z kuchni.
Przecież ja dla ciebie się staram… dodał głosem mentora, opierając się na krześle i zakładając ręce na piersi. Żona powinna wyglądać tak, żeby mąż miał na co popatrzeć. Taki jest porządek świata.
Popatrzyłam mu w oczy.
Uważnie, jakby to była pierwsza randka po trzydziestu wspólnych latach.
Sześćdziesiąt dwa wiosny.
Brzuch wystający znad paska spodni, jak burzowa chmura nad Mazurami.
Podwójny podbródek gładko przechodzący w szyję, a dalej w nagle opadające plecy całość bez żadnych rysów atlety.
Łysina połyskująca w świetle żyrandola jak pączek polany lukrem.
To o to chodzi przyjemne dla oka? spytałam najspokojniej na świecie.
W środku przełączył mi się styk jak zapadka w starym hydroforze.
Zniknął zwyczajowy wstyd i dyplomacja została czysta jasność sytuacji.
No pewnie! Janusz poklepał się po piersi, aż zadudniło. No zobacz na mnie! Formę mam!
Jaką formę? dopytywałam, nie spuszczając wzroku.
Męską! wypiął klatę na ile pozwalała kręgosłupowa rzeczywistość. Codziennie rano gimnastyka, hantelki pięć minut, cały czas w formie.
Spróbował wciągnąć brzuch, chyba w ramach ilustracji tej formy.
Wyszedł ruch w stylu hop-siup i nic. Brzuch zadrżał, jak przestraszony budyń, a potem wrócił grzecznie na swoje miejsce nad paskiem.
Chłop musi być orłem, nie workiem z ziemniakami! zakończył przemowę.
Orłem, mówisz? Wstałam powoli, pilnując, by nie przewrócić stołu.
Obraziłaś się, czy co? krzyknął za mną, nalewając kolejny kieliszek. Na prawdę się nie obraża! Zosiu! Zamiast się boczyć schudnij!
Wyszłam do przedpokoju zanurzonego w aromacie przetartego pastą obuwia i babcinego płaszcza z nutą naftaliny.
Na ścianie wisiało stare, ciężkie lustro w solidnej, dębowej ramie, pamięcią sięgające PRL-u i naszych szczupłych sylwetek.
Zdecydowanie zdjęłam je z haka.
Ważyło z pięć kilo, rameczka wbijała się w dłonie, ale kompletnie tego nie czułam.
Wróciłam do pokoju, trzymając lustro przed sobą jak tarczę krzyżowego rycerza.
Albo jak wyrok Sądu Najwyższego, niepodlegający apelacji.
Goście zastygli z widelcami w powietrzu, Grażyna choćby nie zamknęła ust, do których zdążył wpaść ogórek kiszony.
Janusz, wstań powiedziałam cicho, tak iż nie było choćby pomysłu na dyskusję.
Ale po co?! zdziwił się, ale widząc moją minę, stwierdził, iż nie czas na dowcipy. I co teraz? Zatańczymy?
Nie podeszłam bliżej, czując bukiet cebuli i nalewki na porzeczkach. Będziemy podziwiać orła.
Wcisnęłam mu lustro pod nos.
Trzymaj.
Odruchowo chwycił ramę, lekko się zachybotał pod jej ciężarem.
Zosiu, co ty wymyślasz? w jego głosie pojawiła się pierwsza nuta niepokoju.
Patrz. ton miałam taki, jak do kota, gdy przyłapie się go z głową w śmietniku. Uważnie, Januszku.
Spojrzał na swoje odbicie, lekko rozkołysane w ciężkich łapach.
No widzę, jestem ja i co z tego?
Opuść wzrok niżej palcem stuknęłam w szybę, tam, gdzie widać było jego korpus w podrapanej koszuli. I?
No? próbował grać twardziela.
U ciebie też wałek się buja! wyrzuciłam z siebie dźwięcznym głosem, naśladując jego ton sprzed pięciu minut. I nie tylko buja się, Januszku, on tam po prostu leży.
Zosiu! próbował opuścić lustro, już cały się czerwienił.
Nie, trzymaj jeszcze docisnęłam mu ramę oglądaj dokładnie. To nad paskiem to co? Kaloryfer z betonu?
Eugeniusz zacharczał ze śmiechu, udając kaszel.
Nie, kochany, to koło ratunkowe powiedziałam bez litości. Jak nam tłuszcz zaleje salon, może się uratujesz.
Janusz zrobił się czerwony jak przejrzały pomidor na działce w sierpniu.
A to tutaj? wskazałam na jego boczki, wyłaniające się z nad spodni. Orle skrzydła, czy może uszy wieprzka na święta wielkanocne?
Przestań! wysyczał, starając się spojrzeć gdzie indziej. Ludzie patrzą, po co mnie upokarzasz!
Niech patrzą! podniosłam głos, ścinając całą rozmowę do poziomu wytrzymałości widelców. Chciałeś prawdy? No i masz! Mistrzu domowej estetyki!
Odstąpiłam krok w tył, by mieć głębszy wgląd w arcydzieło.
To może rozbierzemy twoją estetykę, hmm? powiedziałam. Stań bokiem do światła.
Nie będę zaczął, ale głos mu zgasł.
Szybko! zaryczałam.
Niezgrabnie, ale jednak wykonał polecenie.
W lustrze odbił się jego profil. Dzięki siły i subtelności raczej nie przypominał greckiego posągu.
A szyja? No cóż, umówmy się jej tam nie było.
Widzisz tę potrójną fałdę na karku? ciągnęłam spokojnie, niczym lekarz na komisji ZUS. Mops, Januszku, rasowy, z rodowodem.
Grażyna ukryła twarz w serwetce, trzęsąc się od powstrzymywanego chichotu.
A tu pod brodą to co? Zapasowa przepona, jak u pelikana, na trudne czasy?
Jestem facetem! zapiszczał Janusz, argumentując jak wystraszona mysz. Mi wolno!
Ach, tobie wolno? zaśmiałam się, ale był to krótki, zimny śmiech. Czyli jak po dwóch dzieciach i trzydziestu latach przy garach pojawił się jeden fałdek, to wstyd, leń i masz wałeczek? Ale jak ty, który hantelka dawno nie dotykał, a najcięższe co podnosisz, to pilot, wyhodowałeś galaretkę na cały powiat to nagle mężczyzna w sile wieku?
Szarpnęłam mu lustro z rąk, dość już miał.
Został sam, wygnieciony, zmęczony, z poddanym guzikiem od koszuli, który wreszcie nie wytrzymał ciśnienia i poleciał gdzieś pod stół.
Cała jego duma wyparowała szybciej niż dym z kiełbasy.
Przede mną stał tylko starszy, pulchny pan, który właśnie odkrył, iż król jest nagi.
I, oby nie za złośliwie, mocno spasły.
Siadaj powiedziałam spokojnie, stawiając ciężkie lustro przy kredensie. I jedz.
Runął na krzesło, które zaskrzypiało aż się przestraszyłam, iż się rozleci.
I żebyś więcej ani słowa, ani pół słowa nie powiedział o mojej figurze dodałam, poprawiając fryzurę.
Odwróciłam się do niego i mruknęłam:
Bo przywieszę to lustro naprzeciwko ciebie, będziesz jadł i podziwiał widok własnego pelikana.
Eugeniusz wybuchnął śmiechem, już bez żadnych zahamowań.
Janusz po cichu nabrał na widelec malutkiego marynowanego grzybka.
Żuł bardzo powoli, patrząc wyłącznie na własny talerz, jakby próbował schować się w zieleninie.
Nad stołem unosiła się nowa, ożywcza atmosfera.
Jakby ktoś otworzył okno w zadymionym pokoju i wpuścił świeże powietrze.
Usiadłam z powrotem na swoim miejscu, jak przystało na panią domu.
Sięgnęłam połopatkę i ukroiłam sobie kawał olbrzymiego, bezczelnie apetycznego tortu napoleonki.
Tego, którego piekłam cały wczorajszy wieczór, klnąc w myślach, iż potem i tak nie zjem bo nie powinnam.
Krem wylewał się bokiem, ciasto chrupało pod widelcem.
Zosiu, ja też poproszę solidny kawałek cichutko odezwała się Grażyna, podając talerzyk. A dieta niech się udławi, żyje się raz!
Mnie też puścił oko Eugeniusz, nalewając sobie kompot. Coś czuję, iż rosną mi skrzydełka, muszę je podleczyć ciastem.
Janusz pokiwał głową, spojrzał na mnie z nową, nieśmiałą resztką szacunku.
Potem zerknął na tort.
A jeszcze kątem oka na lustro stojące przy ścianie, jak niemy świadek rodzinnej kompromitacji.
W dolnej krawędzi lustra odbiły się jego stopy pod stołem jedna skarpetka czarna, druga ciemnogranatowa, prawie fioletowa.
Orzeł domowy, Psiakrew.
Przepraszam, Zosiu palnąłem głupstwo burknął Janusz, nie odrywając wzroku od obrusa.
Jedz, Januszku, jedz odgryzłam kawał tortu ze smakiem. Siły się przydadzą.
Uchylił jedną brew z pytaniem.
Przecież musisz podnosić swoje hantelki wyjaśniłam z lekkim uśmiechem. W końcu jesteś tu sportowiec.
Wieczór toczył się dalej, pogadanki o cenach, działkach i pogodzie wróciły na swoje miejsce.
Ale wszyscy wiedzieli, iż porządek świata przy tym stole już się nieco przestawił.
Mój domowy krytyk figury najzwyczajniej stracił skrzydła i wylądował.
Został tylko zwykły człowiek, ze swoimi fałdkami, obawami i całą tą galaretką.
I wiecie co?
Ten tort był cholernie pyszny.
Najlepszy, jaki jadłam przez ostatnie dwadzieścia lat.
Lustro zostało na swoim miejscu w pokoju.
Janusz teraz, przechodząc obok, odruchowo wciąga brzuch i prostuje plecy.
A o moim wałeczku już ani słowem nie pisnął.
Chyba nie chce budzić w sobie domowego pelikana.





