„Masz zwisającą skórę!” — 60-letni mąż szczypał mnie w bok przy gościach, więc przyniosłam lustro i pokazałam, co zwisa u niego.

polregion.pl 1 dzień temu

Krysiu, skóra ci wisi! sześćdziesięcioletni mąż szczypał mnie w bok przy gościach, więc przyniosłam lustro i pokazałam, komu naprawdę wisi skóra.

Krysia, co to tu masz? Władysław, już po trzecim kieliszku wiejskiej nalewki, nagle wyciągnął rękę i soczyście, po gospodarsku, uszczypnął mnie w bok.

Tuż nad paskiem spódnicy, gdzie tkanina lekko się opinała, kiedy siedziałam.

Zrobił to wśród gości, głośno i zupełnie bez wstydu.

Władek, co ty wyprawiasz? próbowałam delikatnie zsunąć jego dłoń, niby odganiając natrętną jesienną muchę, ale on się nie zniechęcał.

Grube palce Władysława, do złudzenia przypominające przysmażone kaszanki, znów zacisnęły się na mojej talii, zadając nie tyle ból, ile palącą urazę.

Ty zobacz! zwrócił się do naszego sąsiada, Zenka, który siedział naprzeciwko i już celował widelcem do śledzia pod pierzynką. Mówię jej: Krysia, daj już spokój z tym chlebem na noc. A ona mi: To przez wiek, hormony.

Władek roześmiał się, a jego brzuch podskoczył w rytm śmiechu, napinając guziki odświętnej koszuli do granic wytrzymałości.

Jakie hormony? To lenistwo, matko kochana! podsumował, dumnie omiatając wzrokiem stół.

Przestań, Władek wysyczałam przez zęby, czując jak zdradliwy rumieniec wlewa mi się na szyję i policzki.

Zenek parsknął nerwowo, wlepiając wzrok w talerz, jakby to majonezowy wzorek był teraz największym dziełem sztuki na świecie.

Jego żona, Jadwiga, z wdziękiem odwróciła wzrok, zaczęła poprawiać serwetkę, udając, iż nic się nie dzieje.

Co, przestań? Władek najwidoczniej się rozkręcał, zadowolony, iż znalazł się w centrum uwagi. Nie wolno prawdy powiedzieć? Krysia, ty naprawdę masz zwisającą skórę!

Znowu mnie szturchnął w bok, jakby sprawdzał, czy drożdżowe ciasto się już podniosło.

Patrz tutaj, widzisz, zwisa jak rolada kontynuował swą przemowę. Jak u szczeniaka shar-pei. No przecież to nieładnie, Krysiu.

W pokoju zapadła ciężka, lepka cisza, którą przerywał tylko brzęk lodówki w kuchni.

Przecież dla ciebie się staram rzucił z tonem wykładowcy, odchylając się na krześle i splatając ręce na piersi. Kobieta musi o siebie dbać, żeby mężczyźnie miło było popatrzeć, takie jest prawo natury.

Spojrzałam na niego.

Uważnie, jakbym pierwszy raz widziała go po trzydziestu latach małżeństwa.

Sześćdziesiąt dwa lata.

Brzuch, zawisający nad spodniami jak nisko sunąca burzowa chmura.

Drugie podbródek przechodzący płynnie w kark, a potem już od razu w pochylone ramiona, bez śladu atletycznych linii.

Łysina, błyszcząca od zaduchy i obfitego posiłku w świetle żyrandola, niczym posmarowany masłem pączek w tłusty czwartek.

To znaczy, dla oka? powtórzyłam, a mój głos zabrzmiał zaskakująco spokojnie, choćby dla mnie samej.

Coś się we mnie przełączyło, jak ciężki przełącznik tamy z hukiem stający na miejscu.

Nie było już ani wstydu, ani chęci łagodzenia, ani dawnej cierpliwości.

Została tylko przejrzysta jasność.

Oczywiście! Władek z zadowoleniem uderzył się po piersi, wydając głuchy odgłos. Ja to, ja jestem w formie!

A jaką to formę masz na myśli? dopytałam, nie spuszczając z niego wzroku.

Męską! wyprostował się dumnie, na tyle, na ile pozwalał mu kręgosłup. Codziennie rano gimnastyka, pięć minut hantlami macham. Cały czas jestem w formie!

Próbował wciągnąć brzuch, by pokazać ten tonus.

Wyszło marnie brzuch jedynie drgnął, przestraszony zakołysał się i wrócił na swoje miejsce, ciągle zwisając nad klamerką paska wciśniętego w ciało.

Facet powinien być orłem, a nie workiem z ziemniakami podsumował swój wywód.

Orłem, powiadasz? wolno, starając się nie zrobić gwałtownego gestu, podniosłam się od stołu.

Gdzie idziesz? Obraziłaś się? zawołał za mną, sięgając po kolejną porcję nalewki. Krysia! Na prawdę się nie obraża! Odchudzać się trzeba, nie dąsać!

Wyszłam do przedpokoju, pachniało tam starymi ubraniami i pastą do butów.

Na ścianie wisiało nasze stare, jeszcze po rodzicach, lustro.

Ciężkie, w masywnej owalnej drewnianej ramie, pamiętające, jak byliśmy młodzi i szczupli.

Stanowczo zdjęłam je z haka.

Było ciężkie, pewnie z pięć kilo, rama wbijała się w dłonie.

Lecz wtedy zdawała się ważyć tyle, co piórko.

Wróciłam do pokoju, trzymając lustro przed sobą obiema rękami, jak średniowieczną tarczę. Albo nieodwołalny wyrok.

Goście zamarli z widelcami w dłoniach; Jadwiga choćby nie domknęła ust, w których sterczał kawałek kiszonego ogórka.

Władek, wstań powiedziałam cicho, ale tak stanowczo, iż choćby nie próbował się sprzeciwiać.

Ale po co? Zdziwił się szczerze, ale na widok mojej kamiennej twarzy nie oponował. No już, wstałem. Co teraz? Tańcować będziemy?

Nie podeszłam blisko, czując zapach cebuli i alkoholu. Będziemy się zachwycać orłem.

Wcisnęłam mu ciężkie lustro pod nos, zmuszając do odsunięcia się lekko.

Trzymaj to.

Machinalnie przejął ramę, ręce zadrżały pod nieoczekiwanym ciężarem.

Krysiu, co ty znowu wymyśliłaś? w jego głosie, dotychczas pewnym i donośnym, nagle zabrzmiała pierwsza nuta niepokoju.

Patrz rozkazałam tonem, którym zwykle beszta się kota. Patrz uważnie.

Zdezorientowany patrzył na swoje odbicie, lekko drżące mu w dłoniach.

No widzę, to ja. I co z tego?

A teraz spuść wzrok niżej energicznie wskazałam palcem szybę w miejscu odbicia jego torsu w przepoconej koszuli. Widzisz?

Co niby? wciąż próbował się trzymać.

Skóra ci wisi! powiedziałam głośno i wyraźnie, z intonacją, którą użył chwilę temu. I to nie tylko wisi, Władku, ona leży!

Krysiu! usiłował opuścić lustro, jego twarz czerwieniała.

Nie, masz patrzeć! nacisnęłam na ramę, przymuszając go do przyjrzenia się sobie. To nad paskiem to co? Stalowe mięśnie?

Zenek wydał dziwny, chrumkający odgłos, próbując stłumić śmiech, i zakaszlał w pięść.

Nie, kochany, to ratunkowe koło kontynuowałam bez litości. Na wypadek, gdybyśmy się utopili w tłuszczu.

Twarz Władka przybrała kolor przegotowanego buraka zaraz miała pęknąć.

A te boczki? wskazałam jego fałdy nad spodniami. To niby orle skrzydła? Czy ucho, jak u tuczonych prosiaczków przed Wigilią?

Przestań! warknął, odwracając się. Ludzie patrzą, dlaczego mnie ośmieszasz!

Niech patrzą! podniosłam głos, zagłuszając jego syczenie. Chciałeś prawdy? Dajesz się tutaj za największego estetę w domu!

Odsunęłam się, by rzucić okiem na całą scenę.

To rozpatrzmy twoją estetykę kontynuowałam. Obróć się bokiem do światła.

Nie będę się zaczął, ale zaraz ucichł.

Obroć się! wrzasnęłam tak, iż aż zadźwięczały sztućce na stole.

Jak zahipnotyzowany, niezgrabnie się odwrócił.

W lustrze odbijał się jego profil, daleki od antycznych ideałów.

I szyja.

Właściwie jej niemal zupełny brak.

Widzisz tę potrójną fałdę na karku? mówiłam spokojnie, jak lekarz podczas badania. To shar-pei, czystej rasy, z rodowodem.

Jadwiga już się nie kryła wtulała twarz w serwetkę, a ramiona jej trzęsły się od stłumionego śmiechu.

A pod podbródkiem? byłam bez miękkości. To gołębnik, chcesz tam chować chleb na zapas?

Jestem facetem! zamiauczał Władek, ale argument wybrzmiał żałośnie i bez przekonania. Mnie wolno!

Wszystko ci wolno? roześmiałam się zimno. To jak po dwóch dzieciach i trzydziestu latach przy garach mam choć jedną fałdkę to wstyd i zwisająca skóra?

Stanęłam blisko niego, patrząc prosto w oczy.

A ty, co przez dziesięć lat choćby pilota do telewizora nie podniosłeś, zamieniłeś się w drżącą galaretę i to jest facet w sile wieku?

Nagłym ruchem wyrwałam mu lustro; dłonie miał wyraźnie osłabione.

Stał pośrodku pokoju zagubiony, rozczochrany z rozpiętym kołnierzykiem, który wreszcie skapitulował i odpadł.

Cały ten jego orli blask zdarł się, jak łuska z cebuli.

Został zwyczajny starszy, pulchny pan, który właśnie dotarło do niego, iż król jest nagi.

I bardzo, bardzo zaokrąglony.

Siadaj powiedziałam spokojnie, stawiając lustro pod komodą. I jedz.

Z ciężkim sapaniem usiadł na krześle, które zaskrzypiało pod jego wagą.

I żeby słowa więcej o mojej figurze nie padło rzekłam, poprawiając fryzurę przed samym lustrem.

Odwróciłam się i dodałam cicho:

Bo jak nie, to powieszę to lustro na przeciwko twojego miejsca będziesz jadł i popatrzysz, jak pelikan żuje.

Zenek nie przejmował się już niczym, śmiał się do łez.

Władek tylko powoli nadziewał na widelec Marynowanego grzybka.

Przeżuwał powoli, patrząc wyłącznie w talerz, jakby chciał skurczyć się do rozmiarów fasolki.

W pokoju nie było już dusznej niezręczności po rodzinnych kłótniach.

Przeciwnie zrobiło się lekko, jakby ktoś szeroko otworzył nareszcie okno w zadymionym, dusznym pomieszczeniu.

Usiadłam na swoim miejscu, jak gospodyni.

Wzięłam łopatkę i nałożyłam sobie ogromny, wręcz nieprzyzwoity kawał tortu Napoleon.

Tego samego, który wczoraj pół dnia piekłam, rozwałkowując ciasto na przezroczyste warstwy, i którego odważnie zamierzałam nie jeść, żeby nie przytyć.

Krem cudownie wypływał bokiem, kruche blaty chrupały pod widelcem.

Krysiu, podaj mi też kawał, duży szepnęła Jadwiga, podając talerzyk. Chrzanić dietę, żyje się tylko raz.

I mnie puścił oko Zenek, nalewając sobie kompot. Chyba mi też skrzydła rosną, trzeba się wzmocnić.

Władek na chwilkę podniósł wzrok.

Spojrzał na mnie z jakimś nowym, ostrożnym szacunkiem.

Potem rzucił okiem na tort.

Potem zerknął na lustro oparte o ścianę, które trwało jak niemy świadek jego porażki.

W dolnej części lustra odbijały się jego nogi pod stołem w skarpetkach każda z innej parafii.

Jedna czarna, druga ciemnogranatowa, niemal fioletowa.

Orzeł, psiakrew, domowy.

Przepraszam, Krysiu mruknął, nie odrywając wzroku od obrusu. Palnąłem niepotrzebnie, szlag by to.

Jedz, Władek, jedz z przyjemnością wzięłam kęs tortu, czując smak waniliowego kremu. Przyda ci się siła.

Podniósł brwi pytająco.

Do hantli wyjaśniłam z uśmiechem. Przecież z ciebie sportowiec.

Wieczór płynął swoim rytmem, z rozmowami o cenach, działce i pogodzie.

Ale coś nieodwracalnie się zmieniło w układzie sił przy tym stole.

Mój domowy ideał nagle sprężynował i skurczył się do zwykłego człowieka.

Ze swoimi słabościami, lękami i zwisami.

I wiecie co? Ten tort był diabelsko pyszny.

Najlepszy od dwudziestu lat mojego życia.

Od tej pory lustro już zawsze stało w pokoju nie chowałam go więcej.

Władek, mijając je codziennie, automatycznie wciągał brzuch i prostował ramiona.

A o mojej zwisającej skórze nie usłyszałam już nigdy.

Chyba boi się obudzić pelikana.

Idź do oryginalnego materiału