Kasia, co ty masz tutaj? Zbyszek, który dobił już sześćdziesiątki, po trzecim kieliszku domowej wiśniówki wyciągnął rękę i soczyście, po gospodarsku, uszczypnął mnie w bok.
Dokładnie w to miejsce tuż nad paskiem spódnicy, tam, gdzie materiał nieznacznie się naciągał, gdy siedziałam.
Zrobił to przy gościach, głośno i zupełnie bezwstydnie.
Zbyszek, no weź się opanuj próbowałem odsunąć jego rękę, jakby strzepywać natrętną muchę, ale on nie dawał za wygraną.
Palce Zbyszka, pulchne i krótkie jak przegrzane parówki, znów zacisnęły się na mojej talii, zostawiając nie tyle ból, co świdrującą, paskudną przykrość.
Patrz, Józek Zbyszek zwrócił się do naszego sąsiada, siedzącego naprzeciwko i już precyzyjnie celującego widelcem w śledzia w śmietanie. Mówię jej: „Kasia, przestań jeść te bułki przed snem”. A ona do mnie: „To wiek, hormony”.
Zaśmiał się, a jego brzuch aż zadrżał, naprężając guziki od świątecznej koszuli do granic możliwości.
Jakie hormony? To po prostu lenistwo! podsumował, dumnie omiatając wzrokiem stół pełen sałatek i mięs.
Zbyszku, daj spokój wysyczałem przez zęby, czując, jak policzki i szyja zalewają się zdradliwym rumieńcem.
Józek niezręcznie zachichotał, wgapiając się w talerz, jakby majonez na sałatce był najpiękniejszym obrazkiem świata.
Jego żona, Mariola, spojrzała gdzieś w bok i zaczęła poprawiać serwetkę, udając, iż nic się nie dzieje.
A co, nie wolno prawdy powiedzieć? Zbyszek już wpadł w swój żywioł, czuł się centrum wszechświata. Skóra ci wisi, no!
Znowu dźgnął mnie palcem w bok, jakby sprawdzał, czy ciasto drożdżowe się już podniosło.
Patrzcie, tu, wałek normalnie, jak u mopsa fałdy. Kasia, no przyznaj to nie jest ładne.
W pokoju zapadła gęsta jak kisiel cisza, przerywana tylko przez buczenie starej lodówki w kuchni.
Przecież ja to wszystko dla ciebie dodał tonem znawcy, odchylając się na krześle i splatając ramiona. Kobieta ma się starać dla męża, żeby chciało mu się patrzeć, takie prawo natury.
Spojrzałem na niego.
Uważnie, jakbym widział go pierwszy raz po trzydziestu wspólnych latach.
Sześćdziesiąt dwa lata.
Brzuch zwisający nad paskiem spodni jak ciemna chmura przed burzą.
Drugi podbródek, gładko przechodzący w szyję, potem rozlewający się na opadające ramiona bez śladu jakiegokolwiek mięśnia.
Łysina, błyszcząca w świetle żyrandola jak rozpłaszczony placek na tłusty czwartek.
To znaczy, iż mam być dla oka? zapytałem, a głos zabrzmiał zaskakująco spokojnie, choćby jak na mnie.
Coś we mnie przeskoczyło, jakby ogromny wyłącznik z hukiem wskoczył na swoje miejsce.
Nie czułem już wstydu, nie próbowałem łagodzić sytuacji, nie miałem sił na stare zresztą przepraszanie.
Została tylko absolutna, ostra jasność.
Oczywiście! Zbyszek uderzył się z dumą w pierś, wydając głuchy odgłos. Widzisz, ja trzymam formę!
Jaką formę? docisnąłem, nie odrywając od niego spojrzenia.
Męską! wyprostował się, na tyle, ile pozwalał kręgosłup. Rano ćwiczenia, hantle przez pięć minut, formę cały czas mam!
Spróbował jeszcze wciągnąć brzuch, by zademonstrować ten swój „tuning”.
Słabo mu to wyszło. Brzuch lekko zafalował, przestraszony jeszcze bardziej się uwypuklił i powrócił na swoje miejsce, zwisając nad paskiem, który już ledwo się dopinał.
Facet powinien być orłem, a nie workiem z ziemniakami zakończył wykład.
Orłem, powiadasz? powstałem powoli od stołu, uważając, by się nie przewrócić.
I co, obraziłaś się? krzyknął na odchodne, nalewając znowu wiśniówki. Na prawdę nie ma się co obrażać! Kasia, trzeba schudnąć, a nie dąsać się!
Wyszedłem do korytarza, gdzie pachniało starą garderobą i pastą do butów.
Na ścianie wisiało nasze stare, rodzicielskie jeszcze lustro.
Ciężkie, w solidnej, owalnej, drewnianej ramie pamiętało nas młodych i szczupłych.
Zdecydowanie zdjąłem je z haka.
Ważyło przynajmniej pięć kilo, rama wrzynała się w dłonie. Ale ciężar był dziwnie niewyczuwalny, jakbym niósł piórko.
Wróciłem do pokoju, trzymając lustro przed sobą w obu rękach, niczym tarczę z zamierzchłych czasów.
Albo jak ostateczny werdykt, niepodlegający odwołaniu.
Goście zastygli z widelcami w powietrzu, Mariola choćby nie zdążyła przełknąć kawałka ogórka.
Wstań, Zbyszek powiedziałem cicho, ale ton nie pozostawiał złudzeń.
A po co? szczerze się zdziwił, ale widząc moje spojrzenie, wolał nie ryzykować. No, stoję. I co teraz? Tańczyć mam?
Nie podszedłem blisko, czując od niego cebulę i alkohol. Będziesz się podziwiał, orle.
Wpakowałem mu lustro tuż pod nos. Odskoczył.
Trzymaj.
Instynktownie złapał za ramę, dłonie mu zadrżały pod ciężarem.
Kasiu, co to za cyrk? w jego dotychczas pewnym głosie zabrzmiała pierwsza nuta niepokoju.
Patrz. rozkazałem surowo i wskazałem palcem lustro, tak jak zwykle karci się łobuza kota.
Spojrzał na swoje odbicie, które drżało lekko w jego rękach.
No widzę, siebie widzę. I co dalej?
Opuść wzrok niżej. palcem uderzyłem w szybę pokazującą jego tors w przepoconej koszuli. I co widzisz?
Co? jeszcze próbował coś wydukać.
Zbyszku, tobie też skóra wisi! powiedziałem wyraźnie, naśladując jego ton sprzed pięciu minut. I nie tylko wisi, ona już normalnie leży!
Kasiu! próbował odłożyć lustro, twarz mu pociemniała.
Nie, trzymaj! docisnąłem ramę, by nie ruszał się z miejsca. A to powyżej paska? To może stalowy kaloryfer?
Józek wydał z siebie dziwny charkot, hamując śmiech, aż zakrztusił się śledziem.
Nie, kochanieńki, to koło ratunkowe ciągnąłem lodowato na wypadek, gdybyśmy się w smalcu utopili.
Zbyszek zaczerwienił się, prawie eksplodował jak przejrzały pomidor.
A te boczki, które wystają? szturchnąłem w jego stronę. To skrzydła orła? Czy może uszka prosiaczka na święta?
Przestań! sapał, uciekając wzrokiem. Ludzie patrzą, co się wydurniasz!
Niech patrzą! podniosłem głos, tłumiąc jego syk. Sam przecież walczysz tu o estetykę w tym domu!
Odsunąłem się krok, by dobrze go widzieć.
To obejrzyjmy tę twoją estetykę mówiłem dalej. Stań bokiem do światła.
Nie będę się tu wygłupiał jełczał, ale zamilkł, widząc mój wyraz twarzy.
Stań! ryknąłem, aż zadrżały widelce na stole.
Jak zaczarowany, przesunął się lekko w bok.
W lustrze odbił się jego profil, zdecydowanie nieklasyczny.
I szyja. adekwatnie brak szyi, bo przeszła płynnie w ramiona.
Widzisz tę potrójną fałdę na karku? zapytałem z chłodną precyzją lekarza podczas badania. Mops rasowy! Komplet rodowodowy!
Mariola schowała twarz w serwetkę, ramiona jej kłuły się od niemej wesołości.
A pod brodą? nie odpuszczałem. To żabot jak u pelikana, trzymasz tam drugie śniadanie?
Ale ja jestem facetem! pisnął żałośnie Zbyszek, argument brzmiał teraz żałośnie.
Tobie wolno? roześmiałem się, ale mój śmiech był krótki i lodowaty. Czyli jak po dwóch ciążach i trzydziestu latach nad garnkami pojawiła mi się fałdka to wstyd i lenistwo, a twoje powiększające się boczki to szczyt męskiej atrakcyjności?
Podszedłem do niego jeszcze bliżej, spojrzałem mu w oczy.
A jak ty, który przez dekadę nie podniósł nic cięższego niż pilot od telewizora, zaczynasz przypominać galaretę na Wielkanoc to „facet, co się zowie”?
Nagłym ruchem zabrałem mu lustro, ręce miał już od ciężaru jak makaron.
Stał pośrodku salonu rozczochrany, z rozpiętym guzikiem, który w końcu poległ i potoczył się gdzieś pod stół.
Cały jego blichtr i pewność siebie rozpłynęły się, niczym łupina z cebuli.
Cała orla pycha wyparowała.
Przede mną stał zwyczajny, starszawy, pulchny facet, który właśnie zrozumiał, iż cesarz jest nagi.
I bardzo, bardzo okrągły.
Siadaj powiedziałem spokojnie, stawiając lustro przy komodzie, oparte o podłogę. I jedz.
Z ciężkim westchnieniem osunął się na krzesło, które jęknęło pod naporem.
I nie chcę już słowa, ani pół słowa o mojej figurze! poprawiłem fryzurę w lustrze.
Odwróciłem się do niego i dorzuciłem spokojnie:
Inaczej przywieszę to lustro na wprost twojego miejsca przy stole. Będziesz patrzył, jak pelikan je.
Józek już bez najmniejszych skrupułów śmiał się w głos, aż przecierał łzy serwetką.
Zbyszek w milczeniu nadział na widelec marynowany grzybek.
Przełykał wolno, patrząc tylko w swój talerz, jakby chciał być mniejszym.
W pokoju nie zostało już ani grama tamtego napięcia, jak po typowej rodzinnej kłótni.
Wręcz przeciwnie.
Zrobiło się lekko, przewiewnie, jakby ktoś wreszcie otworzył okno w dusznym zadymionym pokoju.
Usiadłem na swoim prawowitym miejscu głowy domu.
Nałożyłem sobie ogromny, wręcz bezczelnie wielki kawałek napoleonki.
Tej samej, którą wczoraj pół dnia piekłem, rozwałkowując ciasto do przeźroczystości i którą miałem dzisiaj heroicznie nie jeść, „żeby nie przytyć”.
Krem apetycznie wystawał ze środka, kruche warstwy chrupały pod widelcem.
Kasiu, daj mi też taki kawał odezwała się cicho Mariola, wyciągając talerz. Niech diabli wezmą tę dietę, życie mam jedno.
I mnie! mrugnął Józek, nalewając sobie kompot. Też chyba skrzydła mi rosną, muszę je zasilić.
Zbyszek zerknął ukradkiem w moją stronę.
Spojrzał z jakimś nowym, ostrożnym szacunkiem.
Potem na tort.
Potem znów na lustro stojące przy ścianie, cichego świadka jego klęski.
W dolnej części odbijały się jego stopy w skarpetkach nie do pary: jedna czarna, druga granatowa, prawie fioletowa.
Taki oto „domowy orzeł”.
Przepraszam, Kasiu mruknął, nie podnosząc wzroku znad obrusa. Palnąłem głupio, nie pomyślałem.
Jedz, Zbyszek, jedz z satysfakcją wgryzłem się w napoleonka, czując ten aksamitny krem. Siła ci się jeszcze przyda.
Zagadkowo spojrzał.
Hantle podnosić wyjaśniłem z uśmiechem. W końcu taki z ciebie sportowiec.
Wieczór toczył się dalej zwyczajnym trybem rozmowy o cenach, działce, pogodzie
Ale coś nieodwracalnie się zmieniło w układzie sił przy tym stole.
Mój „wzorowy” domowy krytyk nagle zniknął i został zwykłym człowiekiem.
Ze swoimi lękami, słabościami i mnóstwem fałdek.
A wiecie co?
To ciasto było przeklęcie pyszne.
Najlepsze od dwudziestu lat mojego życia.
Od tamtej pory lustro stoi tam, gdzie stało, już go nie chowam.
Zbyszek, mijając je, za każdym razem automatycznie wciąga brzuch i prostuje ramiona.
O mojej „wiszącej skórze” nie powiedział już ani jednego słowa.
Widać, boi się obudzić pelikana.




![Trwa mieszkaniowa inwestycja przy ulicy Bolka Świdnickiego. Kto może się starać o lokal? Gdzie złożyć wniosek? [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/05/TBS-Bolka-Swidnickiego-2026.05.10-15.jpg)







