Masz zwisającą skórę! sześćdziesięcioletni mąż uszczypnął mnie za bok przy gościach. Przyniosłam wtedy lustro i pokazałam mu, co zwisa u niego.
Danusiu, a co to tu masz? zapytał Zbigniew, mlaskając po trzecim kieliszku domowego nalewki, i nagle sięgnął ręką, łapiąc mnie za boczek tuż nad paskiem spódnicy, tam, gdzie materiał lekko się napinał, gdy siedziałam.
Zrobił to głośno i bezwstydnie, w obecności wszystkich.
Zbyszek, przesadzasz próbowałam delikatnie strącić jego dłoń, jak odganiam natrętną muchę, ale on nie chciał poprzestać.
Palce Zbyszka, przypominające tłuste parówki z wędzarni, zacisnęły się na mojej talii nie bolało, ale czułam upokorzenie, ostre niczym ostry tatar.
Zobaczcie sami! zawołał do naszego sąsiada Andrzeja, który już celował widelcem w śledzia pod pierzynką. Mówię jej: „Danusia, przestań wieczorami zajadać bułeczki”, a ona mi na to: „To wiek, hormony”.
Zaśmiał się, a brzuch zatańczył pod koszulą guziki tylko cudem wytrzymywały napięcie.
Jakie hormony? To zwyczajny leń! podsumował z dumą.
Zbyszek, proszę, kończ syknęłam przez zaciśnięte zęby, czując jak rumieniec rozlewa mi się po szyi i policzkach.
Andrzej nerwowo rozłupał uśmiech, gapiąc się teraz uparcie w talerz, jakby sos majonezowy namalował na nim Mona Lisę. Jego żona, Halina, układała przy sztućcach serwetkę, udając, iż nic nie słyszy.
A co, prawdy nie można już mówić? Skóra ci zwisa! nie przestawał Zbyszek, ponownie pokazując palcem na moje biodro, jakby sprawdzał, czy ciasto drożdżowe już wyrosło.
Zobacz, tu masz taki wałek! Jak u shar-peia! Brzydko to wygląda, Danusiu!
W pokoju zapadła lepka cisza, którą przerywał tylko cichy pomruk lodówki z kuchni.
Przecież o ciebie się troszczę dorzucił z powagą, zasiadając szeroko i krzyżując ręce. Kobieta powinna dbać, by mąż miał na co patrzeć. Tak natura kazała.
Spojrzałam na niego uważnie.
Tak, jakbym przejrzała go na wskroś, mimo trzydziestu lat małżeństwa.
Sześćdziesiąt dwa lata. Brzuch zwisa nad spodniami jak chmura gradowa nad polem. Drugie podbródek płynnie zlewa się z karkiem i skośnymi ramionami. Łysina połyskuje w blasku żyrandola jak świeży naleśnik pociągnięty masłem.
Czyli oko mam cieszyć? dopytałam, aż zaskakująco spokojna.
Coś we mnie kliknęło, jakby przestawiono suwak śluzy. Brak wstydu, nie chcę już udobruchać świata. Została tylko przejrzysta jasność.
Oczywiście! wyprężył pierś. Trzymam formę! Ja!
Jaką formę? patrzyłam nie mrugając.
Męską! Co rano gimnastyka, hantelki na pięć minut, jestem w formie wyprostował się tak, jak pozwalał mu kręgosłup. Próbował wciągnąć brzuch Brzuch tylko zadrgał i z powrotem opadł nad skórzany pasek wrzynający mu się w ciało.
Mężczyzna to orzeł, nie worek kartofli zakończył kazanie.
Orzeł, mówisz? powoli wstałam od stołu.
Co, obraziłaś się? Na prawdę nikt się nie obraża, Danusiu! Ty lepiej schudnij, nie obrażaj się!
Wyszłam do przedpokoju, gdzie pachniało naftaliną i pastą do butów. Tam na ścianie, jeszcze po rodzicach, wisiało stare, ciężkie, owalne lustro. Pamiętało nas młodych, szczupłych.
Zdjęłam je z grubego gwoździa. Ważyło z pięć kilo, ramą wbijało się w dłonie, ale szłam z nim, jakbym trzymała piórko.
Weszłam do pokoju jak z tarczą albo ogłoszeniem wyroku.
Goście zamarli z widelcami. Halina półotwarta ustami kryła kiszony ogórek.
Zbigniew, wstań powiedziałam cicho, ale tak, iż nikt się nie sprzeciwił.
Po co? spłoszył się lekko, ale jednak wstał. Tańczyć będziemy?
Nie, podeszłam blisko, czując od niego cebulę i alkohol. Popodziwiamy orła.
Wsadziłam lustro pod nos, aż się odsunął ze zdumienia.
Trzymaj.
Chwycił ramę, dłonie mu zadrżały od ciężaru.
Danusia, no co ty wymyślasz? pierwszy raz w jego głosie zabrzmiał niepokój.
Patrz komenderowałam tonem, jak do kota na psocie. Dobrze patrz.
Przyglądał się swojemu odbiciu, które lekko się trzęsło w jego rękach.
No to ja, i co dalej?
A teraz spójrz niżej puknęłam palcem w szkło tam, gdzie odbijała się jego mokra od potu koszula na brzuchu. Widzisz to?
Co niby?
Masz zwisającą skórę! powiedziałam donośnie. I nie tylko zwisa, Zbyszek, ona leży jak worek.
Danusiu! chciał opuścić lustro, już czerwony.
Trzymaj! nacisnęłam na ramę. To tutaj, nad paskiem to są może stalowe mięśnie?
Andrzej zachlipał śmiechem, zakasłał w pięść.
Nie, kochany, to pas ratunkowy bezlitośnie ciągnęłam. Gdybyśmy utknęli w tłuszczu, uratuje cię.
Zbyszek poczerwieniał jak dojrzały pomidor.
A tutaj? wskazałam boki, wystające z portek. To są te twoje skrzydła orła? Czy może „uszka” jak u świątecznego prosiaka?
Przestań! syknął, próbując się odwrócić. Ludzie patrzą, czemu mnie ośmieszasz!
Niech patrzą! przekrzyczałam go spokojnie. Chciałeś prawdy? To masz! Główny krytyku domowy!
Cofnęłam się, by zobaczyć całość.
No to zobaczmy tę twoją estetykę. Pokaż się bokiem do światła.
No chyba nie zaczął, ucichł. Obróć się! warknęłam tak, iż aż sztućce zabrzęczały.
Jak zahipnotyzowany, niezgrabnie przekręcił się bokiem. W lustrze odbił się profil daleki od mitów o Herkulesie. I szyja, czy raczej jej niemal brak.
Widzisz tę potrójną fałdę na karku? mówiłam jak lekarz. To shar-pei, Zbyszku, z rodowodem.
Halina już nie udaje chowa twarz w serwetce, trzęsąc się od śmiechu.
A pod brodą? nie miałam serca. To znowu żaba, czy może pelikan z rybami w zapasie?
Jestem facetem! zapiszczał żałośnie Zbyszek. Mi wolno!
Ach, tobie wolno? roześmiałam się zimno. Czyli jak u mnie po dwójce dzieci i trzydziestu latach przy garach pokaże się jedna fałda, to „wstyd i leń”?
Patrzyłam mu w oczy.
A gdy ty od dziesięciu lat nie podniosłeś choćby pilota do telewizora, a twój brzuch trzęsie się jak galareta na Wielkanoc, to jesteś „facet w sile wieku”?
Szarpnęłam mu lustro z rąk. Wyraźnie opadł z sił.
Stał pośrodku pokoju w rozchełstanej koszuli, guzik odpadł i wturlał się pod szafę. Cały jego zadęty majestat stopił się bez śladu.
Orzeł wyparował. Przede mną był po prostu starszy, pulchny facet. Który właśnie zrozumiał, iż król jest nagi.
I bardzo, bardzo okrągły.
Usiądź powiedziałam spokojnie, stawiając lustro przy komodzie. I jedz.
Usiadł ciężko, a krzesło prawie zaskrzypiało pod jego wagą.
I żeby ani słowa o mojej sylwetce! powiedziałam poprawiając fryzurę w lustrze.
Odwróciłam się i dodałam cicho:
Bo przywieszę to lustro dokładnie naprzeciw twojego miejsca, byś patrzył jak pelikan żuje.
Andrzej już bez zgrywy śmiał się do łez. Zbyszek nabrał na widelec małego marynowanego grzybka, jadł powoli, gapiąc się wyłącznie w talerz, jakby chciał się skurczyć.
Znikło to napięcie, co zwykle po awanturze.
Przeciwnie. Powietrze zrobiło się lekkie, jakby ktoś uchylił okno w dusznym krakowskim pokoju.
Usiadłam na swoim miejscu. Nałożyłam sobie kawał nieprzyzwoicie dużego tortu napoleon, który piekłam pół dnia, wałkując ciasto aż do przeźroczystości. Zamierzałam go nie ruszać przecież nie można przytyć!
Krem wypływał ze środka, blat chrupał pod widelecem.
Danusiu, podasz i mnie kawałek? Taki większy cicho poprosiła Halina. Mam gdzieś dietę, żyjemy raz.
I mnie, mrugnął Andrzej, nalewając sobie kompotu. Chyba też mi skrzydła rosną, potrzebuję siły.
Zbyszek na sekundę podniósł wzrok.
Patrzył na mnie z nową ostrożną powagą. Potem rzucił okiem na tort. Potem ukradkiem zerknął na lustro, które stało przy ścianie jak milczący sędzia.
W dolnej jego części odbijały się jego nogi pod stołem w skarpetach nie do pary. Jedna czarna, druga granatowa. Taki orzeł domowy.
Przepraszam, Danusiu mruknął, nie spuszczając wzroku. Palnąłem głupio.
Jedz, Zbyszek, jedz, odgryzłam z przyjemnością kawałek tortu i czułam smak wanilii i masła. Będziesz miał siłę.
Podniósł z pytaniem brwi.
Żeby podnosić hantle wyjaśniłam. Przecież jesteś sportowcem.
Wieczór potoczył się jak zwykle rozmowy o cenach, działce, pogodzie. Ale coś się raz na zawsze zmieniło.
Mój domowy krytyk nagle się spłaszczył i stał po prostu człowiekiem ze słabościami, strachem i licznymi fałdami.
A ten tort? Był piekielnie pyszny.
Najlepszy od lat.
Lustro do dziś stoi w pokoju nie zdjęłam go. Zbyszek przechodząc obok zawsze wciąga brzuch i prostuje ramiona.
O mojej zwisającej skórze już nigdy się nie odezwał.
Może boi się obudzić pelikana.





